środa, 30 kwietnia 2014

Niezaradna na tropie wielkiej szansy

    Szansy na pracę oczywiście.

    A było to tak: w poniedziałek zadzwoniła szwagierka z njusem sensejszon. Njusy sensejszon to specjalność szwagierki, która jest osobowością na miarę osobnej notki, ale nic z tego. Takiej prywaty, i to jeszcze pozaNiezaradnowej, nie będzie.

    Treść njusa sensejszon: w miejscowości Pypeć jest miejsce pracy! Dla Niezaradnej! W jej zawodzie! Sytuacja kryzysowa pracodawcy, zastępstwo denne, trzeba gnać, się zakręcić. Wódkę postawić tym, tym i tym za zdobycie njusa i podzielenie się.

    Niezaradna się nie podekscytowała. Jest już zbyt wielkim wyżeraczem bezrobocia, żeby ekscytować się na jakimś tam njusem. Ale siwi JeszczeMąż w pracy druknął, motywca takoż i Niezaradna wyruszyła. Bo tylko głupiec albo człowiek wolny od zobowiązań macha ręką na szansę. A ćwierć absolutnego półgłówka ignoruje njusy szwagierki.

    Imaginujcie sobie, Czytelnicy, Niezaradną w odrapanej, ale pełnej charakteru Hondzie, jak pędzi sobie pośród pięknego majowego krajobrazu, pośród boskich dźwięków anielskiego wokalu Elisabeth Fraser z płyty "Milk and kisses".

    Materiał pomocniczy:




    Niezaradna humor ma szampański. Krajobraz za oknami jest perfekcyjny. Nadkalendarzowo bije już naturą maj ze wszystkimi dobrodziejstwami inwentarza: są pełne zapachu i złota pola rzepaku, co chwila, co rusz, jabłonie i bzy kwitną. Jest zieleń czysta, są pierwsze bociany spotkane w tym roku przez udupioną miejsko Niezaradną. Wszystkie bociany siedzą parami na gniazdach, co niezawodnie wróży spokój rodzinny na ten rok. Oraz brak podróży i zmian w życiu. Niezaradnej wróżba w smak, bo im dłużej jedzie, tym bardziej duma, co zrobi. gdy uszczęśliwią ją pracą. I to jeszcze od początku przyszłego tygodnia, na co wszystko zdaje się wskazywać - rozpacz pracodawcy w braku godnego zastępstwa, początek nowego miesiąca, etc.

    Niezaradnej humor się nie warzy, bo muzyka jest przednia, krajobraz bajeczny, a ona sama prowadzi samochód, co bardzo lubi, a ma wielkie deficyty w temacie. U pana Darka, chirurga Hondy i innych takich, samochód Niezaradnej zawsze zostaje opatrzony komentarzem: ale pani niewiele jeździ!

    Niewiele, bo to ekonomiczne (i ekologiczne też). Zatem poszukiwania pracy poza Dziurą mają swoje atuty. Choć perspektywa otrzymania pracy budzi spory opór. Uczucie deja vu, drodzy Czytelnicy? Słusznie. Tej pracy Niezaradna też nie otrzyma, ale zdąży ją sobie wcześniej zupełnie obrzydzić. 40 km codziennie do pokonania? Budzenie Dwójki... o piątej rano? Bleeee... Spędzanie większości życia w miejscowości Pypeć? Koniec z nocami zarywanymi nad blogami i innymi takimi? Bleeee... Tłuczenie się po mało uczęszczanych drogach, które tak bardzo urokliwe porą majową, są ni w cholerę niefajne zimą? Bleee...

     Niezaradna potraktowana wcześniej precyzyjnymi wskazówkami szwagierki, pokonuje zwycięsko trzy ronda w miejscowości Pypeć i trafia w miejsce przeznaczenia. Tu dowiaduje się, że njus sensejszon tu gównoprawdanjus. Aby nie uczynić wizyty w Pypciu zupełnie bezowocną, w miejscowym Lidlu Niezaradna kupuje sobie kolejną parę leginsów, tym razem wersję letnią.

     Wielka szansa okazuje się nieco deficytowa.

      Ale jest pięknie, Czytelnicy... Elisabeth ciągle śpiewa z jednej z czterech kaset magnetofonowych, które walają się w Hondzie. Kaset więcej nie ma, możliwości odtwarzania czegokolwiek poza nimi też nie. Przeklęty niech będzie dzień, gdy Niezaradna pozwoliła wyrzucić JeszczeMężowi bogatą kolekcję swych kaset! Nie posiadała jednak jeszcze wtedy Hondy z antycznym radioodtwarzaczem, a dni tych nośników zdawały się być już na zawsze policzone...

    Cóż, dobrze, że jest wśród ocalałej czwórki Cocteau Twins.



     Niezaradna nie traci rezonu.

     Rzepak nadal pachnie, czuć go nawet przez szyby. Bociany ciągle siedzą na tych gniazdach parami. Zieleń się zieleni.

     I jest jeszcze plan B! Wcześniejszy njus sensejszon szwagierki. W wiosce Snopek też może być miejsce pracy dla Niezaradnej! Wioska Snopek ma nawet szereg przewag nad miejscowością Pypeć, która jest tak odległa. Co prawda w wiosce Snopek nie mają tak naglącej potrzeby, by zatrudnić Niezaradną. Ale... dyrektor w Snopku ma iść na emeryturę (podobno). A zatrudnia emerytkę, pewnie po znajomości (na pewno!). Jak on pójdzie, pójdzie z nim i ona. Bo nowy dyrektor na pewno wytrzaśnie emerytkę (na pewno!).

    Snopek, nie Snopek, trzeba papiery złożyć. Niezaradna raz w życiu pracowała już na wiosce z prawdziwego zdarzenia i przez resztę życia będzie marzyć, by doświadczenie powtórzyć. Zatem - na Snopek, na Snopek!

    Rzecz w tym, że Niezaradna przysypiając poprzedniego wieczora nad kryptoreklamą NO-SPY, nie sprawdziła, jak dokładnie dojechać do Snopka. A rano się spieszyła.

    Pewnie trzeba skręcić w Kiszkowie...  Na pewno z Kiszkowa się trafi. Ludzie są przecież, znają wszystkie wioski okoliczne, dopyta się.

    Niezaradna nie cierpi nawigacji w telefonie. No i nie miała okazji używać jej jeszcze bez JeszczeMęża, który tłumaczy jej polecenia z nawigacji. JeszczeMąż jest dobry w pilotowaniu, Niezaradna ma prawo jazdy. Są zgranym teamem, wiecie przecież.

    Nawigacja odpada, ludzie mataczą. I w ogóle mało ich coś na ulicach, bo i ulic jakoś tak brak. Naprawdę małe te wioski. W każdej Niezaradna kogoś łapie, czasem wywlekając tubylców z chat. Każdy coś tam wskazuje. Niezaradna podąża. I się pogrąża. Poznała już Szczekociny i Jegocinek. I Psiajuchę, i Wygwizdek. I dopiero w Jagodziance zdecydowała się jednak znów zawrócić, co nie jest takie proste na drodze szerokości Hondy, otoczonej po obydwu stronach przepastnymi rowami.

    Na pokazie samochodowej ekwilibrystyki Niezaradnej zjawia się samotny cowboy w Jeepie. Niezaradna bez większego problemu wczuwa się w blondynkę i kupuje bez trudu cowboya, który eskortuje ją... z powrotem do Kiszkowa, z którego rozpoczęła wypad na Snopek. Dalsze wskazówki kierują ją na Szczekociny. I Jegocinek, i Psiajuchę. I Wygwizdek. Aż do Jagodzianki.

    Niezaradna z krzykiem zawraca w Szczekocinach i pospiesznie pędzi do Dziury rodzinnej. Jej wielka droga za pracą musi dobiec na dziś końca - zaraz trzeba odebrać Dwójkę z przedszkola.

    Na miejscu już Niezaradna odkrywa, że przez cały czas w Hondzie była samochodowa mapa Polski, którą Jeszcze Mąż ukrył w sobie znanym miejscu. Studiując ową mapę, Niezaradna odkrywa, że banalne odbicie z drogi wiodącej do/od Pypcia poprowadziłoby ją prosto do Snopka.

    Do którego trzeba odbyć drogę raz jeszcze. Zapewne njusy szwagierki mają się i w tym wypadku nijak do rzeczywistości. Ale fajnie jest tak pojechać w majową Polskę. Jeżeli macie kasę, nie musicie robić tego pod pretekstem szukania pracy.

    Rzepak kwitnie i pachnie, jabłonie, bzy... bociany też na miejscu.





    Piękny i niesamowicie deficytowy dzień spędzony "za chlebem". Po powrocie do domu Niezaradna w ramach samobiczowania sprząta przez całą resztę dnia.

    Wieczorem odkrywa na poczcie oficjalnej, służbowej oraz jednej z tych lewych szanse na zlecenia. Same przyszły, gdy ona rozbijała się po wioskach wiosennych.

    Świat jej pragnie.


 

 

 

wtorek, 29 kwietnia 2014

Przyczyny braku notki...





    Niezaradna już nawet nie chodzi tam. Za to pobyła godzinę tu:



     I to było o całą godzinę za długo... Zwłaszcza, że potem przychodzi czas na sen i wypada on wprost na ten przeznaczony na dwie kryptoreklamy NO-SPY w eleganckich artykułach informacyjnych.

     Się tęskni. Się wróci.

sobota, 26 kwietnia 2014

Z logopedią ostrożnie

  - Dzień dobry, tu Elżbieta Jelizawieta, czy rozmawiam z panią Niezaradną?
  - Tak, to ja (to nazwisko coś mi mówi, to coś mi mówi, powinnam kojarzyć...)
  - Dwa lata temu miałam z pani córką, Gburką, zajęcia z logopedii w ramach funduszy unijnych...
  - Tak, tak, pamiętam (aaaaaaa... ale o co cho?!)
  - Pani Niezaradna, może przede wszystkim: czy ma pani dosłownie minutkę czasu?
  - Tak, proszę bardzo (oooo... miła była, ale o co, kurwa, cho?)
  - Czy pani może posiada takie urządzenie jak termomiks?
  - Tak!
  - Taaaaak? (.... to proszę wysilić, źródła blogu nie sięgają po tak daleko idącą inwigilację) - Naprawdę ma pani... TERMOMIKS?
  - Tak, urządzenie wielofunkcyjne urządzenie spełniające takie zadania jak termomiks... (kurwa, kurwa, kurwa! goń się, debilko, z tą swoją prawdomównością!!!)
  - Czyli nie termomiks?
  - Maszynę chlebową wielofunkcyjną... (odczep się, babo, nie kupię twojego termomiksa!!! moja maszyna jest cool, nie musi być wielofunkcyjna, nie muszę robić dżemu w maszynie... a mogę!)
  - Bo wie pani, ja cuda można zrobić dla dzieci w takiej maszynie!.... (lista cudów). A pani ma te dwa maluszki, zatem...
  - Nasza maszyna spełnia zadania...
  - Rozumiem... Zatem pozwolę sobie jeszcze jedno... gdyby pani słyszała od jakiś znajomych, że są zainteresowani...
  - Wyświetlił mi się pani numer, zatem mam go...
  - Rzecz w tym, że to nie mój numer, to stacjonarny, pozwolę sobie wysłać SMS-a...
  - Jasne, jasne! Oczywiście! Gdybym słyszała o kimś, na pewno dam mu.... bla, bla, bla.




   A jednak. Logopedia też wymięka.

   Niezaradna musi odpuścić rodzicom niemy wyrzut i przekonanie, że fakt, iż poskąpili jej odrobiny kasy na dodatkową logopedię, na którą się dostała, poważnie utrudnił jej karierę Dziurową.

   Chyba, że po prostu pani logopedka jest pazerna i kocha akwizytorzyć i robi to po godzinach. Jak jedna znajoma, która nauczając w szkole z ekstra kasą za specjalne warunki, popołudniami akwizytorzy, a w weekendy gwiazdorzy na weselach śpiewając.

    O tym, jak sprytna jest pani logopedka w robieniu użytku z ekskontaktów służbowych... nie mówimy, bo po co.




   Taaa... przedni dowcip.

Wielki Sen

    Panie i Panowie.

    Niezaradna robiła dopiero co bardzo mądry, wnikliwy i pouczający test. Wyniki druzgoczące.

