sobota, 31 maja 2014

Niezaradna jest wkurwiona

    Od przybytku głowa boli albo w dupie się poprzewracało? Albo coś tam jeszcze.

    Otóż nie. A przynajmniej Niezaradna zrobi co się da, by sobie nie dać tego wmówić.

     Czym się odznacza specyfika życia w Dziurze? Że ludzie mają poglądy... do Dziury. Pisząc "ludzie", Niezaradna tu ma na myśli - co tu kryć - kobiety głównie. Z facetami wiele nie gada. A jak gada, to sympatycznie. Z kobietami Niezaradna też niewiele gada. W sumie.

     Ale za to one dużo o niej gadają.

     Nie prasuje? Naprawdę? Nie do wiary? Obiad nie z trzech dań? Tak? Nie ma ciasta co weekend? I on sam, JeszczeMąż w weekend robi śniadanie dla dzieci? A co ona w tym czasie? Śpi? No jak?

     To po czym jest taka zmęczona? Przecież w domu siedzi, nie?

     Koleżanki z pracy JeszczeMęża. Im intensywniejsze ich zadziwienia, tym gorsze układy między Niezaradną a JeszczeMężem.

    Który.

    Jest.

    Kurewsko.

    ..................................


   PODATNY NA LITOWANIE SIĘ PAŃ!!!


    Niezaradna może ostatnio za dużo czytała. I tu, i tu, i tam i o, tu jeszcze. Może coś sobie wyidealizowała. 

    Ale.

    Jak się jest gołodupnym freelancerem i praca puka, to się jej mówi: a naści, siadaj. I sprasza się więcej i więcej i więcej. 

    Mieszkanie się zdąży odkurzyć, pranie nie pokryje nalotem, jak jeszcze dzień powisi. A obiad? Naprawdę można  by jej pomóc.

    Choć ona przecież SIEDZI  w domu. Pisze? No i co to jest za wielka robota? Czemu ta chata tak syfnie wygląda? To co inne mają zrobić, JEŻELI PRACUJĄ? 

   Zatem już wiecie, dlaczego Niezaradna, choć tęskni, chwilowo nie gada z JeszczeMężem. 

   Gdy Niezaradna chodzi spać codziennie o trzeciej i wstaje o szóstej trzydzieści... czort jakiś nakrywa ogonem cierpliwość. Bo wie, że jak się uda, to może tak być jeszcze.

   Paniom z pracy JeszczeMęża można w tym miejscu rzec: dziękujemy. Teraz Niezaradna ma z chłopem układ tak prawie nędzny jak Wasz. 

   Więcej czasu to daje na pracę wszakże. Wy w tym czasie serial obejrzycie. 

   A Niezaradna dalej będzie SIEDZIEĆ w domu. Na to trzeba ciut siły. Dobranoc.





   

    


 

   




czwartek, 29 maja 2014

Przekleństwo... urodzaju?

    Panie i Panowie.

    Ktokolwiek czytuje ten blog już czas jakiś, nie zdziwi się, że Niezaradna znów będzie narzekać. Przecież blog ten powstał w dużej mierze z potrzeby swobodnego wylewu narzekań autorki.

    Ktokolwiek jednakże czytuje ten blog już czas jakiś, przeżyje zapewne szok nielichy, gdy dotrze do niego, że tym razem Niezaradna zacznie narzekać... na nadmiary możliwości wzbogacenia się.

    Tak, Niezaradna sama jeszcze w to nie wierzy. Ale nie da się zaprzeczyć faktom - buchnęło.

     Wtorek, 27 maja, nie znamionował sobą niczego szczególnego. Jak się okazało - pozornie.

     Zaczął się od popełnienia wpisu, który najwyraźniej został debeściakiem tego bloga. Zdumiewająca liczba wyświetleń tego dnia wprawiła Niezaradną w takie osłupienie, że z wrażenia postanowiła rzecz uwiecznić. Statystyki liczą się dla sponsorów, a Niezaradna nie traci nadziei, że jeszcze kiedyś ktoś zechce zapłacić za jakiś jej pean o dobrej inwestycji.

   


      Co jest największą wadą wpisu debeściaka? 

      Konieczność napisania kolejnego wpisu. Jakikolwiek by nie był, nad jego dokonywaniem ciąży presja w postaci chęci sprostania oczekiwaniom zainteresowanych Czytelników. Ponieważ Niezaradnej wstrętna jest wszelka presja, a chlebem powszednim jest trema, postanowiła zagrać nonszalancją i napisać, że... nie ma czasu. 

      I tu przechodzimy do dalszego rozwoju akcji w miniony wtorek. Po dokonaniu wpisu, Niezaradna poszła spać, jak zwykle nad ranem. Jak zwykle w brodę sobie plując, że źle, bez sensu i w ogóle. 

      Zaspawszy na sprawne wyjście Dwójki do przedszkola, Niezaradna sięgnęła po środki rozpaczliwe i jakimś cudem na czas swe dzieci porzuciła w placówce. Wróciła do domu, odpaliła kompa...

       ... i uruchomiła lawinę. Zaczęło się od jednej obiecującej rozmowy. Że może współpraca, bo dlaczego nie. Potem zadzwonił telefon i JeszczeMąż poinformował Niezaradną, że napomknął coś znajomemu. I że może się zacząć dziać, bo znajomy jest Kimś w branży SEO. 

      I zaczęło się dziać. 

      Skrzynka mailowa i telefon Niezaradnej gwałtownie wezbrały ofertami. Znajomy JeszczeMęża okazał się bardziej niż skuteczny i Niezaradna uczuła panikę. 

      Trzech konkretnych i oczekujących potencjalnych pracodawców. Trzech pracodawców, którzy ponagleni ostrogą Znajomego JeszczeMęża, zaczęli rzucać liczbami. Jedna bardziej oszałamiająca od drugiej dla Niezaradnej, której usługi twórcze do tej pory były wyliczane po 3 zł za tekst na 1500 znaków. Tak to jest, gdy człowiek uderzy do konkretnego Kogoś w branży SEO. 

     By oddać całość tej egzotycznej w życiu Niezaradnej sytuacji, trzeba by uwzględnić, że wcześniej JeszczeMąż pomógł w czymś swemu Znajomemu. Jak bardzo istotna musiała być to pomoc, wskazuje poziom oblężenia skrzynki Niezaradnej. 

     Niezaradna poczuła się zatem we wtorek na tyle nierealnie, by zacząć dumać, co się wydarzy, by ściągnąć ją na ziemię. Uczynny JeszczeMąż wykazał się wolą pomocy i czym prędzej się z nią potężnie pokłócił. To po raz n-ty uzmysłowiło Niezaradnej, że kichać mamonę, jeśli prywatność nawala. Bo jednak zawsze ta druga jest priorytetem. 

    Podsumowując - wszystko wskazuje, że w  miniony już wtorek Niezaradnej udało się:
  • napisać coś ważnego
  • otrzymać wielkie szanse
  • popaść w panikę w związku z obfitością szans naraz
    Tym sposobem, drodzy Czytelnicy, Niezaradna chciałaby z góry uprzedzić, że jeżeli wpisy zaczną się robić rzadsze, mało błyskotliwe i warte uwagi, będzie to nieuchronny sygnał, iż "Dziennik ze stanu biedy" należałoby przemianować na "Dziennik oblężenia robotą" ewentualnie "Dziennik z brakującego czasu". 

    Póki co, Niezaradna pozostanie ostrożna, cieszyć i martwić będzie się umiarkowanie. 

    Ponieważ jednak w największej mierze powodzenie w życiu człowiek zawdzięcza dobrym życzeniom przyjaznych Ludzi, Niezaradna może rzec po prostu: dziękuję. 

    Bo czasami ludzie tylko udają pewne rzeczy:





    Czasami działają. 

    Znajomy JeszczeMęża? Nie tylko. To Wy, wszyscy Święci Patroni - podziałało. O, kurwa, jak mocno podziałało. 

     Teraz musi działać Niezaradna. 

     


wtorek, 27 maja 2014

Taka Matka

    Pierwszy raz Niezaradna gadała z Nią na tej imprezie. W kiblu gadały, łapska myjąc dzieciakom i zaśmiewając się nad fikuśnymi umywalkami a la przezroczyste misy ("Dzięki toto myć co dzień!"). Niezaradna myła łapska Dwójki, Ona swego Miśka. Niezaradna jeszcze wtedy nie zauważyła, że coś z Miśkiem nie tak. Bardziej zwracała uwagę Ona - fantazyjna i ognista Zorretka, bo to była jedna z tych nielicznych matek, co się przebrały. I zwracała uwagę tym, że olewając lepkie spojrzenia męskiej części publiczności, bawiła się cały czas z nim, z Miśkiem. Niezaradna była tym bardziej urzeczona, że JeszczeMąż też spozierał, tym intensywniej, że z żoną własną akurat nie gadał. A Ona naprawdę robiła wszystko, by Misiek dobrze się bawił. A kaprysił.

     Potem Niezaradna wpadała z Nią często o tej samej porze do szatni - rano, w biegu, zawsze w biegu, szybko i pogodnie dzieci podrzucić, potem uciekać, do pracy biec, biec... Jakimś cudem zawsze półsłówko sobie rzuciły, jakieś coś z uśmiechem, bo w przeciwieństwie do większości spotykanych rodziców, Ona zawsze pogodna, nawet mimo tego, że Misiek mocno kapryśny.