    Jest Księżniczką na ziarnku grochu, czyli archetypem bohaterki, której dramatem jest brak rzetelnego snu.

    Niezaradna uznała prawdę objawioną tego wyniku.

    I zaczęła nadrabiać. Nie żeby sama zadecydowała. Stało się. Ciało ją pokonało.

    Usnęła nad ostatnim postem. Usnęła kolejnego wieczoru nad robotą. Usnęła następnego w trakcie rozmowy z JeszczeMężem. I wczoraj usnęła też. Są rozpoczęte cztery błyskotliwe notki. Wiszą sobie w notatniku i czekają na lepsze czasy. W planach lepszy czas jest wieczorem dziś/jutro nad ranem.

    Ale Niezaradna z pokorą już podchodzi do bezlitosnego organizmu, którego Duracelle najwyraźniej potrzebują doładowania. I tak leżą notki, lektura blogów debeściaków i tylko roboty odłożyć się nie da.

    Przesilenie wiosenne/kryzys z powodu nadużywania prochów/starość/ permanentne niewyspanie/nadmierne zidentyfikowanie się z bohaterką pożeranej właśnie książki/wczesna ciąża - niepotrzebne skreślić (ostatnie skreślić NATYCHMIAST!!!)



czwartek, 24 kwietnia 2014

Kawałek baśni dla każdego

    Ten blog powstał z samotności, frustracji, na nim się narzeka, szydzi, kombinuje, jak obejść rzeczywistość, tu się drze szaty i klnie.

   Ale dziś można odlecieć od realu. Dziś można odlecieć od ograniczeń.

   Dziś inaczej. Dziś sobie pobajajmy. Kto na sali nie baje sobie na swój temat czasem? Ktoś nie baje? Bzdura. Wszyscy bają. Mają tak, by żyć i iść.

   To teraz cofamy się dalej... W kogo kiedyś bajaliście? Na czyj kształt, na czyje moce? Z kim po polach bez granic pędziliście?

   Tak, możecie się dłużej wciągnąć w tamto dawne bajanie. Powspominajcie sobie z lubością. Nie, nie musicie przypominać sobie, kiedy to ciachnięto, to tak często się staje i to taki brutalnie realny moment jest. Dziś pobajajcie na temat swój własny jako postaci kultowej i nieśmiertelnej, bo zawsze ją można odnaleźć w nieoczekiwanym momencie.

   Niezaradna w swoich bajaniach, ma rudą grzywę loków, bo ostatecznie zaakceptowała swą rudość z reala i polubiła nawet. Tylko loki sobie dodała, bo bardziej nieujarzmione. Poza tym może jeszcze być blada jak w realu, ujdzie. Reszta z realem nie zgadza się wcale.

    Bo w bajaniach to już żadna Niezaradna nie jest, tylko dzika i nieokiełznana dziewczyna - trochę Marion z lasu Sherwood, trochę Cathy z Wichrowych Wzgórz. Jest swobodna i wolna, nie lęka się niczego, a jeżeli się lęka, to wyżej unosi głowę. Dzika Dziewczyna daleka jest od zwykłych śmiertelników. Oni zresztą zwykle lękają się, gdy przemyka między nimi, jak duch we mgle. Dzika Dziewczyna ma nieznane im moce, jest z innego świata i oni o tym wiedzą. I dlatego unikają jej towarzystwa. Pokochać ją mogą tylko równi jej outsiderzy. I ona tylko takich wybiera.

    Bajania mogą być takie właśnie, nikomu nic do tego, że infantylne. Ale że wielu z tego szydzi, chowamy się przed sobą nawet, szydzimy sami z siebie i zapominamy o naszym wewnętrznym bohaterze. Na szczęście niektórzy nie do końca i gdzieś tam malutkie marzenie w duszy siedzi.

    Czarownica albo wiedźma. Może wróżka, może elf. Ale nie taki wylizany elf z ekranizacji Tolkiena, tylko taki raczej. Jagoda, która stworzyła "Grimmę". Miejsce poszukiwania zagubionych bohaterów, którymi byliście.

    Lalka - projekcja tej części Waszej duszy, która jest ukryta. Wiecie, ile to magii i dobrych życzeń? Jak nie wiecie, to poczytajcie - baśnie mówią, że w takiej lalce, dedykowanej osobie, jest moc! A kto ośmieli się powiedzieć, że w baśniach nie ma prawdy?

    Jagoda, dobra wiedźma i lekarz duszy, rozpoznała niewypowiedziane bajanie Niezaradnej i tak sobie postanowiła, że ten portret poniżej dla niej stworzy. Bo tak. I powstała Dzika Dziewczyna, co się w Niezaradnej kryje, ot tak. Czemu?

    Jagoda jedna wie. A ona jest istotą magiczną.

    I dlatego Niezaradna przysypia pisząc ten post do 2.38. Bo spieszy donieść, że każdy z Was może mieć bajanie o sobie samym złapane w kształt. A Jagoda, co szyje marzenia, ma wiedźmi wzrok. Dlatego się nie rozczarujecie.

   Oto Dzika Dziewczyna. Jest tak piękna i tak pięknie podarowana, że Niezdarna jeszcze nie może się w tym odnaleźć :

  

    Post był pisany tak późną nocą, w tak skrajnym wyczerpaniu, że Niezaradna więcej nas nim przespała niż napisała. Trzeba było zatem go ciut odświeżyć i coś dopisać.

    To najczęściej bardzo praktyczny blog. Tak po wierzchu. Niezaradna najczęściej jest bardzo sceptyczną kontemplatorką rzeczywistości wokół siebie. Tak po wierzchu. Bo jak Sam Gamgee, według Tolkiena główny bohater "Władcy pierścieni", wierzy, że na świecie istnieje dobro i warto o nie walczyć (nawet najbardziej ponura z ponurych Bator w to wierzy, zatem coś z tym musi być ;) ).

    Ten blog nie jest mądry i pełen głębokich treści. Niezaradna czyta takie czasem i one służą, by czytelnicy czerpali z nich Moc. I Wiarę. Jagoda jest jedną z tych, co tą Mocą emanują i Wiary namnażają.

    Dlatego warto ją poznać. Nawet, jeżeli nie przyszło do głowy Wam, by lalkę sobie sprawiać. Tylko czy trzeba mówić, że to nie są zwykłe lalki?

   



 

 

 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Suplement do świąt

     Ponieważ w poprzedniej notce zadano pytanie (retoryczne raczej) na temat tego, jak gadać dalej z takim człowiekiem, co w święta... blablabla, to spieszy się z zapewnieniem, że odpowiedź na pytanie jest prosta.

     Można. Gadać i inne rzeczy można. Gdy drugi człowiek (bo przecież "w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz" i "do tanga trzeba dwojga" i inne porzekadła) zrobi gest/wiele gestów/i słów/uczynków (adekwatnie do rozmiarów winy) - wtedy można.
   
     Wystarczy:

  •  Trzymać się zasady nietracenia czasu. 
  •  Odpuścić. 
  •  Nie patrzeć wstecz na to, co spieprzone, tylko w nowy dzień, który też można spieprzyć, ale nie trzeba. 
  • Użyć wszystkiego, co powiedzieli najlepsi na temat: Jezus zmartwychwstał i co z tym fantem dalej zrobić. 
     Co powoduje zastosowanie powyższych. 

     Można rzec o utracie dumy własnej z racji zbyt krótkiego poniewierania osobnika. Jasne, trzeba sponiewierać osobnika. Można długo. Ale ma to dwie wady. Po pierwsze: trzeba zaryzykować, że osobnika, który już udowodnił swoją wredotę, odejdą dobre postanowienia. Po drugie: trzeba dalej tracić czas. Zalety? Ocalona duma własna. Jeżeli kogoś satysfakcjonuje towarzystwo tej nadętej damy przez kolejne dwa wieczory i noce. I ile tam jeszcze ma ich być, by duma się nażarła. 

     Panie i Panowie. Niezaradna cisnęła w czorty dumę własną, bo najnowszy odcinek "Gry o tron" lepiej się ogląda w towarzystwie JeszczeMęża, zasada nietracenia czasu nie może być znoszona, gdy JeszczeMąż da ciała, to ciągle JeszczeMąż jest i tak, jest jeszcze dużo do stracenia. 

    Duma własna? "Nie ma godności w miłości" rzekła kiedyś Ruth-Anne, jedna z najmądrzejszych bohaterek serialu "Przystanek Alaska", który dla Niezaradnej był cotygodniową wyprawą do Arkadii utraconej. I inne tam listy do Koryntian. Można tym zatkać głodną gębę dumy własnej. 

    Tak, Jeszcze Mąż złamał zasadę światopoglądowej polityki korekt panującej w domu. Ale zrobił to po raz pierwszy w ciągu 10 lat i wzbudził w sobie spory żal za grzechy. Niezaradna wybaczyła mu zatem swoje najbardziej spieprzone święta w życiu i pozwoliła na ocalenie dnia świąt ostatniego.

    I że do reszty traci wiarygodność w oczach Czytelników bloga. Też wybaczyła. Że pisząc o kolejnym poważnym kryzysie (bo on nastąpi, nieuchronnie, to reguła małżeńska), będzie brzmieć jak nieszczęsny Argan. I nikt jej nie potraktuje poważnie, no bo jak. Wybaczyła. 

   I w tym chyba tkwił największy sens tych świąt. 




  To niech będzie, że Niezaradna jest Jezusem. Choć o Alzheimera też się podejrzewa często.  
    

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Święta to kurewsko zły czas na samotność

   Żadna nowina.

   Ale może ktoś wie, jak gadać dalej z człowiekiem, co tak w święta zostawił? Nie ruszając się z domu, nie wyrywając z tego stereotypowego letargu zastołowego, nie rzucając babki w pół drogi do ust?

   Bo gadać by się jeszcze w życiu chciało, żyć by się chciało, kochać by się chciało... Tylko jak przeskoczyć, kurwa, ten żal?

   Chrystus zmartwychwstał, ale Wielki Piątek Niezaradnej jeszcze będzie trwał, trwał.

   Tak, lepiej byłoby coś optymistycznego napisać. Ale tu nie ma ściem.




PS. Tak, w ostatnim poście zapeszono. Tak, to żenujące wierzyć w przesądy. Tak samo, jak pisać o kolejnym końcu tego małżeństwa żenujące. Tylko to nie jest temat na telefon do przyjaciół w święta. A Wy jesteście tu dobrowolnie.

sobota, 19 kwietnia 2014

Powinna się zacząć Wielka Noc...

    To jest blog uniwersalny. Bogaci też mogę zajrzeć. Niezaradna pozwala sobie domniemywać, że bieda nie zaćmiła jej umysłu jeszcze na tyle, by nie umiała wznieść się i nie umieć czasem napisać ogólnie, do ludzi.

    To jest blog uniwersalny. Uniwersalność jest wpisana w życie Niezaradnej, czasem tak mocno, że w pewnym momencie zaczęła nią rzygać i odskoczyła od oficjalnej ugrzecznionej uniwersalności, by pokazać ciut radykalizmu. Ale, co począć, uniwersalność jest wpisana w życie Niezaradnej.

    Wielka Noc stoi za progiem. Wielka Noc to nie jest uniwersalne, bo zakłada, że COŚ się wydarzyło, dość spektakularne. Wielkanoc stoi za progiem. To już uniwersalne.

     Małżeństwo Niezaradnej jest uniwersalne. Ona wierzy, on nie wierzy. Dzieci Niezaradnej będą miały opcje dwie otwarte, a w domu zawsze jest polityka korekt. Dobrze się złożyło, że Niezaradna z tych wierzących, którym Katoland utrudnia wyznawanie wiary. Tak, marna jej wiara.

     Wielka Noc może mieć rodowód pogański, a jej wszelkie sztampy, być kiedyś zwalczane przez kościół, tak jak spadki po obchodach Święta Jarego, czyli pisanki. Ale teraz Wielka Noc to święto chrześcijaństwa.

      To jest blog uniwersalny, ale Niezaradna próbuje nie puszczać swej wiary i dlatego czasem pojawia się On. Wielki Post spędziła Niezaradna byle jak, byle dalej. Nałożyło się tyle wszystkiego, a choroba i cierpienie jakoś jej do Boga nie zbliżyły. Nie za bardzo wiele z tym zrobiła, w końcu to On nic nie robi z tym, że do dziś nie słyszy, jak trzeba. A ona posłusznie łyka te leki i ma permanentny rozstrój żołądka. Zatem ma do Niego pewne pretensje. Poszła jednak i odklepała spowiedź, na której przypadkowy ksiądz - o dziwo - nie wykazał sztamowego zainteresowania, gdy doszło do kwestii masturbacji i skupił się na wartości modlitwy. Ot, siurpryza.

     Przyszło Triduum i Niezaradna nie uczciła bożka Perfekcyjnej Pani Domu, ale to nic dziwnego przecież, ona jest z tych Chujowych Pań Domu. Przyszło Triduum i Niezaradna nie uczciła też Boga, ale to nic dziwnego, ona jest z tych wątpiących i coraz rzadziej szukających. Dziś, wczoraj i w najbliższe dni uczci za to Niezaradna swą biedę. I czas na świętowanie spędzi przy robocie. Bo zlecenie, bo gwałt.

    Kurwa mać.

    To jest Wielki Piątek. Święto uczczenia krzyża. Krzyż swój połączyć z Jezusem. Że bieda, że robota, że ucho nie działa. Tere fere, Niezaradna nie czuje. Stara się, ale nie czuje.

    To jest ostatnia szansa. Jeżeli ktoś z Was ma taką potrzebę, to próbujcie. Bardzo mądre, ważne i dalekie od sztampy. Niezaradna po raz pierwszy poczuła, że tak, Wielka Noc będzie, a Ona przerobi ten Wielki Piątek i sprosta.

    Poza tym jest szczęściarą. Bo Jeszcze Mąż i ona trzymają się niezmiennie reguły nietracenia czasu, a sztuka taka wytrwała nie udała im się od co najmniej dwóch lat. I Ludzie nie dają jej ostatnio wierzyć, że jest źle. Co z tego, że to z Niereala ludzie. Bezinteresowność, empatia, wrażliwość i  chęć pomocy jest realna.

    Alleluja!



 

     Nie, okna nie. Ale teraz będzie pisane coś potwornie nużącego, pewnie noc całą. To Wielki Piątek Niezaradnej, on jeszcze trwa. Ale minie. I nadejdzie Wielka Noc.

    Czytacie ten blog i Wy, wierzący i Wy, niewierzący. To bardzo cieszy, bo zawsze warto znaleźć życzenia uniwersalne dla Czytelników.

    Niech to, co nie powinno być martwe, z martwych wstanie. Niech dni najbliższe martwe nie będą, martwo za stołem, martwo wśród rodziny, martwo w sztampie i folklorze świątecznym. Fuj!

    Niech będzie radość wielka! I niech trwa!


PS. A jak się przygotowuje święta, jak się jest biedną i chujową - po świętach. Awangardowo, niesztampowo, bla, bla, bla :).

czwartek, 17 kwietnia 2014

"Basia" dla dzieci biedoodpornych. I nie tylko dla nich.

   Ponieważ ten blog ma dramatyczną przewagę negatywów nad pozytywami, a założenia są takie, że promuje się tu przeżywanie biedy z klasą i fantazją - dyscyplinujemy się, Czytelnicy drodzy. Wprowadza się nową kategorię: pozytywnie i będzie pozytywnie tu częściej.

   Na dniach święta, jak twierdzą niektórzy - najradośniejsze. Zależy od oglądu, u Niezaradnej najbardziej radosne zwykle są przygotowania. Ale może u Was są bardziej fantazyjne sposoby spędzania świąt niż w rodzinie Niezaradnej, czego Wam się szczerze życzy. Stop, stop! Niezaradna zaczyna nałogowo malkontencić, zamyka się jej usta i wypycha na widownię inną, pogodną wersję tej bohaterki.

   Największą radością świętujących rodziców bywają radujące się świętem dzieci. Jasne, że biedoodpornym dostarcza się rozrywek ekonomicznych w postaci wielkiej radości z działań twórczych na mazurkach i jajach. Ale to są dzieci, nie przeprogramowane na jedną słuszną ideę golemy. Z prezentów cieszą się też. I tak, na Wielkanoc drobiazgi, zajączek nie jest takiej słusznej postury jak dobroczyńca gwiazdkowy, jakkolwiek go nazywacie. Ale - po pierwsze - Dwójka uświadomiona jest, że zajączkowi i innym takim pomagają rodzice. A po drugie - rodzicom pomagają dziadkowie i pozytywne zbiegi okoliczności, takie jak likwidowane sklepy, produkty, których recenzje Niezaradna ma napisać na portal, co ją zaszczyca i inne takie. Prezenty będą. Dzięki hojności dziadków całkiem słuszne. Dzięki temu, że dziadkowie dali Niezaradnej kasę i kazali inwestować - udane.

   Zero zabawek, wiecie czemu. Dwójka nie nadąża się bawić tymi, co są.

   Będzie za to dużo Basi. Opór Basi. Wszystko, co było w dziurowym empiku i czego jeszcze nie było w pokoju Dwójki. 11 sztuk nowych tomików! W empiku promocja 3 tomy w cenie 2. Gnajcie co sił, Ludzie, co nie przerzuciliście się jeszcze na elektroniczne czytanie. I nabijajcie zaraz punkty PAYBACK! Innym razem Niezaradna opowie Wam, jak bardzo warto o nich pamiętać.

    Jak wytłumaczyć Basiowe rozpasanie Niezaradnej, która przydźwigała w poniedziałkowy poranek 11 nowych tomów?

     Basię warto mieć. Nie tylko, jak się dziecko biedoodporne wychowuje.

     Pierwszy argument może się wydać nieco od czapy, ale to Niezaradnej recenzja, zatem weźcie poprawkę i przełknijcie to.

     Przy Basi człowiek się nie nudzi. Ten duży człowiek, który czyta. Choć każda z części jest w jakimś tam zakresie dydaktyczna i z ukrytą tylko przed małymi czytelnikami tezą - nawet Niezaradna czytając Dwójce te książki nie ziewa. A jest to fenomen, bo zasiadanie z Dwójką do lektury zwykle uruchamia u Niezaradnej odruch ziewania bezwarunkowy, którego powstrzymywanie wystawia jej szczękę na wielkie próby. Dlatego jak do tej pory Niezaradna niezbyt gorliwie czytała Dwójce. Tak, wstyd.

     Nadeszła era Basi i Niezaradna z wielką ochotą czyta Dwójce. A niecierpiący przy lekturze dziecięcej rodzic to wielki atut lektur dziecięcych - ktoś musi na głos czytać. Jak cierpi przy tym, to się miga.

    Jakie walory rozrywkowe dla rodzica ma Basia? Sfera obyczajowa w tle. Nie oceni jej może adresat główny, docenią ją dorośli.

     Rodzice Basi mają trójeczkę potomków. Kto ma trójeczkę, ten wie, jak wiele z tym uciechy. I innych związanych z tym doznań. Kto ma dwójeczkę, zrozumie. I kto ma jedno - też. Każde pojawiające się dziecko wywraca życie do góry nogami i każe czas jakiś koziołkować. Rodzice Basi sporo fikołków wykonują. I fajnie poczytać o ich zmaganiach oglądanych z perspektywy prawie pięciolatki. Bo my doskonale wiemy, co czuje mama, która rusza na duże zakupy z energiczną trójką. Albo stara się pracować w domu przy komputerze. Podziwiamy hart ducha taty, który wraz po dniu pracy z trójką gotuje kolację, przy czym trójka ta sprawdza wytrzymałość tatusia na chaos twórczy w pełnym pakiecie wydania dziecięcego. I znając od kuchni fach rodzicielski, uśmiechamy się pod nosem, gdy Basia opisuje miny mamy oraz nerwowy śmiech taty. Lektura z perspektywy współczującego rodzica to niezła porcja rozrywki. Niezaradna się rozrywa, a Dwójki nie obchodzi jej krzywy uśmieszek, bo też się rozrywa.

    Rodzice Basi mają też relacje między sobą i o tym też można czytać między wierszami lub wprost - w tym momencie Niezaradna już chyba może zdradzić, że wciągnęła się w fabułę, jak w niezłą obyczajówkę i owe 11 tomów, które babcia zwinęła (bo rzecz jasna - hojny zajączek u niej przywędruje) Niezaradną mocno nęciło... by się do nich dorwać i sprawdzić, co tam w rodzinie Basi słychać. Udało się nie zrobić tego, ale parę dni więcej... i może by się nie udało. Czy naprawdę w którymś tomie tata nazywa mamę "opasłą"?! Tak twierdzi Gburka, a ona zna już różne części z przedszkola, a Niezaradna jeszcze nie jest na bieżąco... "Opasła"?!

     To teraz już wiecie, że Basia jest świetną lekturą dla dorosłych, którzy czytają dzieciom. Ale dzieci ją też uwielbiają. A o nie przede wszystkim chodzi. Taaak, niech będzie w końcu i o nich. Czemu lubią Basię?

     Bo Basia jest autentyczna. Ma niewydumane radości i smutki. Wiele emocji. Cieszy się, martwi, wzrusza i wkurza. I wszystko wiarygodnie. Basia nie jest nudziarą, stanowczo nie. To nie uśmiechnięta i przykładna laleczka, która z każdej lekcji poglądowej o świecie wyniesie w lot właściwe wnioski. Często niełatwo jej to przychodzi. Bo alergię niefajnie mieć, gdy o głaskaniu konia marzy się wiele miesięcy. Uwierzyć, że coś gratis wcale nie jest gratis i wyrzec się czegoś, co tak bardzo chciałoby się mieć - niefajnie. I znieść to, że najlepsza przyjaciółka przerzuciła uwagę na kogoś dziwnego, kto zachowuje się inaczej niż wszyscy i zdaje się nikogo nie potrzebować... Basia płacze, złości się, aż drzwi trzaskają, próbuje podstępów, jest zazdrosna i wzrusza się. Żyje. Jak oni - mali czytelnicy serii o Basi.

    Ten cykl ma bohaterkę, która mogłaby być jednym z Waszych dzieci. I dlatego, gdy dziś Niezaradna wróciła do domu z przedświątecznego biedronkingu, przywitała ją w drzwiach Basia i dzidziuś Franek (młodszy brat Basi). Dwójka żyje przygodami Basi, które są niezwykle... zwykłe. Popatrzcie na tytuły składające się na serię, a sami ujrzycie: przedszkole, alergia, podróż, słodycze... Wszystko, co spotyka Wasze dzieci, możecie przeżyć z Basią. Punkt wyjścia do rozmów, przygotowań do przeżyć, oswajania pewnych sytuacji. Seria traktuje o sprawach ważnych i bardzo ważnych, ale jej dydaktyzm jest jak porcja lodów. Pochłania się z apetytem i woła o jeszcze!

    Gołodupni: lektura obowiązkowa - tom Basia i pieniądze! Miejsce akcji: wielki market handlowy. Fabuła: wokół tematu zakupów. Trudna lekcja tego, że pieniądze z bankomatu nie biorą się bez przyczyny, a gratis czy bonus wcale nie oznacza, że nie płacimy. Bohaterka uczy się z bólem rezygnacji, bo mamy nie stać na wszystko, co wystawiono w koszach jako okazję. I nawet lista zakupów musi być ograniczona, bo nie na wszystko starczy. Zamiast wielu godzin trudnych rozmów - tom o Basi i pieniądzach do ręki! Czytamy i przypominamy na najbliższych zakupach. Gdy bohaterka kultowa, fani sami chcą odgrywać jej przygody. Te na zakupach ułatwią Wam życie.

   Czytanie dzieciom bywa jak wrzód na tyłku. Bo trzeba się zatrzymać, usiąść i nie da się oderwać myślami, czujny dzieciak dopilnuje. Czytanie dzieciom jest cudowne. Bo trzeba się zatrzymać, usiąść. I nie da się nie przytulać. Pod jednym ramieniem Gburka, pod drugim Świrus. Gburka, spokojna intelektualistka, słucha uważnie i pogania Niezaradną, gdy coś ją rozproszy. Świrus, żywioł ognia i wrażliwiec, zadaje tysiące pytań... i siedzi. Nie biega, nie skacze. Słucha zatrzymany w pędzie. Aktywnie. Po paru dniach wspomina i przenosi na Dwójkowy własny scenariusz Basiowy. Gburka, pilny słuchowiec, skupiona i baczna. Świrus, emocjonalny ekstrawertyk, zadaje sto pytań potwierdzających i wskazuje na ilustracjach, żądając potwierdzeń i opowieści.