     To, że Misiak jest upośledzony, Niezaradna odkryła całkiem niedawno. Czytała w grupie Świrka "Basię" (a cóż by?). I wtedy dopiero dowiedziała się, że jest tu dziecko chore. Jeszcze nie dostrzegła, że to Misiak przecież. Bo Niezaradna - wstyd się przyznać? - mało innym dzieciom się przygląda. Jej własna Dwójka absorbuje ją bez reszty. A jak dzieci marudzą, tak jak Misiak najczęściej, to już się w ogóle na dziecko nie gapi. Bo widzi zmieszane twarze rodziców, próby tłumaczenia się i dystansowania do tego, że co on, że przecież... Choć Ona nigdy tak nie robiła. Zawsze tylko do Misiaka, o Misiaku, z Misiakiem - no i Dwójkę też miło zagadywała. Niezaradna - wstyd się przyznać? - z rzadka dzieci zagaduje. Kiedyś odbierając dzieciaki, zagadały się razem, Dwójka robiła swoje, Misiek nagle ruszył prosto w uchylone przez kogoś drzwi i śmiertelnie Ją przeraził. Bo to bardzo niebezpieczne wyjście jest. Krzyknęła, za Miśkiem pobiegła, go złapała, się wyszarpnął, podbiegł nagle i przylgnął do Niezaradnej, która wtedy zorientowała się, że to on. Misiek. ten chory. I tyle. O czym dalej gadać. Przytuliła na długą chwilę. Był wystraszony.

      Dzień Matki, odbiór dzieci. Dla każdej mamy - niespodzianka. Cóż z tego, że to nie dziecko samo wymyśliło. Cóż z tego, że zbiorowa inicjatywa przedszkolna. Każda matka odbierająca od swego dziecka ikebanę z kwiatami była cała tym kupiona. Poza Nią. Ona, gdy znów z Niezaradną się tu spotkały - odbierając z rąk Miśka te kwiaty, prawie płakała.

     - Nie sądziłam, że kiedyś to przeżyję - powiedziała po prostu - że od niego, od Miśka, dostanę kwiaty i usłyszę "kocham cię". Bo on jest chory...

     - Ja wiem - powiedziała raz Niezaradna, a potem już tylko słuchała.

     Że On jest chory, że jej powiedzieli, że nic z niego nie będzie, a przecież tak rozwija się i mówi, już mówi. Że nie sądziła, ale tak chciała i się starała, a teraz proszę, to przedszkole, te dzieci, że on jest z nimi i to daje, to tak dużo daje. Że kiedyś on ją odpychał i nie chciał dotyku, nie kontaktował się, tak jakby jej nie widział. A teraz czeka na nią i ją woła, tak się zmieniło, a przecież mówili jej, że nic. A ile się musiała nasłuchać od dyrektorki specjalnego przedszkola, jak źle robi, że tak go przenosi, do normalnych dzieci, że to będzie źle. Ale ona walczyła, tak bardzo walczyła i jest szczęśliwa, bo jest tyle postępu. Że jej matka go odrzuciła, że powiedziała, że nie chce, by przychodziła do niej. Z nim. A ten jej ojciec, to on powiedział, że takie dziecko to gorsze niż pies. I ona nie wie, co oni mówili, gdy raz go zostawiła z babcią i dziadkiem sam na sam. Ale uciekał, tak bardzo uciekał, nie mogła go złapać, to przecież nie pójdzie teraz z nim na Dzień Matki - bo jak ona ma tam iść? No i po co? Usłyszy znów, że co? I tak, nie jest łatwo, nie jest łatwo, bo ona sama przecież jest. Że tak, mąż ją wpiera, ale on za granicą i tak na co dzień, to ona musi sobie radzić. Radzi sobie? No tak. Bo oni są kumplami, ona jest Miśka kumplem, a Misiek jej i tak razem fajnie im żyć, to starają się. Bo tak musi być.

    Niezaradna słuchała i myślała, jakie to szczególne, że tego słucha akurat w Ten Dzień. A potem przyszedł JeszczeMąż. I powiedział, że Ona jest znana w jego Instytucji. Że jest nieco szalona, taka jakaś wariatka. no, tak o niej mówią ci, co nią się zajmują. Bo ona korzysta z pomocy, no jasne, że tak. No tak, dziecku oddana, ale taka jakaś wariatka...

    A Niezaradna już nie słuchała, co mówią, bo wie, że o matkach zawsze źle mówią, a szczególnie o takich, co nie boją się światu rzec: NIE. I że Jej macierzyństwo nieusłane różami, to takie macierzyństwo w wersji, co boli i od której inni uciekają. Ona nie. I że wielkie słowa wcale nie są tu wielkie, bo to jest Wielkie Bohaterstwo tak samej dźwigać i się śmiać. I że dziś najpiękniejsze, co mogło się zdarzyć, to ta ikebana w ręku Miśka dla Takiej Matki, co jest jego kumplem, bo tak musi być.

    Potem Niezaradna myślała, jak mocny i inspirujący byłby blog Matki Miśka, ilu ludzi mogłaby Ona zarazić tą swą mocą zachowania pogody na przekór debilom uczuciowym.

   Ale Matka Miśka nie prowadzi bloga. To blog Niezaradnej.

   To ikebana Gburki:



    A to ikebana Świrka:




  A to Niezaradnej okno, przez które widać tylko kawałek świata. I starczy. To ładny kawałek.











   

   

 















niedziela, 25 maja 2014

Pisząc pozytywny tekst na Ekologiczną...

   ... Niezaradna łapie doła. Sami osądźcie, czy dlatego, że niepoprawnie malkontenci czy jest powód.

   Wpis dotyczy tego. Oglądajcie ze smakiem! Jeżeli dziennik Niezaradnej czyta ktoś z Katowic i okolic - może skorzystacie? Zapewne pod warunkiem, że macie masę kasy. Wiele pięknych rzeczy jest zastrzeżonych dla tych z masą kasy. Ale ta inwestycja kasowa ma się zwrócić. Racjonalnie jest to na stronie wyłożone. Wniknijcie tylko dokładniej w ekologię. Woda, energia, organizacja życia, by mało trzeba było samochodu używać - same oszczędności. A reszta... Cała reszta nasuwa Niezaradnej do niepoprawnego łba posępne dumania... o szklanych domach.

   Bo te dzieci grające w piłkę na ulicach jako priorytet. Ta organizacja idąca ku egzystowaniu we wspólnocie sąsiedzkiej, nie w anonimowym molochu jakimś, gdzie sąsiad sąsiadowi numerem. To porzucenie samochodu na rzecz podreptania po bułki i gazetkę do sklepu za róg. I skąpanie wszystkiego w zieleni, której tu cała moc!

   Łapa w górę, kto ma skojarzenie z gazetkami, gdzie lew z owieczką i tak razem, na tej trawce... Łapy w górę! Taaa... Bo takie rzeczy to tylko w erze, wiemy, wiemy.

   Bo co, jeśli rodzice wcale nie będą chcieli by dzieci grały w piłkę? Albo dzieci nie dadzą się wygonić? Bo w piłkę im się grać nie chce, a nowe play station, które wyrywają sobie z ojcem, jest właśnie wolne, bo starzy skoczyli do marketu po zakupy? A trawniki będą wykorzystywane tylko przez właścicieli psów? A parki przez pijaczków? To co wtedy, hę?

   Niezaradna pisze pozytywny tekst na balkonie. Żar się z nieba leje, Dwójka w przedszkolu, kanapy nadal brak, a na balkonie cień jest. I w ogóle super. Poduszki z kanapy są super! Niezaradna gapi się z balkonu i nachodzą ją wspomnienia.

    lato, 8 lat wcześniej
    Tam, na dole. Wąska kicha podwórka, ale z zieloną trawą jest! Pełno jej. Na dole dwie grupki: panowa i paniowa. Panowa stoi wokół grilla, w ręku każdego pana browarek. Panowie raczej jeszcze na starcie w życie panowodomowe, brzuchy mało zapuszczone, w pozach fanfaronada. Panie siedzą przy stoliku, przychówku dzieciowego wokół nie widać, zatem i one z browarkami. Zakrzątnęły się wokół całokształtu zastawy, zatem teraz sobie gawędzą beztrosko, leniwie powyciągane na ławce (jest jedna ławka, z gatunku: parkowa staroświecka). Ciasno im nieco, ale nie szkodzi. Zresztą jest kilka krzeseł różnego sortu naprędce zorganizowanych.
    W obu grupach wiele śmiechu, dyskusje żywe, a wszystko to nabiera mocy wprost proporcjonalnie do ilości pustych butelek oraz zmniejszania mocy słońca. Zresztą z czasem grupki się integrują, to też natęża decybele. Jest fajnie. To sąsiedzi. Wprowadzili się do swego bloku w ciągu roku, są tu pionierami. Użerali się z deweloperem i jego ekipą, cieszą się jednak, że tu trafili. No i że na siebie trafili! Są w podobnym wieku, fajnie będzie mieszkać koło ludzi, z którymi się tak fajnie dogaduje. 
    Takie spotkania zdarzają się tego lata jeszcze wiele razy. I tak, tak. Jedna z par to Niezaradna i JeszczeMąż. Tylko nazywają się inaczej. Ona jest Nadzieja a on MiłyMój. Tak się zwą. Są największymi wyżeraczami, bo mieszkają tu najdłużej. Byli tak zdesperowani, że wprowadzili się na budowę. Mają w związku z tym najlepsze układy z deweloperem i jego ekipą. 

    lato, 5 lat wcześniej 
    Tam, w dole. Wąska kicha podwórka, zielona trawa bardziej licha. Mało podlewana, mocno maltretowana. Dwie grupki, męska jak wyżej, choć brzuchy nieco większe. Do damskiej dołączyła dwójka dzieci. Jest mała dziewczynka i niemowlę na ręku Niezaradnej, która jest tu już Matką i przez cały czas trwania imprezy stoi, kołysząc się miarowo. Niemowlę bowiem to Gburka. Od zarania Gburka. Jedna z zasiadających jest w wydatnej ciąży. Ławka parkowa taka coś krzywa. Spotkanie jest znacznie bardziej wyciszone, u kobiet w zasadzie piwa brak, do części wspólnej prawie nie dochodzi, bo czas się do domów rozejść, dzieci trzeba kłaść. Jest miło, szkoda, że te spotkania teraz tak rzadko. 

   lato, 3 lata wcześniej
   Tam, w dole. Wąska kicha podwórka, zielona trawa jest, jaka jest. Ale i tak Niezaradna na niej rozłożyła koc. I siedzi na nim z bardzo żywym niemowlęciem na kolanach, obserwując stąpającą wokół małą dziewuszkę. Niemowlę to Świr, dziewczynkę już znacie. Niezaradna jest już sobą, Niezaradną. A że stanowisko grillowe jest w pobliżu miejsca, gdzie się usadowiła z kocem, to spotkanie przegada głównie z grupą męską, w której znajduje się JeszczeMąż. Gdy w końcu znajduje się przy paniach, już tylko ze Świrem (panowie w tym czasie otrzymują zaszczyt zaopiekowania się potomstwem w wieku poniemowlęcym), będzie to etap, w którym spotkanie już nie potrwa długo. Zresztą jest to Ostatnie Spotkanie.