  Ilustracje to kolejny atut Basiowych tomików. Żadnej poetyki rodem z pisemek o zbawieniu i innych Martynek. Obrazki w Basiach są z jajem, wyraziste i - co istotne - pełne szczegółów z treści. Kapitalnie uzupełniają, pomagają tym mniej skupionym dzieciakom. Fajne, wierne i konsekwentne - fotoreportaż z życia Basi i jej rodziny jest śledzony przez bardzo baczne oczy bezlitosnej krytyki, dla której nie ma zmiłuj i tłumaczeń. Bohaterka ma być sobą!

  Niezaradna mogłaby jeszcze długo, ale co za dużo, to niezdrowo. Nadmiar promocji odbija się czkawką.

  Bardzo ważna informacja, ulubieni Czytelnicy gołodupni - Basię można w bibliotece w Dziurze otrzymać bez żadnego problemu. A wiecie co to oznacza? Że mało gdzie nie można.

  Pożyczajcie więc Basię dla frajdy. Bywajcie w bibliotekach dla oszczędności kasy. I dla idei. Niech ich jeszcze, kurwa, nie likwidują.





 

   

   

wtorek, 15 kwietnia 2014

Kwestia względna

     Zgodnie z życzeniami Jeszcze Męża, Czytelniczek (męska część się nie wypowiedziała) i własnego poczucia przyzwoitości, Niezaradna wysłała motywca i sivi. Nad tym pierwszym spędziła sporą część mało rozrywkowej niedzieli, bo zgodnie z tym, co przeczytała kiedyś na bardzo użytecznej stronie, którą bezrobotnym Czytelnikom się poleca, dobry, zindywidualizowany dla danej firmy motywiec naprawdę ma znaczenie. A Niezaradna, jak już aplikuje, to z namaszczeniem aplikuje.

     Choć to nie on w związku jest specem od łączenia słów, Jeszcze Mąż jak zwykle sprawdził i poprawił całokształt. Korekta Jeszcze Męża polega na przerobieniu brzmiących zbyt malkontencko i żałośnie fragmentów w przekaz pełen poczucia wiary w swe możliwości i nonszalanckiej wręcz pewności siebie. Czyli zamiast: "straciłam pracę" - "zmieniłam plany zawodowe". I inne takie bzdety. Niezaradna uważa, że bzdet na odległość bije i nawet najgłupszy pracodawca wyczuwa to na pierwszy niuch. I że więcej można by zyskać szczerością. Ale w końcu to Jeszcze Mąż ma pracę, nie ona. Zatem zawsze oddaje motywce do JeszczeMężowskiej korekty i prawie pokornie się godzi z jego cenzurą.

     Na finał siada i dopracowuje rzecz językowo. Potem rzecz można wyrzygać kliknięciem: wyślij. Porada z bardzo użytecznej strony jedna jeszcze: nigdy nie wysyłajcie maila treści "załączam sivi i motywca the end". Zawsze coś tam napiszcie, udając, że firma Was nęci od wieków i obudzeni o trzeciej nad ranem będziecie gotowi na półgodzinny wywiad dlaczego. Nawet jeżeli to firma COMPU, o której to istnieniu zapominacie natychmiast po wysłaniu maila. Jak zresztą należy wnosić z reakcji COMPU, ściemy takie bywają nawet wiarygodne. Chyba że pracują tam złośliwi cynicy, którzy postanowili sobie zadrwić ze ściem Niezaradnej i obnażyć ich pustotę.

     Mail do redakcji Blablabla poszedł zatem. Niezaradna teraz bez emocji poczeka, bez emocji się nie doczeka, emocje nadejdą, jeżeli mail zaowocuje wezwaniem na rozmowę.

     Jeszcze Mąż, w przeciwieństwie do malkontenckiej małżonki, jest człowiekiem czynu. Wykonał zatem dziś telefon zwiadowczy do jednego z rozlicznych wpływowych znajomych w dziurowym światku. Znajomy, człowiek z wyżyn dziurowego światka, zapewnił, że ta oferta pracy nie jest ustawiona, co więcej, jest na tyle nieatrakcyjna finansowo, że ogłoszenie wisi raz po raz. I że nalatać się trzeba, w ogóle bleee.

    W tym miejscu Jeszcze Mąż zaśmiał się sucho jedynie. Znajomy zapewne nie wiedział dlaczego, a jeżeli zdawało mu się, że wiedział, to naprawdę tylko mu się zdawało.

     Rzecz w tym, że Niezaradną i Jeszcze Męża pojęcie "mało" obowiązuje inaczej niż resztę znanego im świata.

    Bo cóż znaczy "mało"?

    Spokojnie, dziś nie będzie filozofii. Konkret będzie. Prawie że liczby.

    Każdy z Was, jak to czyta, ma jakieś pojęcie o tym, cóż znaczy "mało". Konia z rzędem jednak można postawić, że Wasze "mało" to dla Niezaradnej j Jeszcze Męża naprawdę znacząca suma pieniędzy.

    Kiedyś Niezaradna czytała uroczy wywiad z sympatycznym pisarzem. Najbardziej urzekł ją fragment:

   W Polsce nawet względny sukces finansowy nie rozwiązuje najprostszych problemów. Kiedy słyszę o małżeństwie, w którym ona zarabia 2 tys. zł, a on 3 tys. zł, mają córeczkę i synka, spłacają kredyt, to łapię się za głowę: jak oni to robią? A przecież od tej pieprzonej transformacji minęło już ćwierć wieku. Nie powinniśmy być biedakami. Nazwijmy rzecz po imieniu: w Polsce jest bieda.

    5 tysiaków?! Plus kredyt? Dwójka dzieci? Niezaradna i Jeszcze Mąż czuliby się zblazowani jak starożytni Rzymianie, co padli z przesytu.

    Póki co, co czas jakiś dowiadują się o różnych "mało", które dla nich znaczy bardzo wiele.

    Jedną z polskich misji narodowych jest obowiązek poczucia, że ma się mało. I w ogóle, że bieduje się.

    KAŻDY ma więcej od rodziny Niezaradnej. Ale wszyscy mają mało. Niezaradna i Jeszcze Mąż ciągle to od innych słyszą. I czasem nic nie mówią.

    Bo nawet, gdyby się zaczęli licytować, nikt by nie uwierzył, że można mieć TAK MAŁO i żyć. Gdyby Niezaradna napisała Wam ile, prychnęlibyście: Nie, no teraz przegięła! - i rzucili ten blog w czorty. A nie o to chodzi, byście zaraz rzucali.

     Kiedyś, dawno temu, Niezaradna po raz pierwszy od swego powrotu do Dziury była bezrobotna. Kończył się jej też zasiłek macierzyński, na świecie była już trzy miesiące Gburka. I Jeszcze Mąż stracił pracę. Zarabiał w niej 1000 zł na rękę, ale nikt w to nie wierzył. Praca była państwowa, ciężka, wielozmianowa i cholernie odpowiedzialna. No i poszła się ganiać.

    W chwilach krytycznych często odkrywa się ludzi. Jeszcze Mąż nie został długo bez pracy. Przedsiębiorczy mąż kuzynki z miasta wojewódzkiego w pobliżu z miejsca zaoferował mu pracę w swej firmie budowlanej.

   - Tylko wiesz - rzekł ten uczynny wybawiciel zafrasowany odrobinę - wiele nie zarobisz... jakieś cztery-pięć tysiaków na początek, nie więcej.

    ???!!!

    Ten i parę innych tekstów świadczyły najbardziej niezbicie o tym, że nikt nie wierzył, że Jeszcze Mąż mógł pracować, jak pracował, za 1000 zł.

    Powszechnie wyznaje się bowiem, że ma się mało, nawet gdy nie jest z tym aż tak źle. Niezaradna też kiedyś takie wyznanie obrała.

    Była pewna na 100%, że ma strasznie mało, nawet wtedy, gdy utrzymywała się samodzielnie w mieście X, spłacała kredyt za mieszkanie, wyjeżdżała co weekend balować do stolicy, bo tam ją wtedy gnało, a dwa razy w ciągu lata na dłuższe wypady, w Polskę i za granicę. Była przekonana, że jest bardzo uboga, choć wedle obecnych standardów, była całkiem zamożną osobą.

    Wedle obecnych standardów była jednocześnie i ubogą osobą.

    To możliwe? Jasne. Wszystko zależy od kryteriów.



   

      Praca mało opłacalna, z bieganiem? Z szefem, który jest bardziej dotkliwy niż wrzód na tyłku?

      Tak, jeżeli Niezaradna ją dostanie - weźmie. Bo ilekolwiek w niej zarobi, stanie się w jej domu mniej mało niż jest teraz.

     A to już bardzo dużo.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Bańki mydlane

     Sezon na bańki się zaczyna. Zabawa ekonomiczna i wielce radująca dużych i małych. Nie będzie tu opisywania baniek mydlanych, bo koń czym jest, każdy widzi. Ale możecie się dowiedzieć, Czytelnicy mili, ze dziś właśnie, zupełnie nieoczekiwanie, zainicjowany został sezon bańkowy u Niezaradnej.

     Nie, nie będzie mowy o tym, jak Niezaradna wyległa z Dwójką na zieloną trawkę i puszczali bańki. Owszem, Niezaradna z Dwójką wyległa, ale nie na trawkę, a na zakupy, bo likwidacja sklepu z zachodnią chemią na mieście się odbywa. A Jeszcze Mąż wypatrzył tam wczoraj szczoteczki Colgate dla dzieci za 2,50 i nieopatrznie zakupił tylko dwie. Niezaradna wzięła zatem torbę na kółkach (mgliste przewidywania na temat innych okazji), skrzyknęła Dwójkę i ruszyli.

    Likwidacja musiała się odbywać już czas jakiś, ale po dwie szczotki na łebka udało się zdobyć. Gorzej było ze specyfikami do prania. poszukiwanymi przez Niezaradną. Ale zostały wzięte i tak. Jako dobra inwestycja. Nie, nie zostaną korzystnie sprzedane na allegro, na które Niezaradna na moment postanowiła się obrazić. Są elementem strategicznym. Bo właścicielką likwidowanego sklepu okazała się być koleżanka z klasy Niezaradnej. Jak się okazało obarczona nie tylko upadającym interesem, ale i córką na bakier z ortografią. A że interes to był tylko jeden z wielu, a córka blisko testów szóstoklasisty - Niezaradna została zagadnięta o korki. No to uznała, że warto wziąć te wcale nie takie tanie płyny. Dwójka dostała jeszcze po dwa baloniki na łebka, wyciągnięte spod lady i pamiętające szczęśliwsze czasy otwarcia sklepu. Odwiedziny likwidowanego sklepu można było uznać za nie tylko udane, ale wręcz obiecujące.

    Niezaradna popołudnie spędziła rojąc sobie o stałym cotygodniowym wpływie kasy, zyskaniu sławy dzięki swym świetnym metodom, rozszerzeniu działalności na więcej ortografioodpornych dzieci miejscowych krezusów, których stać na zawracanie sobie głowy takim problemem... Bla, bla, bla.

    Wieczorem już Niezaradna uprawiała sielankę rodzinną czytając Dwójce Basię (warto! warto! warto! nad wyraz to życiowa seria. Niezaradna może temat rozwinąć innym razem). I ku powszechnej dezaprobacie rozległ się telefon.

   Niezaradna jest socjofobem i Jeszcze Mąż określa ją eremitką. Czasami jednak niczego niespodziewającej się Niezaradnej udaje się zyskać czyjąś sympatię ot tak - bo jest. I to w Realu. W Nierealu łatwo się ładnie sprzedać, zatem mniejsza sztuka. Dzwoniła znajoma z Reala, która Niezaradną z nieodgadnionych pobudek polubiła, co regularnie potwierdza. Tym razem też. Ogłoszenie brzmi tak:

Firma Blablabla, wydawca portalu blablabla.pl - w związku z dynamicznym rozwojem i rozszerzaniem zakresu funkcjonowania serwisu o nowe działy - poszukuje dziennikarza/współpracownika do działu kultura (sztuka/nauka). Ofertę adresujemy do osób potrafiących redagować teksty oraz wykonywać zdjęcia, zdecydowanych pracować w nielimitowanym czasie, umiejących dostrzegać ciekawe tematy w swoim otoczeniu, interesujących się wspomnianymi dziedzinami naszego życia.
 