   Spotkań nie zniszczyło pojawienie się dzieci. Pojawianie się dzieci tylko wyeksponowało, że tak naprawdę zbliżenie sąsiedzkie ma krótki terminu ważności. Bo zbudowały je pionierskie zmagania z wybudowanym na świeżo domem, gdzie wszyscy mieszkają. Ale więcej już nic ich nie łączy.

     Niektórzy z grupki trzymają się jeszcze razem, bo łączy ich pasja leżenia na poduszkach, a następnie dzielenia się spostrzeżeniami w miejscowym sklepie "na krechę". Niezaradna odpada w przedbiegach, nawet nie łapie się w precyzyjnych składach osobowych klatek obok, cóż mówić o wiedzy na temat życia erotycznego całej ulicy.

    Czasem jej smutno, że tak wyszło. Najczęściej zaś jej to zwisa. Tylko ta Dwójka... Jeżeli wyjdą na podwórko, klatkę, ulicę, a zakładając, że nie wessają ich kompy (raczej nie ma szans, bo skąd te ich kompy?) - w końcu wyjdą. I się dowiedzą, że mają matkę i ojca dziwaków. Odmieńców, odludków. Snobów paskudnych, co nie przystaną i nie wymienią się plotami, bo nosy na to mają za wysoko.

    Z drugiej strony pytanie, czy będzie miał Dwójce kto uświadomić te prawdy? Dzieci grona grillowego w ogóle na powietrzu nie bywają, poza drogą z i drogą po. Wąska kicha podwórka stała się dziedziną dzieci tych, co tylko wynajmują. A wynajmujący szczególny to typ rodziców. Mają cechę polegającą na tym, że gdy tylko da się dzieciaka usunąć z pola wiedzenia - won za drzwi. Na to podwórko, na tę klatkę, gdy leje.

    Te dzieci porzucone dzień cały poza domem (prowiant jest wciskany w stosownych porach w rękę) gdzieś muszą znaleźć ujście frustracji. I dlatego Niezaradna już nie ma ochoty wyprowadzać Dwójki na wąską kichę, Bo nie uśmiecha się jej zabawa młodziaków w piaskownicy, którą dzieci lokatorskie traktują jak kuwetę. I choć zawsze w kontrze do chęci izolowania i kokoszenia Dwójki, z niepokojem zawsze patrzyła na czujne twarzyczki, które chciwie upatrywały porzuconej zabawki. By ją potem cisnąć gdzieś połamaną. Niezaradną dołowały wyprawy na wąską kichę z Dwójką, zatem radością wielką napawa ją fakt przedszkola, w którym kontakt z dziećmi jest i moc zabaw uczących życia też. A do piasku chodzi z Dwójką na plac zabaw.

    Kiedyś Dwójka zechce jednak wyjść z domu... i co wtedy? Wejdzie w stadko tych wyrzuconych z domu? Czy jednak natknie się na dzieci grillowe, jeżeli jakimś cudem zostaną odessane od kompów, przy których już tkwią?

    Czy ludzie wyrzucający swe dzieci dniami całymi na wąską kichę są źli? Albo ci eksgrillujący, co obecnie żyją obsmarowywaniem sąsiadów w centrum rozrywki "na krechę"? Nie, oni są tylko tak kurewsko nieszczęśliwi. I Niezaradna nie gada tak, by pokazać, jaka jest szlachetna. Wcale ich nie lubi, niektórych nawet nie cierpi. Ale widzi źródło - frustrację, niespełnienie, poranienia i inne takie. A z bezradności - agresja.

   I czy ma znaczenie, że to nie ekomiasteczko? No, jakieś tak.

   Jeśli idąc przez chodnik, trzeba dreptać gęsiego, bo inaczej się nie zmieści - chodniki okupują samochody - to wkurwia nieziemsko i człowiek robi się zły.

   Jeśli idąc przez chodnik, nie można puścić dziecka przodem, bo trzeba by wrzeszczeć non stop: uważaj: kupa! kupa! kupa!, to człowieka telepie.

   Jeśli idąc przez chodnik, człowiek ma znów emocje, bo rozbieraną ruderę już dwa lata temu otoczono blaszanym ogrodzeniem i nie ma jak przejść chodnikiem. A ulica taka ruchliwa i  tak pędzą - to ciśnienie człowiekowi skacze.

   Jeśli idąc przez chodnik, człowiek widzi co kawałek rozbite butelki, to bierze ochota, bo kogoś/coś z wściekłości stłuc.

   I szpetota, i ruina, i syf... A zieleń? Jaka zieleń? Dziką gęstwinę krzaków z czyjeś woli nieznanej wykarczowano po korzenie i już widać tylko, ile w tym śmieci było i odrapane rudery do rozbiórki, z archipelagiem szopek, każda szpetna swym rodzajem szpetoty... A na wąski pasek zielonego przed domem zbudowanym 8 lat temu wyprowadza się tyle psów, że zieleń zanika.

   Jeszcze do niedawna Niezaradna tęsknym okiem patrzyła na nowe domy na ulicy obok. Kompleks otrzymał szumną nazwę Ogrody Dziurlandia. Domy Dziurlandii otaczają sześcianem plac, w środku którego pozostawiono drzewa. Niezaradna roiła sobie o bezpiecznym zakątku dla dzieci, który w tym zamknięciu, z dala od ulicy, pod drzewami... Wzięła raz Dwójkę, by miejsce to zbadać. I nabrać motywacji, by wreszcie osiągnąć sukces. I zarobić na mieszkanie w Ogrodach Dziurlandia. Weszła pełna oczekiwań na plac... plac w 100% wyłożony brukiem. Bez skrawka bezbrucznego. I otoczony z czterech stron świata drzwiami garażów.

   Nie dziecko priorytetem widać było w planowaniu Ogrodów Dziurlandia, a samochód. No tak, to Dziura jest, największa w Tym Kraju hurtownia gruchotów sprowadzanych z zagranicy. Niezaradna kicha więc na luksus Ogrodów Dziurlandia, bo ona luksus pojmuje inaczej. Motywacja na osiągnięcie sukcesu opadła. To musiałby być megasukces, oznaczający pójście na w budowę własnej chaty z kawałkiem ogrodu.

    Ten post, w którym Niezaradna wylała jak Wisła w Toruniu, tworzył się przez trzy dni prawie. Niezaradna przez ten czas przeżyła parę momentów, które upewniły ją co do tego, że... nie trzeba jej ekomiasteczka. Może to być obesrana ulica w Dziurze, może to być nawet ten dom zbudowany osiem lat temu.

    Bo jest wieczór i Niezaradna zaczyna wygłupiać się do Świra, który marudzi z kolacją: Czasu jest coraz mniej, wkrótce zgaśnie słońce... I potem już musi śpiewać w kółko. Tak długo, aż Gburka będzie już mogła razem z nią, bo wbije sobie po pięciu razach do tej genialnej łepetyny, po co została wymyślona noc.
A Świr pyta poważnie: on będzie miał ciebie do jedzenia? po słowach: schowaj mnie gdzieś na dnie swojego plecaka, abyś w ciemności tej miał mnie wciąż przy sobie.

    I jest inny wieczór, gdy Niezaradna wychodzi na ten balkon, by słuchać słowika. Wypłasza ją z tego balkonu smród dymu papierosowego. No tak, w ekomiasteczku może zamieszkają tacy, co już nie palą...

    I jest wieczór po burzy, przed którą uciekali: przodem JeszczeMąż z Gburką, tak szybko i dzielnie biegnącą "jak samochody, tak szybko" i Niezaradna z wtulonym w nią Świrem, co tak mocno zaciskał rączki na jej szyi. Na niebie zaczęły brykać barany, a za nimi pojawiły przepastne góry.






   Nie dostrzeże się tego jednak, jak się nie spojrzy dalej niż widać z poduszki w oknie.

  Jak fajnie jest żyć.
 

   A Niezaradna śpiewała swym dzieciom to:






 

piątek, 23 maja 2014

Głos za tradycją...

   Jeden z niezaprzeczalnych atutów książki tradycyjnej i jej przewagi nad Kindlem.

   Najnowsza publikacja o Annie Dymnej!

   Co za foty! Ile treści! Jaka śmiałość! Jaka piękna kobieta!

   ... i wyobraźcie sobie, że...

   ona wcale...

   zupełnie...

   ale to zupełnie...

   w swej najcudniejszej młodości!!!

   w pełnym rozkwicie!!!

   ...


   NIE REGULOWAŁA BRWI!!!!!!



    
   No przynajmniej czasem...

   Niezaradna obejrzała pospiesznie foty. To wie. Zatem już może rzec, że coś z Anny Dymnej ma w sobie...

   Zmieniać to czy nie? Hmmm...






 

środa, 21 maja 2014

Niezaradna i JeszczeMąż lądują na glebie

   Znany i ceniony w świecie artysta, Bruno Schulz, stanął w swoim czasie przed poważnym dylematem: czy jechać do Paryża, gdzie został zaproszony, do mekki artystów i ludzi kreatywnie szalonych, jak on, czy może jednak... kupić tapczan.

   Uprasza się w tym miejscu Czytelników o powstrzymanie się z kpinami. Sprawa była naprawdę niełatwa. Bruno Schulz został co prawda odkryty jako talent przez Nałkowską (można wiele rzec o jej kryteriach doboru utalentowanych odkryć, ale nie o Nałkowskiej tu się plotkuje). To, że Schulza znano w światku artystycznym stolicy, niekoniecznie przekładało się na sukcesy komercyjne.

  W życiu najprywatniejszym Schulz był nauczycielem rysunków (i nie tylko) w prowincjonalnym Drohobyczu i choć łapał wiele fuch i uwijał się jak w ukropie, dźwigając ten okrutny dla wrażliwych dusz zawód nauczyciela, klepał straszną biedę. Na co złożyło się jeszcze ileś okoliczności, o których tu już mowy nie będzie.

   I gdy zebrał Schulzowi jakiś tam skromny zasobek gotówki, mogąc wyjechać do Paryża, gdzie go właśnie zaproszono, poważnie dumał, czy jednak nie zainwestować w nowy tapczan. Bo stary był ruiną.

   Sami sobie dośpiewajcie, co wybrał surrealistyczny artysta.

   Niezaradna, za każdym razem słysząc tę historię, zastanawiała się wszakże: a nie mógł po prostu ściągnąć tapicera? Miałby i Paryż, i powrót do wygodnego spania.

   Spanie Niezaradnej i JeszczeMęża już od dłuższego czasu pozostawia wiele do życzenia. I reszta skromnego zasobku gotówki została przeznaczona na to, o czym Bruno Schulz nie pomyślał - naprawę sprzętu. I dlatego Niezaradna i JeszczeMąż śpią już drugą noc na podłodze.

   Rzecz będzie o niej - już zapowiadanej i kilkakrotnie tu pokazywanej kanapie z IKEA.

  "Kanapa". Niebotyczne uproszczenie. To jest mebel wielofunkcyjny.

   To, że po kanapę trzeba było jechać do Miasta Wojewódzkiego, do IKEA, stanowi oczywisty plus dla tych, kochają IKEA.

   Kanapa jest świetnym łożem małżeńskim, bo po rozłożeniu mieści doskonale i bez dyskomfortu Niezaradną i JeszczeMęża. Dwójka na upartego też by się z nimi przespała. Nie śpi jednak i całe szczęście. Jak okazyjnie wpadają, cholernie się rozpychają i kopią, a Niezaradna dość ma problemu z chrapaniem JeszczeMęża. Koszmar.

   Ikeowski wyrób pełni też rolę sofy wypoczynkowej. Wypoczywała tam Niezaradna w dawnych czasach sprzed Dwójki, gdy wracała z pracy, którą wówczas jeszcze miała. Siadała wtedy w rogu, w bliskim zasięgu kładła herbatę albo koniak i zatapiała się w książce. To były naprawdę dawne czasy bowiem, gdy Niezaradna jeszcze nie buszowała w sieci.

   Potem Niezaradna zabierała się tam za robotę. Zresztą teraz też na kanapie właśnie pracuje klepiąc wszelkie swe mniej i bardziej popłatne dyrdymały. Ale to dopiero wieczorem, gdy Dwójka zostaje już ewakuowana w zacisze swej dobrej inwestycji.

   Czasem na kanapie przebywają goście. A że ci, którzy przybywają do domostwa Niezaradnej i JeszczeMęża zwykle wiedzą, czego się po całokształcie tego domu spodziewać - siadają i nie okazują nawet obrzydzenia wyplamieniem kultowej kanapy. Bo stan obicia świadczy o burzliwych losach tego mebla. Szczegółów Wam się oszczędzi, czym możecie się cieszyć.

   Oględnie rzecz ujmując - gładkie, granatowe obicie - to jest bardzo zły pomysł, jak się ma w domu Dwójkę. I jak się na kanapie tej spożywa sporą ilość posiłków, nie zawsze w porę ratując wylewające się płyny. Zwłaszcza, gdy spożywanie tych towarzyszy wieczornym seansom filmowym, a w zasadzie najczęściej tak jest. Bo kanapa pełni też funkcję wygodnych foteli filmowych. Ma ku temu warunki: idealne oparcie, takie by wygodnie mogła siedzieć koło siebie i para, i więcej osób.

   Czy kanapa z IKEA to dobra inwestycja?

   Na początku Niezaradna była gotowa palnąć gniewnie: a skąd! szybko siadła!

   Ale... by poczynić zadość sprawiedliwości, Niezaradna przyznaje, że nie to takich wyczynów mebel ten stworzono:


 

      Jeżeli chcecie zaoszczędzić na trampolinie, to zaleca się uwzględnienie, że gdzieś to się zemści.

      O, tak:




    I film ogląda się potem w takiej scenerii i wątpliwym komforcie: 

    



       Czy kanapę narożną IKEA warto mieć?

       Pewne jest tylko jedno: gorzej jej nie mieć i odczuwać dyskomfort pisania postu o niej na podłodze.

       Chwała kanapie za jej poduchy, które właśnie wyjeżdżają Niezaradnej spod tyłka, a które świetnie pełnią rolę rozrywkową dla Dwójki, czy to wewnątrz czy to na zewnątrz mieszkania (wystrój balkonowy, od wczoraj oficjalnie debiutujący tego sezonu).

       Kanapo, wracaj!

 

poniedziałek, 19 maja 2014

Kochany Internecie...

     Kochany Internecie,

     jak strasznie nie lubi Niezaradna pisać kolejnych motywców.  Jak strasznie nie lubi Niezaradna, jak ją boli brzuch. Ja strasznie nie lubi Niezaradna poczucia, że dzień jej przeciekł przez palce, bo czuła się tak zdechle, że czegokolwiek się tknęła, zmieniało się - odwrotnie niż u Midasa - w gówno.

    Kochany Internecie, wszystkie rzeczy wyżej wymienione dotknęły dziś Niezaradną. Stworzyła wszakże kolejny, tlący się marnie roznieconym zapałem motywiec. Mimo całodniowego bólu brzucha zachowywała pogodną minę i emanowała matczyno-żoninym ciepłem. I mimo dreszczy, co ją cały dzień telepały... bez pierdolenia. Nic więcej specjalnego nie zdziałała.

    Mało w niej dziś było energii do czynów.

    I wstyd jej. Bo zrobiono wiele, by jej ułatwić.

    Kochany Internecie, Skało Zbawienia.

    Real tak bardzo czasem potrafi Niezaradnej dopiec. Z lustra spogląda wiecznie ta sama nudna gęba. Dwójka daje popisowe pokazy możliwości swych temperamentów. JeszczeMąż ma oczekiwania jakieś, zwłaszcza chciałby kochanki, która gdzieś czmychnęła i zaszyła się daleko.

    Niezaradna czuje się taka marna, że nie umie sprostać swym spełnionym marzeniom.

    I wtedy z Internetu spada jej kwiatek. Raz taki, że ktoś ma ochotę zaoferować jej coś bez okazji i przyczyny. Raz taki, że ktoś myśli o niej w związku z zajęciem jakimś. I innym razem, że ktoś wprost się na siebie każe powołać. I Niezaradna łapie zajęcia, ratujące jej ostatki optymizmu w momencie wielkiego bezrobocia.

   Ty. I Ty. I Ty. I jeszcze Ty, bo o Tobie też się teraz myśli.

   Internet to parszywe miejsce bywa, ci, co dobrze im idzie, często dostają po łbie.

   Czy Niezaradna mało dostaje po łbie, bo ma ciągłe pod górkę? Niekoniecznie. Kiedyś jedna taka Osoba z pasją przysłała dla każdego z Dwójki takie oto cudo:



     Cuda były dwa, w absolutnej całości każde. Rękodzieło początkującej wtedy Artystki. 

     Niezaradna jeszcze wtedy nie przędła tak cienko. Ktoś miał ochotę podarować jej coś. Bo tak. 

     I co jakiś czas się zdarza - bo tak. Ty. Ty. I Ty. I Ty. I jeszcze Ty, bo o Tobie też się teraz myśli.

     Tworzycie Kochany Internet. 

     Nigdy niewidziane, na własne uszy często niesłyszane - nagle dajecie Niezaradnej poczucie, że COŚ w niej jest. 

     Że mniejsza o tę nudną gębę. I ten brzuch bolący dzień cały. Zmęczenie Dwójką i oczekiwaniami JeszczeMęża. 

     Mimo wszystko ktoś w nią wierzy i chce, by ona wierzyła. 

     I moc jest tej wiary tak wielka, że wstyd z tym czegoś nie zrobić. 

     Kochany Internecie. 

     Niedziela minęła bez zdarzeń, z paroma upierdliwościami. Real jest ważny. Internet chyba też, skoro się przekłada na real, nie?

    Aniołka jedno z Dwójki kopnęło przez sen. Zwalając ze ściany. I rozpadł się na czworo. Kontuzjowany aniołek nie dał rady, co się dziwić. 

    I Świr dostał 41 gorączki. A to tylko jeden z cudów z Internetu. 

    Ty. Ty. I Ty. I Ty. I jeszcze Ty, bo o Tobie też się teraz myśli.

    Dzięki za anielstwo Wasze. 

    Niezaradna będzie się starać. I dlatego będzie pisać te motywce. 

    

piątek, 16 maja 2014

Dezintegracja

      Panie i Panowie,  Niezaradna się rozpadła.

      To tylko dwie noce z 40 i powyżej na dramatycznie pikającym czerwienią termometrze.

      To tylko jeden dzień przesiedziany z tymże termometrem w ręce, odmierzany godzinami do kolejnej dawki lekarstwa.

      Starczyło.

      Duch bojowy, chęć działania, kreatywność, moc i zapał - w cholerę.

      Wczoraj pochopnie Niezaradna napisała komuś w mailu: można przy nich pracować.

      Gówno prawda. Bo jeżeli szczera prawda - czemu nic nie zrobiła? Czemu wieczorem zasnęła nad dokumentem, czemu wzruszeniem ramion zbyła klujący pretensją mail od Klientki, czemu nie ma siły zasiąść i wystawić nadmiarów walających się po chacie, gdy jest na nie boom? (Nowe miejsce handlowe, jeszcze Niezaradnej nie znają, jeszcze wierzą, że to dowcipna ekscentryczka, nie frustrat i chcą  brać)

      Niezaradna nie ma mocy. Wszystkie sznurki wypadają jej z rozluźnionej garści, szanse na ich końcach uwalniają się i ulatują.

      Niezaradna jest zdolna tylko do tępego zaobserwowania faktu.