 
   Poszukujemy osób które:
- potrafią przygotować zarówno krótki news na portal, jak również wywiad, recenzję czy reportaż,
- samodzielnie znajdują nowe i ciekawe tematy,
- są dyspozycyjne,
- motywuje praca pod presją czasu,
- interesują się życiem społecznym i kulturalnym Gniezna oraz regionu,
- jako swój atut mogą wskazać dobry warsztat i lekkie pióro.

  
Wymagamy:

- systematyczności i dokładności,
- znajomość zasad pisowni języka polskiego,
- dobrej organizacji pracy,
- wysokiej kultury osobistej,
- kreatywności,
- komunikatywność.

   Oferujemy:

- bardzo ciekawą, odpowiedzialną i pełną wyzwań pracę w dynamicznie rozwijającej się firmie,
- rozwój kompetencji zawodowych i udział w nowych projektach wydawniczych,
- stałe zatrudnienie.


    Niezaradna się wahała. Przyszedł Jeszcze Mąż i kazał Niezaradnej stuknąć się w łeb. Bo zawsze jej cudem starcza na przedszkole jednego z Dwójki, rachunek za komórkę i PZU (w lutym nie starczyło). U kosmetyczki nie była od cholernie długiego czasu. Tak!... naprawdę od wtedy. Już nie wygląda jak Breżniew. Wygląda jak... Jan Olszewski:



    Poza tym pewnie i tak nie dostanie tej pracy.

    Bo jeżeli by dostała... to na pewno jest w tym jakiś kruczek. Podstęp. I w ogóle sprawa cuchnie. Jak zresztą i Dziura cała, której środowisko jest równie przyjazne, jak to opisane w tej książce, którą połyka właśnie Niezaradna. Szyderczo i gorzko krzywiąc się co rusz.

    Eremitka Niezaradna lokalną dziennikarką ganiającą za newsami?

    Kanapa jest naturalnym środowiskiem pracy Niezaradnej, Niereal sprzyjającym miejscem.


    Ale zawsze... praca. Dochody? Jakiekolwiek. To i tak będzie lepiej niż jest teraz.

    Wydarzenia kulturalne za friko?


    Bańki mydlane. Są zajebiście zjawiskowe. Mienią się tęczą i fajnie się na nie patrzy. Tylko że...

 

 

 
   

sobota, 12 kwietnia 2014

Gołodupni a dobroczynność

    Jak się jest gołodupnym, człowiek co rusz robi za egoistę.

    Jednym z bardziej pokazowych momentów na czynienie tego wrażenia, są przedświąteczne okresy wzmożonej dobroczynności. Gwałtowny pęd ku czynieniu dobra, na który Niezaradnej nie stać.

    Od września Dwójka w przerwach między chorowaniem bywa w przedszkolu. Przedszkole to wykazuje się w każdym calu. Dobroczynnym też.

    Szlachetną paczkę uskuteczniono przed Bożym Narodzeniem. Niezaradna stanęła w tych dniach przed tablicą, na której wyszeregowano, co należy biednej rodzinie zakupić. I poczuła się kiepsko. Przy każdym punkcie listy widniało miejsce na imię dziecka, którego rodzice sponsorują wskazany przedmiot. A to oznaczało, że kto nie dał nic, skazywał dziecko swe na kategorię: egoiści. Tak z nazwiska. Kurewsko niefajne zrobić dziecku taki PR.

     Gdzieś dopisać się trzeba. Tylko gdzie: pralka? wiertarka? perfumy damskie? klocki LEGO? buty rozm. 26? buty damskie? Co zrobić? Co wybrać? I co dalej? Skąd na to wziąć kasę?

     Niezaradna jak tonący brzytwy złapała się za punkt: pampersy. Oraz dopisała do produktów spożywczych. Na tyle było ją stać: paczka pampersów żądanego rozmiaru została po Świrze. Co prawda nie były to pampersy, a wyrób pampersopodobny Biedronki. Skoro jednak Świrus mógł doskonale w takich egzystować, Niezaradna uznała, że nie zaszkodzą też nieznanemu dziecku wspieranej rodziny. Jeżeli zaś chodzi o produkty spożywcze, Niezaradna nie poskąpiła dżemów, kompotów i innych zapraw, którymi bardziej niż hojnie raczy Niezaradne gospodarstwo teściowa.

     Tak Niezaradna uratowała wizerunek Dwójki przed Bożym Narodzeniem.

     W tym tygodniu na tablicy zawisła prośba o karmę dla psów. Wycieczka do schroniska będzie. Niezaradna ma inne zainteresowania, apteki wspiera, nie przewidziała w funduszach karmy dla psów. A od Bożego Narodzenia zmieniło się tyle, że teraz w szatni zawisły kwiatki. Na każdym wymieniona szlachetna matka, czy ojciec, czy babka. Która ufundowała dla przedszkola/ofiarował przedszkolu/zrobiła dla przedszkola. Dwójki rodziców tam nie ma, a to zapewne nie jest dobrze widziane.

    Cóż, kiedy Niezaradnej nie stać. Na karmę dla psów, na ofiarowanie ciasta, na n innych szlachetnych wyczynów, które herold otrąbi. Na pohybel egoistom.

     Więc Niezaradna, mimo uczucia, że zaraz jej rozsadzi sklepienie, mimo dreszczy i bólu każdego mięśnia - pędzi. Gna na łeb na szyję. Zaraz skończy się obiad i dzieci będą miały czas wyciszenia przy książce. Kto i będzie czytał? Niezaradna. Raz w grupie Gburki, raz w grupie Świrka - kółko dzieci, książeczka ułożona tak, by ją każde widziało, Niezaradna czyta. Bo to inna jeszcze akcja przedszkolna: zaprośmy rodziców na salę.

    Na tę akcję ją stać. Tylko czy Dwójka załapie się na pochwalny kwiatek? Czy to starczy?

    Kurewsko być gołodupnym w dobie wzmożonej dobroczynności.




 
 

 

środa, 9 kwietnia 2014

Szoping na Niezaradną

    Niezaradna kiedyś ubierała się w Solarze i innych takich. Potem przerzuciła się na lumpeksy. Okazyjnie leginsy z Lidla, bo są zwykle świetnej jakości. Teraz przeszła na wyprzedawanie ciuchów. I tak chyba już zostanie.

    Na co zatem wydaje Niezaradna zarobione w miesiącu trzysta-pięćset złotych? Poza stałymi rachunkami, głównie na apteking.

    Jak wszyscy stali Czytelnicy wiedzą, od jakiegoś czasu piętą Achillesa u Niezaradnej jest ucho. Prawe. Niezaradna więc w nie inwestuje. Człowiek przyzwyczaja się do ucha, które działa. Przyzwyczajenie drugą naturą i inne takie - ogólnie Niezaradnej brak słuchu w uchu nie pasuje.

    Gdyby ta inwestycja była zaplanowana, Niezaradna mogłaby czynić racjonalne wydatki. A że inwestycja chaotyczna, majster się zmieniał... wydatki wymknęły się spod kontroli.

    Podsumujmy:

    - środa 26 marca - majster nr 1 zleca Niezaradnej na zapalenie ucha antybiotyk nr 1. Dwa opakowania, plus odpowiednia dawka probiotyków. Niezaradna dokonała zakupów, bo z majstrami się nie dyskutuje. Udaje się jej dostać tańsze odpowiedniki i wydaje tylko 50 zł

    - czwartek 27 marca - majster nr 1 stwierdza, że pogorszyło się i wysyła Niezaradną do szpitala. O zakupionych antybiotykach nie mówi nic, Niezaradna zakłada, że może je odłożyć na... ?

    - poniedziałek 31 marca - majster nr 2 zleca Niezaradnej wykupienie kropli z antybiotykiem i antybiotyku nr... cholera wie, jaki numer. W szpitalu było ich więcej. Niezaradna ma zastosować, na powrót słuchu cierpliwie czekać, dup majstrom już więcej nie truć. Niezaradna ma mieszane uczucia, bo majster nr 2 parę razy wykazał, że w sumie na wszelkie podległe mu inwestycje ma zwis, ale dokonuje zakupów, bo z majstrami się nie dyskutuje. Niestety, nie ma tańszego odpowiednika na krople. Niezaradna wydaje 70 zł

   - piątek 4 kwietnia - Niezaradna czuje, że z inwestycji nie tylko nie czuje satysfakcji, ale wręcz zaczyna być załamana. W związku z tym postanawia uderzyć raz jeszcze do majstra nr 1. Ten ogląda, co Niezaradna zakupiła i oznajmia, że krople były niepotrzebne. I można je odłożyć na... ? Zleca serię pięciu zastrzyków, potem badanie słuchu, gdyby jednak nie wrócił. I wtedy może znów wizytę, ale w zasadzie lepiej jednak byłoby dupy nie truć. Niezaradna wykupuje zastrzyki, tańszego odpowiednika brak, wydaje 40 zł

   - środa 9 kwietnia - Niezaradna ciągle czuje, że satysfakcji...  nie czuje. A po badaniu słuchu wręcz zaczyna być w stanie depresyjnym. Zjawia się więc u majstra nr 2, który chyba już raczej jej nie miał ochoty oglądać, bo rozkłada ręce, mówi, że on swą robotę wykonał. I wypisuje Niezaradnej skierowanie do szpitala, czyli z powrotem do majstra nr 2. Gdy Niezaradna wyraża wątpliwość, czy może pomóc jej inwestycji majster nr 2, który oznajmił, że roboty przy niej już są definitywnie zakończone, majster nr 1 w panice łapie za receptę i wypisuje... misja utajniona. Bo gdy Niezaradna usiłuje się dowiedzieć, co tym razem ma wykupić, majster nr 1 zdradza tylko, jak to stosować


    Na tym etapie Niezaradna stwierdza, że przeinwestowała i staje okoniem. Leków nie wykupuje. Do szpitala się nie wybiera. Nie popada w stan rezygnacji ostatecznej, o swoje ucho słyszące zamierza walczyć. Ale poddaje w wątpliwość to, czy z majstrami się nie dyskutuje. Decyduje się też uderzyć do majstra nr 3. Oczywiście już dawno nie stać jej na kolejne inwestycje, nie może żądać też wsparcia od Jeszcze Męża, który przecież opłaca życie, wszelkie opłaty i kredyt. Co prawda chyba jakiś czas temu zaczął fałszować pieniądze. Niczym innym nie da się wytłumaczyć faktu, że komornik jeszcze nie zajął mieszkania a media nie są odcięte. Ale oficjalnie Niezaradna o tym nie wie, zatem nie przygina z fanaberiami. Nie mając kasy sięga po środek dotarcia nr 2 - znajomości. W związku z użyciem tychże, majster nr 3 oczekuje jej już jutro.

    Zdążył wyrazić wątpliwość w sens wydania 40 zł na zastrzyki z 4 kwietnia. Niezaradna nie odłoży ich na... ?, bo ma już je od dawna w dupie. Czy gdzie tam to dalej doleciało, bo podobno nie do ucha. Zapewne majster nr 3 jutro wypisze coś swojego.

   Czy Niezaradna ma inwestować? Jak się to ma do szlachetnego minimalizmu?



   

wtorek, 8 kwietnia 2014

Co z tą filozofią?

    Może to mądrość życiowa, może dowód otępienia, co przyszło wraz z ubóstwem.

    Niezaradna już nie umie dyskutować o filozofii.

    Kto przy zdrowych zmysłach dyskutuje o filozofii? Jaki zjadacz chleba ma głowę do takich bzdet, jeżeli nie siedzi w szkole/na uczelni/cholera wie, w jakim innym dziwnym miejscu?

    Ktoś, kto się mieni elitą, teoretycznie powinien głowę do tego mieć. A społeczeństwo elit potrzebuje. Nie, nie będzie tu teraz wykładu dlaczego. Prościej byłoby napisać, jak brak elit wpływa na obecną denną kondycję duchową społeczeństwa, ale Niezaradna jest za mało mądra, by bawić się w publicystykę blogową.