     Chorobo. Przecież dopiero co byłaś. Kto Ci, kurwa, rzekł, że się tęskni?

     Kłamał.




   

czwartek, 15 maja 2014

Obłożenie. Nie jak u Bonda.

     Niezaradna miszczem jest! Niezaradna wymiata!

     Czytelnicy, spokojnie. To już finał w tym tonie. Dalej tylko ostro jest z górki, ale niech padnie to wyraziście, jak z buta: tak, Niezaradna jest miszcz. W reklamie szeptanej konkretnie. Tak wielki miszcz, że stworzono jej warunki. Ona już nic nie musi. Nie musi się logować na forach, walczyć o swą wiarygodność spamerską - są od tego ludzie. Niezaradna już tylko tworzy. A w ukończoną właśnie środę tak się szczęśliwie złożyło, że każdy nadziany reklamą szeptaną post, Niezaradna pisała w służbie idei. A to nad wyraz pięknie pasowało do Dnia Dobrych Uczynków. Niezaradna tworzy posty. Ktoś wsadzi w nie linki, jak wisienki z cyjankiem w czekoladki. Ale ona sama może pisać prawdę i tylko prawdę.

     A jednak pisanie postów na zlecenie tak dziwnie człowieka zasmuca.

     Potem zaczęło być gorzej i nie trzeba było wymyślać wydumanych powodów do smutku. Kasa za podatki naprawdę wyszła z domu i już nie wróci. Czas nastał najwyższy, by Niezaradna przypomniała sobie i światu, że przecież ten cały cyrk zwany jej zleceniami, służy by zarabiać kasę. I zapukała po raz trzeci w telefon pewnego znajomego, co zleca robotę, ale miga się od płacenia.

    Wstrząśnięty jej trzecim pukaniem, które w zasadzie było już walnięciem, znajomy odpisał, że i owszem. Przeleje. Milczał jednak tak długo, bo... nie spodziewał się sumy tak wielkiej. Czytając wiadomość Niezaradna otrzymała w bonusie efekt czerwonej mgły przed oczami, tak strasznie ją cynizm znajomego wkurwił.

    Uroczyście się przysięga, drodzy Czytelnicy, że Niezaradna naprawdę nie złupiła znajomego, choć jest z czego go łupić. Mniejsza z tym.

    W lekkim jeszcze stanie podkurwienia pognała rączo do przedszkola po Dwójkę. W drodze miała upierdliwą awarię torebki (nie torebki to wina, a jej części niebędącej dziełem sławionej tu Artystki). Upierdliwość dźwigania torby w ręce wzmożona została marudzeniem Świrusa, który wybitnie dawał popalić przez całą drogę do domu. Drogę wydłużoną o wizytę w bibliotece. Drogę cięższą o ciężar książek dla Dwójki wybranych w tej bibliotece.

    Już w domu okazało się, że Świr ma gorączkę. Kurwa, niech jeszcze i to.

    Potem Niezaradna miała scysję z klientką, której bezpośrednim powodem była szefowa Niezaradnej. Jej decyzje, jak zwykle wpłynęły negatywnie na nastrój Klientki. Ale to Niezaradna musiała zostać skąpana w burej Rzece Narzekań Niezadowolonego Klienta.

    Jest noc. Prawie ranek. Niezaradna raz po raz biega do Świrusa, który korzystając z przywilejów chorego, budzi się raz po raz i wtedy trzeba wiele nakładów, by spokojnie mógł spać dalej.

   Wszystko wskazuje na to, że w Dniu Dobrych Uczynków, najpełniej jego charakter odczuła Niezaradna spamując na forach.

    Jest tym faktem zmieszana nieco. Ale nie wstrząśnięta.

    Wszystko inaczej niż u Jamesa Bonda. Wszystko.





poniedziałek, 12 maja 2014

Ach, te to, książki zbójeckie!

     Ach, te to, książki zbójeckie!
     Młodości mojej niebo i tortury!

     Tak wołałaby Niezaradna za Wieszczem, gdyby miało to jakiś sens. Ale w dwuwersie nie ma. W młodości książki niczym jej nie dopiekły. Ba, zawdzięcza im tyle, że warte jest to osobnego poematu, którego Niezaradna jeszcze nie umie napisać. Zatem odpuśćmy sobie blamaż.

    Obecne narzędzie tortur i rozkoszy zarazem wygląda tak:


     

    Na załączonym obrazku nie widzicie całości. Jeszcze są trzy szeregi takich półek. Na załączonym obrazku widzicie za to lapka, kultowy sprzęt, na którym powstaje niniejsza notka. To też narzędzie tortur i rozkoszy, ale to już wiecie i nie o nim ma być mowa.

    Książki, jakie są, każdy widzi. Charakterystyczne okładki biją po oczach, te mniej charakterystyczne, jak już Niezaradna się wzbogaci i nie będzie miała o czym pisać, może zacznie się tu przywoływać.

     Książki papierowe kontra plastik. Co wybrać? Czy w ogóle jest nad czym dumać? Chyba jest, skoro tyle już wokół tego wydumano. I dalej się duma.

     W tej sytuacji Niezaradna oszczędzi Czytelnikom swych wywodów, bo i wywodzić nie ma tu czego.

     Na załączonym obrazku widzicie fragment biblioteczki w bajzlu. W trzecim rzędzie od lewej, na samym dole, widzicie rząd książek, który właśnie został pchnięty w tył. Jako któryś już z rzędu. Następnie zwalono znajdujący się tam cykl bajek "Mali mieszkańcy wielkich gór" (z satysfakcją, bo to denna wersja z niemieckim dubbingiem!). Na fotce widnieje on jeszcze na pierwszym planie. Nie ma za to rzędu książek, który dołożono w uzyskane miejsce na przodzie.

      A że dołożenie to bynajmniej nie wpłynęło na zmniejszenie bajzlu na półkach, nie zniwelowało porażająco liczby książek walających się gdzie popadnie - Niezaradna popadła w rozpacz i desperację.

     W stanie tym doszła do

  • pomysłu nr 1 - budowa kolejnych półek za fundusze ze zwrotu po rozliczeniu podatków 
  • pomysłu nr 2 - odkładanie na czytnik za fundusze... jakie, kurwa, fundusze?!
     Potem analizowała za i przeciw pomysłom:
  • pomysł nr 1 - wady: salono-sypialnio-bawialnia stanie się jeszcze ciaśniejsza, przy czym półki znajdować się mogą jedynie w rejonie części sypialnej... Przy wzorowym sprawowaniu przez Niezaradną roli chujowej pani domu, oznaczać to będzie wdychanie tabunów kurzu, którym emanować będą kolejne zgromadzone książki, jest to pewne jak banku, że będą. 
  • pomysł nr 2 - fundusze... jakie, kurwa, fundusze?!
     I tak sobie Niezaradna dumała na głos, poważnie dyskutując z JeszczeMężem nad kwestią półek, które trzeba będzie zamówić nieuchronnie. Wobec faktu, że wszystkie ich półki książkowe są już podwójne, poza tymi, gdzie książek absolutnie już cofnąć się nie da wobec faktu, że byłoby to bluźnierstwo i tego, że już coś wpakowano za książki, wobec tego trzeba... blablabla. Tak sobie Niezaradna na głos dumała.

    Szczerze w duchu marząc o tym plastykowym gadżecie bez duszy, co jednak kilka tysięcy książek może w sobie zmieścić. 

    Na które Niezaradną może wreszcie być stać, bo jeszcze nie zaczęła na dobre mieć Kindla, a już zasypano ją propozycjami podziału swych kindlowych bibliotek. 

   Pomijając już fakt, że gdy Niezaradną poczęstowano prezentacją czytnika zeszłego lata, starała się do sprawy odnieść z proletariackim dystansem gołodupca. Starała się. W głębi nie zapomniała jednak, że gadżet ten - w przeciwieństwie do całej rzeszy elektronicznych gadżetów, z własnym smartfonem na czele - nie tylko jej nie mierzi, ale... niezdrowo podekscytował. 

   Co Niezaradna ukryła głęboko na dnie przesiąkniętej do cna bezrobociem duszy. 

   Potem jeszcze Niezaradna znalazła to i teraz mogła jeszcze swoją pustą ochotę na gadżet przykryć ideą. 

   Uwzględniła, że papierowe książki:
  • nie służą jej do bazgrolenia i zaznaczania, chyba że na okazję spotkania ukierunkowanego na prowadzenie dyskusji
  • nie są przez nią wąchane czy traktowane z czcią - wszystko jej jedno, czyj egzemplarz czyta, jeżeli rzecz ją wciąga
  • każda jej własna książka nabiera "historii" - kartki są pofałdowane od wilgoci bądź upaćkane dżemem lub ketchupem, wycieranymi błyskawicznie, lecz nigdy nie do braku śladu. 
   I w finale nastąpił happy end.

   Teraz Niezaradna nie ma takiego manicure: 



   Ale ma takiego Kindla. I czuje, że będzie z niego kupa radochy. Podobnej odczuwanej obecnie, podczas lektury wielkiej kolubryny Cherezińskiej, co już się pofalowała od czytania w wannie. Tylko ciut wygodniej. 

   

     

niedziela, 11 maja 2014

Dżentelmeni o kasie nie mówią. A damy się kamuflują.

    Niektóre za dobrze. Niezaradna na przykład.

    To przez świetny kamuflaż nie ma teraz kasy na orange i składkę PZU. Jak dobrze, że za przedszkole opłatę już uiściła. Miała, bo Przyjaciółka zapłaciła jej za pewną robotę, którą na rzec zakamuflowania dobroczynności, Niezaradnej zleciła.

    Przyjaciółka kamufluje dobroczynność swą, Niezaradna biedę.

    Przyjaciółce wychodzi tak se - i tak wiadomo, że chce zasilić Niezaradne konto puste. Ale jest przyjaciółką, więc pozwala gołodupnej Niezaradnej zachować twarz.

    Niezaradnej wychodzi świetnie.

    Jasne, brwi znów się zbreżniewiły i o kosmetyczkę krzyczą. Leginsy z lidla to nie jest Insomnia, o nie. A baleriny z Biedronki za dychę zaczęły się przecierać na czubkach i kurwa, podpada to, jak Niezaradna przestaje przebierać nogami.

    Bo poza tym to Niezaradna jest po prostu... ekscentryczna? niefrasobliwa? ma taką pozę? coś?... - ale na pewno nie brakuje jej kasy, no nie, jaka kasa?!

    Niezaradna jest ponad kasę, ponad w ogóle te sprawy przyziemne. Ona żyje powietrzem. Aurą. Książkami. Magią. Filozofią. Miłością. Ideą. Pozą. Kurwa, cholera wie czym. Niezaradna zawsze była dziwna. Może stąd te baleriny wytarte na palcach.

    Kasa? Każdy narzeka na brak kasy. Tak wypada.

    Świat w to wierzy.

    Czym innym wytłumaczyć fakt, że:

  •  kilka dni przed świętami, Niezaradna odbiera telefon. Kuzynka z propozycją nie do odrzucenia: przyślę ci panią swą do sprzątania, ona ci odpicuje mieszkanie na święta, to w ramach prezentu ode mnie, ty masz dzieci, zmęczona jesteś, coś, blablabla, blablabla. Niezaradna zamiera przy słuchawce i milczy z braku pomysłu na reakcję: wzruszyć się? cieszyć? Bo słowa: a może tak byś dała mi pracę w swej firmie? albo cisnący przez zęby śmiech, pewnie obrażą kuzynkę. A przecież ona chce dobrze.
  • znajomy JeszczeMęża, właściciel dobrze prosperującej firmy komputerowej, zleca Niezaradnej robotę. Niezaradna nie gardzi żadną robotą, a ta jest lepsza od tylu innych, które Niezaradna na co dzień wykonuje. No i wykonawszy zlecenie, Niezaradna wysyła je znajomemu. I czeka. I czeka. I czeka. Jest! Dopadnięty na ulicy, złapany za klapy: I jak tam? Ok? Może być? Taaa, jasne, świetnie jest. Niech Niezaradna wyśle numer konta z kwotą do przelewu. Można by o tym twarzą w twarz, no ale dżentelmeni o o kasie nie mówią, zatem blablabla, blablabla. Niezaradna wysyła w domu kwotę i konta numer. I czeka. I czeka. I czeka. Tydzień. Dwa. Znów SMS-a wysłała. I czeka nadal. Ten Godot w końcu nadejdzie, nie?
  • znajoma z Niereala, miła i serdeczna. Zna Niezaradnej problemy, życzliwie doradza, gdzie pracy szukać. Fajnie się gada poza tym. O książkach, ideach, filozofii i sztuce. Raz jeden rozmowa schodzi na coś, co szczęśliwie Niezaradna może posiadać i znajomej z Niereala podesłać - w prezencie, bo choć to nowe i ładne, Niezaradnej nic nie kosztowało. Ale opłata za przesyłkę już tak. Znajoma z Niereala się cieszy i unosi, a Niezaradna tu tak z gruba: a za tę przesyłkę, to proszę cię, przelej tu i tu, bo ja tam właśnie kasę wiszę, a choć nie Lannister mi z domu, zawsze płacę swe długi. I cisza nastaje, i mrozem wieje, choć to jeszcze nie nadeszła zima. Znajoma z Niereala oficjalnie i sucho donosi o przelewie, a Niezaradna czuje się jak lokaj, co pierdnął w ukłonie.
 
      I tak jeszcze można by i można fakty przytaczać. A tymczasem konto puste, składka nieuiszczona, telefon zaraz będzie straszyć przypomnieniami od operatora, a Niezaradnej już zbrzydło brać od JeszczeMęża z pieśnią: oddam ci, jak ten, ci, tamci mi przeleją za to, to i to. Bo Niezaradnej trwać pogodnie pozwala fakt, że JeszczeMąż JESZCZE za wszystko nie płaci. Że Ona też. Zarabia. Coś. I w ogóle.

     A tu, kurwa, rachunki się drą. Głośniej niż Niezaradna o przyczepkę.

     Tymczasem JeszczeMąż kupił Niezaradnej Kindla kupił. Już nikt nie uwierzy w ich dochody. Nie wierzy nawet kumpel, który ich rozlicza.

     Pierdolony kamuflaż. Co pozwala trwać.



piątek, 9 maja 2014

Wrzask marzeń. Albo o kurewsko dobrych inwestycjach.

    Jeszcze niedawno, na pewnym innym blogu, Niezaradna napisała, że marzenia są dla frajerów, dla silnych są plany. Gówno prawda. Intensywne marzenia, marzenia wyrażane, artykułowane, wykrzyczane komuś do ucha i nagłaśniane, na ile firma decybeli dała - o, te mają moc!

    Niezaradna wie. Przetestowała.

    Z racji, że ciągle nie ma kasy, wszystko co za jej większą ilość się nabywa, leży w sferze marzeń.

    Jak zmywarka. Jak czytnik. Jak przyczepka rowerowa.

    Od zeszłego roku ma zmywarkę. Od wczoraj ma czytnik. Ile czasu dajecie Niezaradnej na nabycie  przyczepki za kurewsko duże pieniądze?

    O, takiej:

   
    Niezaradna ujrzała ją przedwczoraj i zapragnęła. Nieokiełznanie.

    Że słabe marzenia Niezaradnej? Na kasę przeliczalne?

    No dobra, Kochani moi. Ale za przeżycia się płaci brzęczącą monetą, szeleszczącym papierkiem. Czasem jak za wyrób z ChRL, czasem jak za zmywarkę.

    Czas nieprzeznaczony na mycie garów - bezcenny. Bo każde miejsce inne niż zmywak jest lepsze na przeżycia. Zmywak izoluje od świata. Muzę szum wody zagłusza, skórę płyn wysusza - marna jest poezja zmywakowa. Dzięki Ci zmywarko, że jesteś! JeszczeMąż też dziękuje, rachunki się zmniejszyły. Matka Ziemia też dziękuje, mniej ją suszy.

    O czytniku pogada się innym razem. Marzenie o nim było aktem desperacji. Dziś okazało się na dodatek, że to ładne cacuszko jest. Niezaradna, z amputowanym zapotrzebowaniem na rzeczy ładne (kurewski ból fantomowy!), niezdrowo się podekscytowała.

     Przyczepka. Czy wiecie, że...

     ... Niezaradna...

          ... od lat sześciu...

                ... nie jechała...

                   ... na swym rowerze...

                       ... i to...


                                 BOLI!!!!!






     Przyczepka jest zatem jedną z inwestycji kurewsko dobrych - płaci się za nie kurewsko duże pieniądze. Pieniądze, których Niezaradna i JeszczeMąż nie mają. Poza jednym momentem w roku. Tym, gdy przychodzi zwrot za podatek i wydaje się go szybko na COŚ, co będzie opłacalne, zwłaszcza dla gołodupnych. Jak zmywarka. Jak prezent dla Niezaradnej w postaci czytnika. Jak przyczepka, którą Niezaradna ujrzała, gdy forsa została przeputana już na inne inwestycje, kurwa!

    I teraz Niezaradna musi cholernie głośno krzyczeć, by do Przeznaczenia dotarło, że tą przyczepką Ona ma wozić Dwójkę JESZCZE TEGO LATA. 

    Bo marzenia szeptane po ciuchu w poduszkę są dla frajerów. 

    Niezaradna wie. Przetestowała. 

   
  

    

   
    




   

środa, 7 maja 2014

Inwestycje kapitalne, czasem niepoprawne politycznie

      Może to nieco niestosowne w tym samym dniu informować, że człowiek się udziela na portalu o profilu ekologicznym, fairtradowym, minimalistycznym i ogólnie słusznym, ale lajf ys brutal. Tu nie ma ściemy.

      Zatem szczerze zachwala się wyrób made in ChRL. Zakupiony w jednej z fyfnastu dziurowych galerii chińszczyzny, gdzie ceny są wybitnie umiarkowane. Ten wyrób kosztował 10 zł, co chyba mówi samo za siebie. Co prawda, nie posiadał opakowania. Niezaradna taszczyła go w objęciach przez całe centrum Dziury (niezupełnie wymarłe, bo w godzinach szczytu odbył się zakup). Rozmiar zaś wyrób ma słuszny a kształt ogona... wieloznaczny. Zresztą sami sobie zobaczcie:



      Wyrób Niezaradna zdecydowała się zakupić, kiedy ujrzała Świra brykającego sobie w takich różnych harcach, jakby regularnie oglądał teledysk Madonny do "Don't tell me". Problem w tym, że na odkurzaczu. Stwierdziła, że taniej wyjdzie z przeznaczonym do tego sprzętem. Że aż tak tanio, nie przypuszczała. Uznała jednak, że nie ma co inwestować pochopnie w coś, co okazać się może li tylko kaprysem. Jeżeli będzie to sprzęt kultowy, zainwestuje się w lepszy, bo wyrób chiński za dychę padnie zapewne po tygodniu. 

     Tymczasem sprzęt okazał się kultowy i nie padł po dwóch latach intensywnego użytkowania. Nie żeby codziennie. Ale od czasu do czasu z dziką intensywnością. 

     Dziś na przykład. Obrazek poglądowy: 




     Żeby oddać sprawiedliwość, na klimat obrazka składają się jeszcze dwie inwestycje. Bardziej poprawne politycznie. Kanapa IKEA, o której się powie innym razem jeszcze, osobno. Druga jest niewidoczna, ale możecie ujrzeć, mili Czytelnicy, efekty jej działania. 

    Inwestycja doskonała: płyta Heya "Sic". 
 
    Niezaradna wielbi z uwagi na całokształt: muzę i teksty doskonałe Kaśki Nosowskiej. 

    JeszczeMąż lubi za muzę. 

    Dwójka kocha za możliwość pogowania i upadlania osła oraz kanapy. 

    Fotka cykana podczas tego kawałka:



    Jak to mawiali starożytni: omne trinum perfectum. 