    Konkrety zatem, jak to u Niezaradnej. Fajnie jest czasem od rzeczywistości biedowej odskoczyć i pogadać o... cholera, o filozofii. Albo o uczuciach, albo o estetyce. A wszystko to pod pretekstem omówienia kolejnej książki, którą się gremialnie w umówionym gronie przeczytało. Niezaradna ma takie grono. Sama go nie skrzyknęła, za bardzo jest na to socjofobiczna i sceptyczna. Grono skrzyknęła kuzynka Niezaradnej, Entuzjastka. I grono już 5 lat czyta książki, potem siada i gada. Można by to nazwać dyskusją, ale bywa, że za dużo wina się leje. Albo Niezaradna za mało go wypije. Na spotkaniu w wieczór sobotni nie wypiła nic, bo leki sreki i inne takie tam. Może to przez to.

    Na początek zapytano kurtuazyjnie o Niezaradnej zdrowie. Głupia Niezaradna pomyliła to z życzliwością i palnęła, że się boi. Bo może okazać się, że już nie będzie na prawe ucho słyszeć, a to cholernie dyskomfortowe jest. No to dostała za swoje. bo dyskusja toczyła się tego wieczoru wokół książki "Kuracja według Schopenhauera".

   Szybko usłyszała, że tkwi w błędnym myśleniu. Wznieść się ponad ten problem, nie żyć przyszłością, a cieszyć stanem właśnie przeżywanym.... Spotkaniem, dyskusją, tym, co się z niej wynosi... - oto, jak powinna czuć Niezaradna. Nie było to dla niej jeszcze niczym odkrywczym, bo horacjanizm z jego "carpe diem" polubiła już w szkole. I z założeniem cieszenia się spotkaniem przyszła. Bo na spotkaniach zawsze głośno jest, lewe ucho wystarczy, by całokształt dyskusji wyłuskać. I nie myśli się o tym, że zastrzyki póki co nie dają efektu, tylko czeka na mądre słowa i myśli inspirujące.

   Kurwa, minęła godzina i nic nie inspirowało. A w drugiej zaczęło wkurwiać.

   Jesteśmy mrówkami, cóż znaczy nasza krzątanina z perspektywy kosmicznej... I wszystkie myśli i idee już były...  Czy to znaczy, że nie możemy rozkminiać od nowa? A czemu nie?... Bo czy życie może być szczęśliwe? Cóż znaczy życie szczęśliwe? Czy człowiek powinien śmierci się bać? Jak to jest, że życie ciągle nas nie zaspakaja? Mamy tak wiele i szukamy ciągle, niedosyt czujemy... Postawić sobie cele można i dążyć do nich, to nas uszlachetnia: nie osądzać, nie narzekać, być wdzięcznym...

    Bla, bla, bla, bla... Niezaradna poczuła, że nie może już. Że rozsadzi ją zaraz. I choć miała ochotę nawrzucać gęsto kurew i towarzystwu podziękować za dalsze tracenie cennych godzin swego życia, nagle przemówiła: Ale ja jestem szczęśliwa. Nie myślę za wiele. Żyję z dnia na dzień. I jak byłby koniec świata, umarłabym szczęśliwa i spełniona, ciesząc się, że moje dzieci są blisko i wiem, że umierają szczęśliwe, bo jeszcze nikt nie zdążył ich poważnie zranić, a prędzej czy później poczują ten ból i przeraża mnie to. I nie stawiam sobie nierealnych celów.

   Zgroza ogarnęła towarzystwo, a Kuzynka-Entuzjastka wykrzyknęła wielkim głosem: Nie, ty nie jesteś szczęśliwa! To jest niemożliwe! Ty wyglądasz, jakbyś przeżywała głęboką depresję!

   Niezaradna ze spokojem oznajmiła, że to, iż jest introwertyczką, nie oznacza, że ma depresję. I że jedną ze składowych jej szczęścia, jest wtłoczenie sobie po latach poczucia zwisu wobec tego, co myślą sobie na temat jej stanu postronni.

   Czy Niezaradna jest szczęśliwa?

   No, cholera, ostatnio jest.

   Też nie wierzycie?

   Taaak, problemy zdrowotne. Ale - tak naprawdę Niezaradna nie wierzy, że już nie będzie słyszeć na to biedne ucho prawe. W odeszły właśnie w niepamięć poniedziałek, Niezaradna słyszała coś tam przez szum, a to lepiej niż w sobotę wieczorem,  wśród oparów pseudofilozofii.

  Taaak, niestabilny układ z Jeszcze Mężem. Ale - ciągle trwa. Niezaradna nie czyniła postanowień w szpitalu. Nie werbalizowała, co czuje. Patrzyła. Jeżeli z tego patrzenia wyniknie niechęć do marnotrawienia czasu - to dobrze. Na razie oboje - i Jeszcze Mąż, i Niezaradna - starają się nie tracić czasu. A to już bardzo dużo.

  Taaak, bieda. Ale Dwójka jest zdrowa - pomijając może szczegół, że Świrus chyba właśnie zaczął różyczkę i pewnie podzieli się nią z Gburką, a może i z połową swej grupy w przedszkolu, w którym w ten jeden poniedziałek po miesiącu przerwy się zjawił - naprawdę to rasowa, zdrowa Dwójka fajnych ludzików. Naprawdę biedoodpornych.

  A finanse... Niezaradna nie wie jak, ale w tragicznym finansowo lutym popełniła nadpłatę za przedszkole (jakim cudem??? pieprzyć to, cieszyć się!). Otwarcie poczty służbowej spowodowało zniknięcie Niezaradnej z normalnego obiegu świata do godziny 2 w nocy, ale być może zaowocuje to zarobkiem rzędu 120 zł i jeszcze fajnym gadżetem dla Dwójki, którego Niezaradna nie tylko nie byłaby w stanie sama kupić, ale i do głowy, by to jej nie przyszło.

   Bo bieda jest... kreatywna! Obywa się bez gadżetów i daje radę. O czym pisałaby to Niezaradna, gdyby nie bieda? I czy Niezaradna cieszyłaby się tak bardzo z głupot, gdyby nie bieda?

  Tylko ta filozofia...

 

 

 
  Jeżeli Niezaradnej nie chce się tracić na nią czasu - to zubożenie materialne poszło w parze z duchowym? Stała się bezmyślną kurą domową i już na zawsze będzie nielotem?

  Jeżeli Niezaradnej nie chce się tracić na nią czasu - to znaczy, że doszła do mądrości? I wie, że nie warto tracić resztek nocy, gdy już zaraz czwarta, a o ósmej musi być w przychodni?

  I czy to realne? Wstanie do tej przychodni?

  Proszę wybaczyć ten wpis. Niezaradnej łomotnięto w na pół ogłuszony, otępiały od leków łeb cięzkim kalibrem - filozofią.

 Musiało z niej zejść.
 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Żeby nie było - dla kobiet to raczej


    Żeby nie było kolejnego posta o skopanym zdrowiu Niezaradnej, jeszcze bardziej skopanym zdrowiu NFZ, wyrzekania i malkontenctwa. Wpis pozytywny i promujący będzie. Pełen niekłamanej wdzięczności i podziwu. Czytajcie.

    Blog ten powstał z przyczyny frustracji denną sytuacją materialną, która powoduje zakłócenia w całkiem stabilnej wcześniej sytuacji małżeńskiej. No i najczęściej narzeka się tu na biedę, bezradność i kolejne sytuacje, w których wali się w mury podczas prób zmian. Czasami mówi się, co z tym zrobić

   Niespodzianka! Niezaradna wzbogaciła swój stan posiadania!

   Wieść o tym spadłaby na nią jak grom, gdyby nie była zbyt otępiała siedząc przed gabinetem i przeglądając na telefonie rzekę fejs. W takim stanie była zdolna tylko miło się zdziwić. Naprawdę cieszy się teraz. Po trzecim dniu pełnego użytkowania nowego nabytku.

   Nabytek to raczej złe słowo, bo Niezaradna nic nie nabyła. W efekcie otępienia chorobowego dwa razy już wysłała umowę nie tak, jak powinna i nie wypłacono jej ciągle 500 zł zarobionych w jeszcze w lutym. Poza tym nie skończyła paru jeszcze robót. Zatem jest cienko, cienko. Na pewno nie jest to stan wskazany do czynienia zakupów.  Zwłaszcza toreb za 110 zł. Ale zawsze można taką torbę wygrać! No i Niezaradna wygrała

   Jak się wygrywa kapitalną torbę za 110 zł? Po pierwsze, nie obędzie się bez fejsa, niestety. Niezaradna rzyga nim serdecznie w związku z nagminnym traktowaniem jej wpisów jako spamu. W swej oficjalnej odsłonie z Reala rzyga nim też, tak często musi promować tam teksty ze Wspaniałego Portalu, który ją zaszczyca. Ale czasem jednak włazi na niego na dłużej niż trzeba, bo okazuje się, że to gówno wciąga. Zwłaszcza, jak ma się polubione odpowiednie osoby i miejsca.

   Teraz laurka. Dla wszystkich Zaradnych Kreatywnych. Tych, co nie dają się marazmowi i poczuciu, że nie ma się dokąd iść po urodzeniu dziecka. To Artystki z głowami do interesów, które w odróżnieniu od tandety zalewającej sklepy, zaserwują Wam zawsze pierwszorzędną jakość. No i luksusową obsługę. Artystki z głowami do interesów mają powody, by się starać. Zarabiają dzięki swym pasjom. A czy może być lepszy sposób zarabiania pieniędzy?

   Niezaradna bardzo podziwia Zaradne. Zazdrości im talentów, choć bez zawiści. Samozaparcie, którego jej samej najczęściej brak - to też imponuje.

   Są bardziej i mniej udane małe biznesy. Te, które tworzą Zaradne Artystki zawsze zachwycają urodą rzeczy i klasą w promocji. Powiecie może, że cóż z tego, klient jest pan, trzeba się starać, konkurencja i takie tam. Biznes jest twardy, a chińszczyzna wszechwładna i udaje już nawet hafty richelieu.

   No tak. Ale Zaradne Artystki mają mocno pod górkę, bo o swą sztukę użytkową muszą walczyć nie tylko z konkurencją. Gorszy jest opór najbliższego otoczenia. Dzieci. Przy nich pracować efektywnie rzadko się da. Różni tacy, co powiedzą "siedzi w domu i nic nie robi". Może to być  teściowa, ubolewająca nad ciężkim losem utrzymującego rodzinę syna. Ale może to być też własny facet, który w takie gadki szmatki uwierzy. I masa innych ludzi jeszcze, dla których praca w domu przy szyciu albo innym decoupage, to nie praca tylko udawanie.

  W tych okolicznościach wytrwanie przy swoim małym biznesie zakrawa na wyczyn. Zwłaszcza w początkach, bo to nie od razu się opłaca. I trzeba zwalczyć pierdoły malkontentów i własne chwile zwątpienia, gdy chce się spasować.

   Niezaradna nie przegapia żadnej okazji, by wspomagać znajome Zaradne Artystki. które nie spasowały. A że nie ma kasy, by dać im zarabiać, robi to, na co ją stać. Lubi, udostępnia i żadnego promocyjnego konkursu nie omija. Bo wie, że to coś, co podchwycą inni. Kto by nie chciał wygrać czegoś ładnego? Na pewno chce Niezaradna, której kasy na urodę rzeczy brak. Ale rzeczywista wygrana - o, to już szok.

  Zwłaszcza przed izbą przyjęć, gdy czeka na lekarza spóźniającego się już drugą godzinę i ucho boli jak jasna cholera.

  Torba Niezaradnej noszona przez ostatni... rok? dwa lata? trzy?

  Kawał szmaty, który Niezaradnej matka nabyła podczas akcji zakupywania suwenirów na jakimś straganie, bo jakiś wyjazd. Brązowe, w wąskie paski pomarańczowe, żółte, rdzawe. Może być taki zestaw. Na jednej stronie totalnie zgrzytająca kieszonka czerwona. Z haftem z żółtym kotem. Tej strony Niezaradna nie pokaże światu przez całe trzy lata.

  Trzy lata czasu etnicznego w życiu torbowym Niezaradnej. Możecie to też określić boho style. Po imieniu: bida aż piszczy. I im dłużej eksploatacji wyrobu ze straganu, tym ciężej prawdę po imieniu ukryć. A ogół ocenia. Pani dyrektor w przedszkolu. Inne matki. Znajomi bliżsi i dalsi. Bliżsi wiedzą, jak jest. Rzecz w tym tylko, że oni daleko mieszkają.