Dla tych, co lubią - litania vel wyliczanka tycia (promocyjna)

     Dla tych, co lubią:

  • matkę Ziemię
  • zdrowy styl życia
  • mądre pisanie
  • prezenty
  • świadomość, że można inaczej
  • ciekawe rozwiązania, jak zrobić inaczej
  • Niezaradną
  • grzeczniejsze pisanie o oszczędności (bez przekleństw i w ogóle ładniej)

    ... informacja taka, że - co czas jakiś będzie można Niezaradną spotkać na ulicy Ekologicznej. Jak polubicie ją (ulicę tę!) na fejsie, to fajnie. Dowiecie się wtedy różnych njusów sensacyjnych, jak ten na przykład, że trzeba gnać do Biedronki w piątek i sobotę. Jeżeli macie fuksa mieszkać w większym mieście. Bo w Dziurze Niezaradna może sobie gnać jedynie po jogurt Tola, jak jej domowy się spieprzy.

    Jak polubicie tekst debiutujący Niezaradnej - to też fajnie. Bo Niezaradna cholernie się cieszy, że czasem może wleźć i posprzedawać się na Ekologicznej ze swymi rozwiązaniami na biedę.

     A jeżeli jeszcze coś chcecie polubić, to jak jakimś cudem nie lubicie bloga Niezaradnej, to - do cholery - na co czekacie? Niezaradna strasznie długo mocowała się z zamocowaniem tej tam wtyczki na prawo.

     Teraz idzie mocować się z dniem. Wam też życzy powodzenia!


PS. Pamiętajcie! PREZENTY!


Odrobina luksusu dla gołodupnych jogurtożerców

    Co jeśli człowiek nie może za siebie? Bo miał w poprzednim życiu luksusowe nawyki, dajmy na to. I ta zagrzebana natura hedonisty wyłazi pod wpływem bodźca. Co począć? Co zrobić?

    Rękodzieło sobie zrobić trzeba*. Luksusowe.

    Wierni Czytelnicy pamiętają, że Niezaradna czas jakiś temu pobyła sobie w szpitalu. Parę dni tylko. Starczyło. Odwieczna kwestia nędzy szpitalnego żarcia tym razem jej nie dotyczyła, ale odwiedzającym naprawdę ciężko było to wytłumaczyć. Symbolicznie zawsze coś przynieśli. I tak Niezaradną zainfekowaną wirusem luksusu, a że nosicielką była od zarania, rozprzestrzenił się po organizmie hulaszczo. Rujnując wątłe zasoby gotówki rodzinnej.

    Niezaradna wróciła do jogurtomanii.

    Ale nie starczył jej jogurt naturalny, do którego w biedzie nawykła, o nie. Niezaradna, zakosztowawszy w szpitalu jogurów z cyklu siedem ziaren na krzyż plus barwnik i aromat, weszła w nie z zachłannością godną lepszej sprawy. I zaczęła pochłaniać. I nabywać podczas zakupów. To tu, to tam - bo okazja-srazja. I inne takie ściemy. Żadna okazja, nawet jeżeli o złotówkę taniej (niecałą!), to o pozostałe 2 za dużo na budżet domowy gołodupnych.

    Basta! Dziś Niezaradna zrobiła podejście numer jeden. Pogodziła się z faktem, że otrzymanego raz kiedyś dzbanka Tupperware nie przekaże nikomu w prezencie, bo jej samej wydał się zbytkowny i zbędny dla chujowego gospodarowania domostwem. Szacun jednej mądrej, co darowała dzbanek! Jak zwykle była bardziej dalekowzroczna, niż Niezaradna.

    Dzbanek wygląda o tak:




   Niezaradna sypnęła w niego suszone śliwki, które zmumifikowały się a nie spleśniały przez rok leżakowania w szafie. Garść. Lunęła wrzątkiem. I zamknęła na długo. Podobno w dzbanku tym można i na 15 minut i kompot będzie, ale pośpiechu nie było, a śliwki miały uwarunkowania szczególne.

   Wieczorem Niezaradna wyjęła jogurt Tola z Biedronki. O ten:




  Pokroiła rozmiękłe śliwki drobniutko, wbrew pozorom szybko jej poszło. Popiła sobie wody ze śliwek. Pychota. Tak, Niezaradna bywa dziwna.

   Zmieszała z jogurtem, nieco śliwkowej wody też tam kapnęła.

   I sypnęła, co miała. A miała płatki owsiane, żytnie i resztki jakiegoś musli.

   Odczekała.

   I pożarła.

   Jutro Niezaradna ma zamiar obok hodowli zakwasu założyć sobie w lodówce hodowlę jogurtu domowego. Śliwki suszone nabyć. Potem eksperymentować dalej, z innymi owocami.

   Kasy nadal bowiem nie ma. Ale apetyt na luksus pozostał.




.........................................................................................................................................................

* dobra, bez ściemy - nim Niezaradna wpadła na genialną myśl z jogurtem samoróbką, żarła przez prawie miesiąc luksusy. I to chemiczne, gówniane luskusy. Kurwa, wstyd.

poniedziałek, 5 maja 2014

I bezrobocie bywa w cenie

    Debiutanci wyruszyli bladym świtem, dnia 3 maja.

    Niezaradna i Jeszcze Mąż debiutowali w roli świadków na ślubie swych przyjaciół. Razem, jako para.

    Dwójka debiutowała w roli wnucząt pozostawionych na czas dłuższy u dziadków. Razem, jako para.

     Debiutowała też Honda z Niezaradną za kierownicą w roli zdobywczyń Wielkiego Miasta, do którego dowiozły Jeszcze Męża, prezenty i szykowne stroje. Telegramu dla Pary Młodej nie dowieziono, bo zapomniano o nim. Honda i Niezaradna też debiutowały razem, jako para.

     Solowo Niezaradna debiutowała jako gapowaty drużba na weselu. Popełniający gafy, serwujący sprośne dowcipy i wzruszający do łez. No, przynajmniej siebie. Niezaradna debiutowała solowo.

     Solowo odbył się też debiut Niezaradnej jako podejrzanej. Nim zielona Honda opuściła granice Dziury, została zatrzymana przez przedstawicieli prawa, znanych jako drogówka.

     - A co pani taka wystraszona? - padło na wstępie.

     Przedstawiciel prawa nie mógł wiedzieć, że 2 minuty wcześniej kierująca zieloną Hondą Niezaradna odbyła burzliwą wymianę zdań z Jeszcze Mężem, który przewidywał rychłe kłopoty w związku z postępkami żony, pędzącej przez wymarłe miasto w tempie nieprzepisowym i popełniającej szereg jeszcze jakichś tam wykroczeń, bardziej i mniej wyimaginowanych.

    - Spokojnie, nie mieliśmy radaru - usłyszała Niezaradna i kamień spadł jej z łoskotem z serca - to rutynowa kontrola. Dokumenty poproszę.

     Kamień pokonał siły grawitacji i z powrotem łomotnął w serce Niezaradnej. Dokumenty. Może... nie zauważą?

    - Ale ma pani nieważny dowód rejestracyjny - rozległo się po chwili kontemplacji dokumentów - badanie techniczne ma pani zrobione?  
     - Tak, mam... - gorliwie zapewniła Niezaradna - ważne do września.
     - Ma pani dokument?
     - ???
     - Skoro nie podbili, bo nie mieli gdzie, to pewnie dali pani zaświadczenie... Ma pani?
     
     Niezaradna z namiętnością odwrotnie proporcjonalną do wiary w cud zaczęła przeszukiwać portfel. Wysłuchując oświadczenia, że brak aktualnych dokumentów powoduje odpowiedzialność karną, kwalifikującą się na mandat. I wysypując z portfela obfitość kart lojalnościowych, pamiątek oraz obrazków z przedszkola ilustrujących poznawane przez Dwójkę słówka angielskie. Mignęła też karta rejestracyjna z PUP-u. ("Nie wyrzucaj karty bezrobotnego - głosił trzeźwy racjonalista, Jeszcze Mąż - zostaw na szczęście! Ja nie wyrzuciłem i już nigdy nie zostałem bez pracy".)

     - Pani pracuje? - zagadnął Niezaradną stróż prawa.
     - Eee... na dobrą sprawę to jestem bezrobotna - wybąkała Niezaradna - ale mąż pracuje...
     - Pani poczeka w wozie - stróż prawa oddalił się i wsiadł do swego wozu. Na jakieś koszmarne 15 minut, podczas których:

  • Niezaradna musiała wysłuchać wyrzutów Jeszcze Męża
  • Niezaradna i Jeszcze Mąż pokłócili się
  • Niezaradna i Jeszcze Mąż zapadli w milczenie
  • Niezaradnej zostało wybaczone, aczkolwiek nie zapomniane
  • wszyscy musieli wysłuchać jęków Gburki: czemu stoimy? Ja nie chcę spać na ulicy!  (cytat z Basi, część "Basia i podróż"))

    Po upływie owych 15 minut przedstawiciel prawa doszedł do zielonej Hondy, pochylił się i oświadczył:

    - Zadzwoniliśmy, sprawdziliśmy w bazie. Ma pani badanie techniczne ważne do 18 września. Zwracam pani dowód rejestracyjny, przy następnym zatrzymaniu zostanie odebrany, jeżeli nie wymieni go pani. 

    I kazał jechać. 

    Szczęka Niezaradnej tylko dlatego nie zwisła do podłogi, że właścicielka była zbyt zestresowana i gryzła namiętnie usta. 

    Dzisiejszy poranek i południe Niezaradna spędziła w urzędzie komunikacji miasta Dziury. Rzecz jasna, znów nie miała przy sobie zaświadczenia o badaniu technicznym. Świadomość tego niewesoła towarzyszyła jej podczas ostatniej godziny czekania aż wywołają jej numerek. Wtedy, gdy już padła bateria w komórce i nie można było przeglądać fejsa. A wszystkie foldery reklamowe promujące Dziurę przejrzane zostały kilkakrotnie. 

    Opłata skarbowa wyniosła 73,50. Plus 8 zł prowizji, bo opłatę można uiścić tylko w mieszczącym się w urzędzie oddziale PKO, który jest z bankiem Niezaradnej niekompatybilny. A nie miała ona na podorędziu tyle gotówki. Na konto zdążył jej przelać kasę JeszczeMąż i mogła kartą zapłacić. Z prowizją. Kurwa. 