  Na Niezaradną jak gwiazdka z burego nieba spadła elegancka torba, która jest stworzona jak dla niej - Niezaradnej. I dla każdej innej, która MUSI mieć wielofunkcyjny wór ma majdan w postaci zapasowych czapeczek, kasztanów, strzałek zbieranych w empiku (nie, nie wytłumaczy się co to. To wyższa abstrakcja). No i jeszcze włoszczyzna na zupę. Plus portfel, dokumenty dobrze spakowane i komórka do wydobycia w chwilę, i klucze.

  Musi się to dobrze nosić. Nie ma zjeżdżać, bo prowadzi się Dwójkę, w każdej ręce dzierży łapkę. Dużo wymagań ogólnie. Wobec braku dochodów cieszyło się, że sprostał im straganowy wyrób. A że wreszczał: TA BABA MA STRASZNĄ BIEDĘ!!! - co zrobić. W czymś trzeba nosić codzienny całokształt. Elegancja torby do ekspracy z ekoskóry nie sprostała. Torebka wieczorowa też nie.

  Dzięki konkursowi z mamine.pl Niezaradna może udawać, że znów jest na fali. Lidka, co projektuje i tworzy te wszystkie cuda, z nadludzką cierpliwością dała Niezaradnej przebierać, wybierać i kręcić nosem. Uwzględniwszy fakt, że Niezaradna nie klientką hojną jest, a darmozjadem, któremu się udało mieć szczęście w losowaniu, trzeba rzec: Lidka jest świetna w tym, co robi. Talent - jasna sprawa. To, że wydajecie kasę i ktoś chce Wam dać poczucie, że naprawdę to była dobra inwestycja, bo zadowolenie będzie pełniusieńkie - dostępne u Lidki. Ona zadba, by było, jak sobie życzycie i w jakich kolorach chcecie. Bo wie, czego trzeba kobiecie.

  Niezaradna już uwielbia swą torbę. Czwartek w poczekalni u lekarza - zaopatrzenie lekturowe, nabytki apteczne, coś na obiad jeszcze - weszły. I ciągle wyglądało to kształtnie. Piątek - biedronking - zakupy hurtowe, akcja spontan, siat brak - u Niezaradnej zmieściło się sporo. I ciągle wyglądało ładnie. Sobota - spotkanie w towarzystwie nastawionym na 200% snobizmu, o którym się innym razem tu opowie. Wśród toreb Batyckich, Wittchenów a nawet Guccich i Prad (w Dziurze też noszą, słowo) - Niezaradnej torba była jak najbardziej na miejscu.

  Jasna sprawa, że Niezaradnej na nią nie stać. Niezaradna mogła sobie o niej tylko pomarzyć. Okazuje się, że w najbardziej dupnych miesiącach, co do których wymieniało się różne pochopne życzenia - malutkie marzenia się czasem spełniają. I choć foty Niezaradnej są denne i urody rzeczy nie oddają - proszę patrzeć:



  Z lewej wygrana arystokratka wśród dóbr Niezaradnej, z prawej - straganowy kundel. Oddajmy sprawiedliwość kundlowi - nie jego wina urodzenie bez rodowodu. Służył walecznie. A że krzyczał biedą... to dobrze, że przybyła arystokratka:



   Niezaradnej nie było na nią stać. Ale może Was stać. U Lidki można wiele dostać rzeczy. Okołodzieciowych też. Wszystkie mają cechy wspólne: ekstraordynaryjną urodę i rewelacyjną jakość. Jak to u Artystek tworzących sztukę do używania.

  Popierajcie takie biznesy, jeżeli macie na to kasę. A jak nie macie - linkujcie na zgniłym fejsie. Wtedy łatwiej trafi do tych, których stać. I będzie mniej bezrobocia, a więcej piękna na świecie.

 Uznajcie to za słowo na niedzielę.

piątek, 4 kwietnia 2014

Jeszcze parę migawek

    Jeżeli siedzi się w przychodni, nie ma co liczyć na solidarność między pacjentami. Może nawet zdarzyć się tak, że ten, kto jest ostatni, nie przyzna się do tego. I tuż przed wejściem do gabinetu, naskakuje na człowieka wzburzona grupka, która przecież była przed nim. Tylko skąd o tym wiedzieć, gdy gabinetów jest kilka? Wszyscy siedzą z martwym wzrokiem wbitym w przestrzeń, nie zajmują myśli ani gazetą, ani nawet grą na telefonie. A ten, kto siedzi z książką, budzi bierny opór, bo jest jakiś dziwny. Współpacjenci często się nie lubią. To migawka z zeszłej środy, gdy Niezaradna siedziała w przychodni.

    Jeżeli jest wymóg, aby była winda, to wcale nie znaczy, że kobieta o kulach nie będzie się taszczyć po stromych schodach. Winda jest zamknięta na klucz, klucz jest zamknięty w szafce u pani w rejestracji. Całość jest tak nieprzystępna, że onieśmielony niepełnosprawny raczej nie ośmieli się nalegać, by dostać się do windowego sezamu. Jeżeli w poczekalni siedzi Niezaradna, zbyt otępiała bólem, by mieć opory, to dopomni się o windę, by kobieta o kulach nie wędrowała po schodach w dół. Pani z rejestracji wytoczy się zza okienka, sprowadzi windę, która w tempie dostojnym odbędzie ten kurs z pierwszego piętra na parter. Potrwa to uczciwe 10 minut, ale może o to chodzi, by należycie docenić fakt, że ta winda to nie atrapa? To też migawka z przychodni.

    Jeżeli ma się skierowanie z dopiskiem "pilne"... już dobrze wiecie, że to nic nie znaczy. Przed izbą przyjęć w szpitalu można usłyszeć, że nie wiadomo. Przyjmą, nie przyjmą... może trzeba będzie zaczekać przez weekend. Nie, nie powinno się pogorszyć. RACZEJ nie. Pal licho nawet znajomości, pani poczeka, za półtorej godziny lekarz powinien być. Pani sobie posiedzi na korytarzu. Pani czeka przed zamkniętymi drzwiami, bierze w rękę komórkę. Na szczęście ma na niej Radio Maryja dla tych młodszych, czyli fejs - na nim najłatwiej traci się czas. A pani o niczym nie marzy, jak o utraceniu tego półtorej godziny z życia, by nie czuć, że to półtorej godziny i na ból się znieczulić. Na szczęście Newsweek rzuca linkami do całych artykułów, a ten o Darrenie Aronofskym  jest bardzo ciekawy. O, wiadomość. Niespodzianka. Przyjemna niespodzianka. Nad wyraz w porę, mało co dociera, ale to dociera. O, jeszcze jedna wiadomość. Jak dobrze, dłuższa rozmowa. Nie myśli się, usiłuje się skupić na tym, by trafić w dotykową klawiaturę... Korzyść z pobytu w szpitalu. Nauka obsługi smartfona-koszmaru. Tak mijają dwie i pół godziny. Przybyło jeszcze dwóch pacjentów ze skierowaniem na oddział laryngologiczny. Ci wiedzą tylko tyle, ile im Niezaradna sprzed izby przyjęć powiedziała. Lekarz będzie. Tak, miał być o 9.05. Tak, jest już 10, ale chyba będzie, tak powiedział, że będzie... Czekać trzeba. Współpacjenci w szpitalu czasem się solidaryzyją. Ale tylko Niezaradna ma komórkę z fejsem. Reszta siedzi i czeka. Niezaradnej czas mija szybko. Prawie szybko. W końcu udaje się zostać jednym ze szczęśliwców załapującym się na łóżko laryngologiczne na oddziale chirurgicznym. To migawka z piątku przed południem.

    Na co można wyrzekać w szpitalu? Oprócz tych z Służby Pogardy, jeszcze na to, czym karmią. Wielka niespodzianka! Wyrzekanie na jedzenie byłoby solidnym nadużyciem. Catering. Szczęściarz, który wygrał przetarg, stara się bardzo, by nie podpaść, Jedzenie jest świeże, obfite i różnorodne. Jasna sprawa, ktoś wyrzekał będzie. Ale nie ten, kto ma świeże porównanie. Niezaradna regularnie wypuszczała Jeszcze Męża z prowiantem, którego było nadto, bo ludziom ciężko uwierzyć, że w szpitalu jest co jeść. Pewnie dlatego, że nikt nie kradnie ze szpitalnej kuchni. Czysto, higienicznie i smacznie. Szok. Migawki z całego pobytu - chwile po otwarciu trzy razy dziennie styropianowych pudełek. Zawsze radosne zdumienie.

    Służba Pogardy - nie, nie w 100%. Czasem to naprawdę Służba w Niełatwej Sprawie jest. Jasne, że nie każdej pielęgniarce powie się, że boli. Bo zaryje wenflonem tak boleśnie, że poboli jeszcze mocniej. Poczeka się wtedy na wieczorną zmianę. Na pielęgniarkę, która tę wielką strzykawę wtłoczy powoli i bardzo delikatnie podłączy kroplówkę. Dziękuję się jej wylewnie pięć razy. Bo to takie ujmujące. Migawka z niedzielnego wieczoru.

    Wypis. W zasadzie nie ma jeszcze wypisu. Ale jest ostatnie spotkanie z zawsze nieobecnym "ordynatorem laryngologii". Czeka się na nie dwie godziny, można się wyspać po zmianie pościeli o 6.30. Potem już wreszcie słyszy się: nich pani łapie doktora, bo zaraz zniknie. I łapie się go. Dostaje się receptę. Dwa razy dziennie krople, dwa razy dziennie tabletki. Wizyta kontrolna? Nie, nie trzeba? Nie słyszy pani? Czekać, czekać... W końcu pani usłyszy. Samo przejdzie. Migawka z poniedziałkowego przedpołudnia.

    Jest czwartek. Pani ni w cholerę nie słyszy. Za to dziwnie się słania po zażywaniu lekarstwa. Może to osłabienie ostatnio przyjmowanymi dawkami antybiotyków? A może fakt, że jak wyczytuje Niezaradna na ulotce, lek mocno nie współgra z tym, który musi zażywać z powodu choroby przewlekłej. Że może spowodować nawroty choroby przewlekłej?... Przecież Niezaradna informowała o branym na stałe leku... Ale House nie kazał ufać pacjentom... Pacjentom? Chyba lekarzom też nie? Czytajcie ulotki, nim zażyjecie, bo lekarz tak kazał. Migawka z czwartkowego popołudnia.

   W piątkowe przedpołudnie Niezaradna powędruje jednak na wizytę kontrolną, bo ma już dość. Lekarzowi w przychodni ufa. A deficyt słuchu jest najbardziej bolesnym ze wszystkich, jakie ją w ostatnich czasach dotknęły.

    Jeszcze dziś na fejsie wpadło jej w oczy coś takiego:

    Jestem świeżo po wizycie u "specjalisty" w Szpitalu Dziecięcym w Toruniu. Mój synek dostał skierowanie na izbę przyjęć od pediatry (zapalenie ucha, dwukrotne krwawienie, podejrzenie szkarlatyny). Został zbadany przez dr ..... Na wstępie usłyszałam, że przyjechaliśmy niepotrzebnie, ponieważ pęknięcie błony bębenkowej to "żaden problem", poskarżyła się także, że "pediatrzy ciągle kierują dzieci z zapaleniem ucha do szpitala", zamiast sami się nimi zająć. Kiedy powiedziałam, że pediatra dała nam skierowanie do laryngologa, aby oczyścił ucho (pełne zaschniętej krwi), powiedziała podniesionym głosem: "niech sama sobie czyści, ja zapiszę kropelki". Do tej pory nie zetknęłam się z zapaleniem ucha, więc nie wiem, na ile pani doktor zna się na swoim fachu, niemniej jednak jej zachowanie było wyjatkowo chamskie, nie mówiąc już o tym, że cała wizyta trwała może 5 minut. Po takich doświadczeniach z państwową służbą zdrowia, która ma pretensje, o to, że zakłócam jej wypoczynek w godzinach pracy, zastanawiam się, czy nie zabierać ze sobą dyktafonu na wizyty, bo przecież w coś takiego aż trudno jest uwierzyć. 