    Ile wynosi mandat za brak ważnych dokumentów wozu? Za dużo. Na pewno za dużo. 

    JeszczeMąż miał jednak ileś racji. Karta bezrobotnego przynosi szczęście. I pal licho, co jest jego przyczyną. 



sobota, 3 maja 2014

3 maja - czas debiutów

    W związku z tym, że nadszedł 3 maja, Niezaradna i JeszczeMąż zrobią coś razem po raz pierwszy.

    Trzeba będzie rano wstać.

    Zatem dziś na tyle notki sporządzonej w celu wyżebrania życzeń powodzenia. No i nieco dla lansu.



   

piątek, 2 maja 2014

Niech się święci... cokolwiek


     Jak Niezaradna znalazła na netach w zeszłym tygodniu taki njusik jeden, to ją urzekł. I postanowiła go sprzedać Wam, Czytelnicy, na okazję Święta Pracy, dnia modlitw w intencji bezrobotnych, Józefa robotnika-rzemieślnika i co tam jeszcze przypisano na dzień 1 maja. 

     W naszym najlepszym z możliwych światów człowiek może się uchachać w miejscach, gdzie by tego zupełnie nie oczekiwał. Np. przy okazji ważkich decyzji rządowych. 

     O, takich:  Rząd PO wydał 49 mln zł na internetowy portal dla bezdomnych. Dzięki niemu osoby w trudnej sytuacji życiowej nie muszą odwiedzać osobiście MOPSów i GOPSów. Wystarczy, że...

- mają komputer / laptopa / tablet / smartphona
- mają dostęp do internetu
- mają bezpieczny profil w serwisie e-PUAP 
- bądź dysponują kosztownym podpisem elektronicznym.

Bezdomni spełniający w/w warunki mogą za pośrednictwem portalu wysyłać wnioski o zasiłki za pomocą paru kliknięć. Prawda, że genialna inwestycja?

Tym bardziej dziwne, że przez pierwsze 4 miesiące działania, z serwisu http://empatia.mpips.gov.pl/ skorzystało zaledwie kilkadziesiąt osób. Strasznie konserwatywna ta polska bieda. Widać, bezdomni wolą wizyty w urzędzie...


    
                                                                                                                           

       Jeżeli sprawy tak się mają w przypadku bezdomnych, Niezaradna żywi nadzieję, że po wyposażeniu ich w sprzęt niezbędny do korzystania z pomocy, zadba się i o bezrobotnych. Jest pełna dobrych przeczuć!

       Już nie czeka na cuda, a na decyzje rządu.

       W związku z powyższym, Święto Pracy, w którym planowała wiele, uczciła rzetelną celebracją bezrobocia.

        Nie zrealizowała żadnych planów związanych z nabywaniem kasy.

        Nie wywiązała się ze zobowiązań.

        Celebrowała... życie, pogodę lepszą niż być miała. I życie. I święty spokój.

        Wieczorem pełna wyrzutów sumienia przeanalizowała ważkie kwestie. Metodami naukowymi. Wyszło jej, że jest 14 lat młodsza niż jest. I głupia emocjonalnie jak but. Nawet net był zdruzgotany i powiedział: Ups!

        Wy też się dobrze bawcie. I koniecznie dzielcie się wynikami!

        Na dziś tyle. 2 maja. Czas popracować?

       

       

       

czwartek, 1 maja 2014

Niezaradna Wielkanoc


    Zróbmy to dziś. Niezaradna jest po zarwaniu paru nocy poprzednich tak padnięta, że nie ma siły na robotę. Poza wklejeniem pięciu fałszywie pozytywnych komentów pod pewnym filmikiem na youtube. I jednego na bangli. Nie wierzcie netom!

    Dziś ni z gruszki, ni z pietruszki Niezaradna opowie Wam o tym, jak się przygotowywała do świąt wielkanocnych. Obiecała przecież, a słowo Niezaradnej nie dym.

    Na miarę swej wydolności finansowej i chujowatościpaniodomowej przygotowywała.

    Z racji, że jak drodzy Czytelnicy wiedzą, były to najbardziej dupne z dupnych świąt w życiu Niezaradnej (i oby dzierżyły palmę zwycięstwa w tej kategorii po wsze czasy!) - z radością donosi się, że za bardzo to się nie nadwyrężyła.

    Po pierwsze święta ją zaskoczyły. Zaprzątnięta różnymi dramatycznymi sprawami zdrowotnymi, którymi już tu Was zanudzano, zapomniała, że kalendarz to już. On pędzi.

    Po drugie, wywodzi się z domu, gdzie było tak:



     Zatem sama ma inaczej. I bardziej skupia się na tym, by czuło się w spokoju, że ma przyjść piękny czas bycia razem. Więc raczej poczyniła działania kreujące chaos, czyli zachęciła Dwójkę do tworzenia.

    Likwidacje sklepów - niech żyją (w centrum Dziury niebawem zaczną wyć kojoty i hordy dzikich kotów będą mordować przekradających się śmiałków - sorry, taki mamy klimat dziurowy)! JeszczeMąż w plajtującym sklepie zabawkowym kupił szereg bzdetek, na które nigdy nie było pieniędzy. I tak farbami akrylowymi Dwójka mogła pomalować kurczaczki-cudaczki.






     Efektów finalnych nie publikuje się z uwagi na Czytelników o słabszej konstrukcji nerwowej na tle estetycznym. Wiedzcie jednak, że JeszczeMąż po zapodaniu mu na ogląd dzieł sztuki nurtu naiwnego, miał problem ze zorientowaniem się, co właściwie ogląda. I trwało to czas jakiś.

     Dwójka, zainspirowana przez pełną poczucia obowiązku raczej niż ducha Niezaradną (takoś siakoś jakoś wyszło, no), stworzyła cuda na jajach styropianowych. Przepis na ich dekorację Niezaradna zerżnęła z sieci, w przyszłym roku opatentuje go jako swój (jeżeli do przyszłego roku bieda i rozczarowania uczynią ją skrajnie cyniczną). Syf po uskutecznianiu pisanek naprawdę niebanalnych Niezaradna sprzątała przez 3 godziny i uznała tym, że odwaliła kawał dobrego sprzątania, jeżeli nie dla Jezusa, to dla równowagi rodzinnej.

     Potem, by uczynić zadość świętym tradycjom, Niezaradna tworzyła ciasto. Jedno stosowne, drugie niestosowne. Stosowny, acz kosztowny, był mazurek. Teoretycznie niestosowne, ale według norm Niezaradnej na miejscu, było ciasto nr 2. Inspiracja została znaleziona tu. Niezaradna stwierdziła, że jeżeli nie ma się kasy, dobrze jest zrobić ciasto z resztek, po bożemu nie marnować chleba.

     Niezgodnie z tradycjami, ciasta poniosły druzgoczącą klęskę i nie znalazły uznania w oczach pana domu. To w tym fakcie zresztą Niezaradna upatruje lwiej przyczyny dupności tych świąt. Gender genderem, ale faktem jest, że mężczyzna pozbawiony deseru bywa dokuczliwszy niż komar zbłąkany na bezludziu. JeszczeMąż nie tylko nie jest tu wyjątkiem. On jest egzemplarzem z Sevres, co dobitnie w te święta okazał.

     Czy Niezaradna nie poleca Wam tych ciast? Mazurek był smaczny, ale jego warstwa spodnia nie stanowiła fundamentu dla reszty. Pewnie można znaleźć lepsze przepisy. Co do ciasta z chleba - wbrew okrzykom JeszczeMęża, że "ohyda, paskudztwo, kretyńskie i bleeeee", Niezaradna orzeka: specyfikę swą ono ma. Ale zjeść je można bez problemu, co też Niezaradna czynić będzie przez rok cały, sięgając po kolejne kawałki bawiące z wizytą w mroźnych rejonach zamrażarki.

     Klimat z zamrażarki rozgościł się na znakomitą część świąt u Niezaradnej i JeszczeMęża, jak już wiecie. I tylko Dwójka wczuwała się z entuzjazmem w ducha Wielkiej Nocy przy lekturze "Dziejów biblijnych", zasypując Niezaradną szeregiem pytań i ostawiając performensy na temat przez czas jakiś.

     Z elementów tradycyjnych, w stosownym momencie pojawiły się jeszcze koszyczki, po sztuce na każde z Dwójki. W koszyczku Gburki rezydował kultowy baranek z masła, dzieło dłuta matki Niezaradnej, kwintesencja tego, co tworzą na święta Perfekcyjne Panie Domu. Reszta wyposażenia koszyczków designersko i jakościowo podpadała już pod kategorię chujowatą, niemniej wzbudziła nie mniejszy aplauz niż baran.



    Z dekoracji świątecznych spowodowano zaowocowanie kwiatów biedoodpornych jajami i innymi takimi.



    I tu chyba przygotowaniom nastąpił kres.

    W chacie panował znakomity burdel codzienny. Obżarstwu dano upust niezmiernie ekonomicznie: goszcząc się raz u jednych dziadków, raz u drugich. Uskutecznianie czegokolwiek jeszcze jedzeniowego poza jajami i kiełbą swięconkową byłoby idiotyzmem albo świadomym aktem marnotrawstwa.

    Ponieważ zarówno u matki Niezaradnej, jak i u matki JeszczeMęża, finalnym efektem wszelkich świąt jest coś w tym stylu:





    ... Niezaradna pogodziła się z nieuchronnością faktu rozmrożenia zamrażarki, bo nie szło jej domknąć nawet z kolana. Rzecz uskuteczniła, pokłady żarcia pochowała. Teraz się pochłania w spokoju.

     A akcja "sprzątanie" uskuteczniona jest w zrywach po świętach.

     Wzorcowo. O, tak:

   


     A więcej szczegółów o tym, jak się sprząta, gdy się jest gołodupnym - innym razem.

     Czas spocząć, by uczcić dzień modlitw w intencji bezrobotnych godziwie. Jakoś tak od południa się zacznie.