   No tak. Patrząc z tego punktu widzenia, nie ma się nad sobą co rozczulać. Ale Służba Pogardy trafia się dzieciom. I to powoduje, że można znów tylko kląć. 

  
  Następny wpis będzie inny. Następny wpis będzie pozytywny. Koniec z rzeczami, wobec których można tylko kląć. 

  Może szpital łatwiej by z Niezaradnej zszedł, gdyby poszła sobie głuchota. Ale trzyma cholera całe prawe ucho. Oby do jutra. 









   

 

środa, 2 kwietnia 2014

Nie-Chustka

    Nie, stanowczo nie jest, jak Chustka. Bo Chustka była piękna. Jak elfka. I miała taką myślącą twarz. I siłę, wielką siłę.

    Od Niej nie bije siła. Powiedzmy sobie też bez ogródek, choć jest to niepoprawne politycznie - jest brzydka. Taką banalną brzydotą tysiąca bab, które się mija na ulicy obojętnie, prześlizgnąwszy się po powierzchniach ich banalnych twarzy. I jej twarz do tego stopnia nie jest myśląca, że gdy wwieziono ją na salę nr 5, trzy leżące tam pacjentki odniosły wrażenie, że jest upośledzona umysłowo. Zwłaszcza, że mówiła za Nią matka. Drobna, nerwowa kobieta o znękanej oczach. Jej twarz miała wyraźne ślady dawnej urody. A Nie-Chustka miała od swej matki gorszą figurę, fryzurę i... wszystko. Wszystko wypadło jakoś tak gorzej.

    W jej groteskowo oklejonym plastrami nosie tkwiła rurka sondy, te plastry ją przytrzymywały. I gdzieś jeszcze tkwiła inna rurka. Pacjentki się nie wgapiały, zresztą była noc - dwie więc po prostu spały. Tak, której rozregulowany zegar biologiczny i ból nie pozwalały zasnąć o północy, widziała najwięcej, bo łóżko Nie-Chustki wypadło naprzeciwko jej łóżka. Ale i tak nie zauważyła momentu, w którym rurki sond i kroplówki zniknęły. Może wtedy po prostu zasnęła, gdy zaczęła działać kroplówka z Ketonalem. Ale potem usłyszała, że Nie-Chustka wszystko sama sobie wyrwała. Tak powiedziały pielęgniarki Chirurgowi z Prawem do Pogardy.

    Wrażenie, że Nie-Chustka jest upośledzona spowodował też sposób, w jaki matka tłumaczyła jej wszystko, co mówiły pielęgniarki. "Dorotko, czegoś potrzebujesz? Wody? Panie ci przyniosą... A może do ubikacji, nim zaśniesz?". "Siusiu..." - to dziecinne "siusiu" dało pewność, że Nie-Chustka jest upośledzona. I to, że matka ją przebierała, okrywała ją przywiezionym z domu kocem. I że pochyliła się przed wyjściem nad nią na długo i szeptała: "Tylko mi tu nie płacz... Nie płacz! Ja zaraz, od samego rana tu będę! Przyjedziemy z Krzysiem. On jest wstrząśnięty, wiesz? Ja jestem wstrząśnięta... Jesteśmy w szoku... Nie płacz, nie bój się! Ja wrócę! Zaraz rano będę..."... Potem pacjentka z łóżka z naprzeciwka widziała, że gdy Nie-Chustka się bała, wpadała w takie drżenie - drżało jej całe ciało, takim przeraźliwym drżeniem. Pacjentka z łóżka naprzeciwko lubiła "Ostry dyżur" i "House'a" i "Grey's Anatomy". Ale nigdy, w żadnym z tych seriali, nie widziała takiego drżenia, choć to dobrze zrobione seriale medyczne. Takie drżenie powoduje, że odwraca się wzrok, nawet jeżeli jest się wścibską osobą, a pacjentka z łóżka naprzeciw lubi myśleć, że nie jest wścibska. Więc w serialach medycznych, nawet tych najlepszych, nie można tego TAK pokazać.

    Może dlatego, że pacjentka z łóżka naprzeciwko była najbliżej, matka Nie-Chustki zaczęła jej szeptać z rozpaczą: "Truła się... Nie chce żyć... Nic jej nie trzyma... Bo nowotwór... Pierś już jej odjęli...". Matka Nie-Chustki nie mogła wiedzieć, że ta pacjentka ma w tym momencie mocno upośledzony słuch i nawet bardzo się wysilając, nie może usłyszeć większości jej szeptu. Matce Nie-Chustki chodziło chyba o to, by mówić do kogoś. Bo matka Nie-Chustki wydawała się nie tylko zrozpaczona, ale też zawstydzona tym swym nieporadnym, wielkim dzieckiem i gdy nie mogła z nim nawiązać kontaktu, szukała czegokolwiek. To pewnie ciężko jest być tak upokarzająco bezradnym.

     Jeżeli w Nie-Chustce została jakaś siła i moc, to ta, która skupiła się na samounicestwieniu. Umrzeć z własnej ręki - to z bliska nie jest takie ładne, a gdy się nie uda, to takie żałosne. Jak słowa matki o koleżance, która jej nie upilnowała, co dało ten moment, by napić się Tytana. Płyn do udrażniania kanalizacji, to takie żenujące. Tak nie popełnia się samobójstw w filmach. Tak mogą robić tylko żałosne Nie-Chustki, heroiczne w swym skupieniu na tym, by zniszczyć ten organizm. Nie zasnąć, jak długo się da. Nie wypić nawet kropli wody. Nie przyjąć żadnego lekarstwa, wyrwać sondy i kroplówki.

     Nie-Chustka chciała uciec już od dawna. Nie mogła jej powstrzymać rodzina, którą opuściła już dawno ("Ona się wyprowadziła, ona się wyprowadziła daleko... wie pani, ona jest dorosłą kobietą... ja nie mogę przecież narzucić dorosłej kobiecie, jak ma żyć, prawda? Mój mąż nic nie wie... On jest ciężko chory na serce. Ja mam mieć jutro wizytę u lekarza, bo mam problemy z zastawką... wczoraj zdążyłam wyjechać od niej, a dziś mnie wezwali, wróciłam..."). Nie mogło jej powstrzymać to, że ma dziecko ("Tak, ona ma córkę... Mała z ojcem jest, chciałam ją wziąć, ale ona chce z ojcem być..."). Nie-Chustka gdzieś w głębi siebie wie, że nie powinna, ale chce uciec. To najsilniejsze, co w niej zostało - jak kiedyś pacjentka z łózka naprzeciw przeczytała u Edelmana - wybór rodzaju śmierci. Nie-Chustkę skazano na utratę nadziei ("Odjęli jej pierś... kiepskie wyniki i powiedzieli, że nie dostanie chemii... no i ona chce umrzeć... poddała się..."). Nie jest Chustką i nie umie inaczej wobec utraty nadziei.

    Kiedy pacjentka z łóżka naprzeciwka zasnęła, obrazem pod powiekami był ten z Nie-Chustką wpatrzoną martwo w przestrzeń. Żaden przedmiot, żadna osoba nie przyciągnęły jej wzroku też za dnia, bo gdy pacjentka z łóżka naprzeciwko obudziła się, zobaczyła ten sam obraz, z którym zasypiała. Potem przyszły one, pielęgniarki z porannym wyrokiem zmiany pościeli. Wszystkie pacjentki się poddały, Nie-Chustka usiłowała walczyć. "Nie trzeba! Nie trzeba! - kurczowo trzymała swój koc - Po mnie zaraz przyjdą! Przyjdą i zabiorą mnie do więzienia. Ja zrobiłam coś bardzo złego!". Nie-Chustka wygrała tę bitwę i została w pościeli, którą pewnie ubrudziła zawartość wyrwanych rurek. Że zrobiła coś złego mówiła jeszcze pewnie do matki, która rano znów się zjawiła. Pacjentka z łóżka naprzeciw usłyszała tylko głos matki, bo słuch nie poprawił się wraz z nadejściem dnia. "Co ty zrobiłaś! Co ty zrobiłaś! To nie TY zrobiłaś, Dorotko, to choroba zrobiła. To nie TY, dziecko! To choroba! I my z nią znów powalczymy! Nie pozwolimy ci zrezygnować!". I staje się na moment niemożliwe. Nie-Chustka płacze. Pierwsze uczucie, odkąd zjawiła się na sali numer 5.

    Ale potem przychodzi on. Chirurg z Prawem do Pogardy. Jest przystojnym, krótko wygolonym brunetem ze cieniem zarostu na twarzy. Nie jest tak bardzo wysoki, ale nosi łomocące chodaki, które go czynią wyższym. I chodzi bardzo wyprostowany, pewnym siebie krokiem wysportowanego człowieka. Jest chirurgiem. Jest przystojny, wykształcony i ma władzę absolutną nad oddziałem chirurgicznym przez cały czas swego dyżuru, który trwa nieprzerwanie od piątkowego wieczoru do poniedziałkowego poranka. A ona jest Nie-Chustką. Jest brzydka, taka żałosna w tej brudnej od zawartości sond pościeli. I napawa go odrazą, zresztą chyba jak wszyscy pacjenci. Ale ta jest szczególnie odrażająca dla takiego wybrańca bogów jak on.

    Wysłuchuje relacji pielęgniarek z kamienną twarzą i bezceremonialnie zdziera z Nie-Chustki tę pościel, którą tak kurczowo ściskała, gdy pielęgniarki chciały ją zmienić. Nie-Chustka ucieka. Nie, oczywiście nie zrywa się z łóżka. Ucieka znów w głąb siebie, już nie wróci. To dobrze, Może nie czuje, jak on z odrazą dotyka jej ciała w różnych miejscach, szturcha bezładne nogi czubkiem palca, na który założył rękawiczkę. To robi chwilę, widać, że czynność napawa go odrazą. Nie bada jej, a szturcha, ale Ona nie zareaguje. Już jej nie ma na sali nr 5, jest gdzieś ukryta. Chirurg z Prawem do Pogardy rzuca na nią kołdrę, nie poprawiając zadartych nogawek piżamy. Parę godzin później będzie robił USG ofierze wypadku, badając jej jamę brzuszną, w której coś będzie krwawiło. I zadrze jej koszulę tak wysoko, by ją obnażyć do samego końca, odkryje do niczego w tym momencie niepotrzebne piersi. Pacjentka przecież nie będzie wiedzieć, że to niepotrzebnie takie odarcie z intymności, ona będzie w szoku po wypadku. Chirurg z Prawem do Pogardy, ukarze ją jeszcze za bycie pacjentką rzuceniem kołdry na jej obnażone ciało. Tak szybko, nim pielęgniarki zdążą zetrzeć z jej brzucha żel po badaniu. Będzie jechała kuląc się z zimna na operację, przedtem zmarznie podczas przygotowań do operacji. Ale to zdarzy się później.

    "Tu sprowadzić... - zawiesza teraz głos przystojny Chirurg z Prawem do Pogardy - wiadomo kogo". I znacząco unosi brwi. Psychiatra. Depresja. Niedoszła samobójczyni. Dla Chirurga, który dał sobie Prawo do Pogardy, to wiele powodów do uniesienia brwi.

    Teraz Nie-Chustki już nie ma na sali, nie wywoła jej już matka, mimo gorączkowych starań. Nie wywoła też Nie-Chustki jej brat, który przemawia do niej długo, bardzo długo, próbuje sięgać po różne opowieści, ale Nie- Chustki już nie ma. Potem brat będzie płakał na korytarzu.

    A jeszcze później przyjedzie karetka ze szpitala psychiatrycznego. Przeniosą bezwolnego golema, jakim stała się Nie-Chustka na wózek, przewiozą do szpitala, zapną w pasy i podłączą kroplówki. Doprowadzą do stanu usprawiedliwiającego pozostawienie jej bez pomocy i rzucą jak niewygodny pakunek rodzinie. Matce o udręczonych oczach, która już nigdy nie zazna spokoju. I bratu, który będzie płakał, gdy wyjdzie za drzwi ("Oni są bardzo związani ze sobą, tak... mam ich czwórkę i oni byli ze sobą najbliżej").

   Nie każdy może być silny i piękny jak Chustka. Ale każdy może trafić na Chirurga z Prawem do Pogardy.

   Uważajcie na siebie.