poniedziałek, 30 czerwca 2014

Niepostrzeżenie...

    Niepostrzeżenie tak, podczas grypy, znienacka, spadła na Niezaradną rozmowa kwalifikacyjna.

    Niezaradna niczego takiego nie planowała. Nie starała się, nie aplikowała.

    W nocy SMS: firma LiderSlider poszukuje lektorów, psychologów, pedagogów, logów, istów, estów, yków. Zainteresowanych prosimy o mail pod adresem asemadase@liderslider.pl...

    Niezaradna wykrzywiła się swym najbardziej sardonicznym z uśmieszków.

    Bo do LiderSlider aplikowała 6 lat wcześniej. I została przyjęta. W związku z tym doniosłym faktem musiała odbyć płatne szkolenie, w mieście na tyle odległym, by stanowiło to obciążenie finansowe. Firma LiderSlider nie zwracała bowiem ani kosztów podróży ani noclegu. Niezaradna odbyła, właśnie miała kończyć jedno ze swych rozlicznych zastępstw i nie było nic nowego. A jeszcze nie wiedziała, że zostanie królową spamu w sieci. W ogóle jeszcze wtedy mało co wiedziała.

     Szkolenie było upierdliwe, ale nie tak bardzo jak ruszenie w miasto w charakterze naganiacza do wrót LiderSlider. Bo to było pierwsze polecenie służbowe, które Niezaradna otrzymała.

     Kolejnych nie było, bo jednak Niezaradna nie została zaproszona do dalszej współpracy. Choć, jak klarowano jej wytrwale na szkoleniu, posiadła wiedzę magiczną tak wielkiej wagi, iż konkurencja czyha na nią z wywieszonym ozorem i ostrząc pazury. I LiderSlider wyszlifowanych wiedzą tą klejnotów z rąk swych nie wypuszcza.

      Niezaradna, upuszczony w otchłań klejnot, nie poszła do mitycznej konkurencji, jeżeli takowa istniała. Bo zorientowała się w pięknych okolicznościach przyrody, że ma już w sobie Gburkę. I resztę poza tym zaczęła mieć w dupie.

      A tu po 6 latach - Lider Slider. SMS. Po nocy.

     Ciekawość rodzi zabawę. Rozmowę kwalifikacyjną z pakietem happeningu. Dlatego Niezaradna poszła.

     Rozmowa z pełnym pakietem szczerości to nie lada gratka.

    - Pani lubi dzieci?
    - Nie wszystkie, proszę pana.
    - To niedobrze, niedobrze. My szukamy tych, co lubią dzieci.
    - Chciałby pan ściemy?
    - ... to jakich dzieci pani nie lubi?...
    - Zależnie od indywidualnych przypadków. Chciałby pan posłuchać?
    - Hmmm... Pani słyszała o naszych metodach?
    - A tak, proszę pana, bardzo dobrze.
    - A skąd?
    - Państwo raz już mnie zatrudnili.
    - ???....
    - Tak, 6 lat temu. I kurs u państwa odbyłam. Do LiderSrajsCentre pojechałam. A potem na polecenie państwa agitowałam...
     - ....
     - Na jakich warunkach teraz państwo zatrudniają? Trzeba zrobić kurs?
     - Tak... Ale przez tydzień już, nie przez weekend.
     - Na koszt własny?
     - Tak.
     - Ile? 1200 złotych?...
     - Tak, no ale wie pani, to jest inwestycja...
     - Taaaa...
     - Tak, tak... tak... my wiemy, że pani miała niezbyt dobre doświadczenie... wiemy... yyyy... taaak... Ale naprawdę, naprawdę, srata tata tata, tadadam!


     Bajeczne. Człowiekowi podczas grypy jakaś rozrywka się należy.

     Nie wdeptujcie w lidersrajsy. Mogą Wam nie wysłać potem SMS-a przez pomyłkę i pozostanie Wam tylko zgrzytanie zębów, a to zbyt kosztowna rozrywka.

    Mogą plomby w cholerę pójść. I kto Wam zwróci.





sobota, 28 czerwca 2014

Niezaradna i robocza mimikra

     Niezaradna ostatnio naprawdę sporo pisze. Lepsze, gorsze, autorskie, wtórne, wszystko. Stuka non stop.

     Po Amsterdamie już Was mogłaby oprowadzać. Nieważne, że była tam raz w życiu przez chwilę, którą zajęło przegnanie po Rijksmuseum a następnie wyczekiwanie na jakimś cholernie zimnym placu aż ta lepsza część wycieczki zwiedzi jeszcze Muzeum Van Gogha. Zapamiętała za to mijanie kanałów z barkami. Teraz o kanałach może opowiedzieć Wam wszystko. Chcecie kupić najtaniej rower? Niezaradna zdradzi Wam, gdzie jest lewe takie miejsce. Kupicie tanio i z emocjami, licząc na naloty policji raz po raz, jeżeli lubicie dreszczyk. Od paru tygodni Niezaradna zna Amsterdam wręcz na wskroś. Teoretycznie przynajmniej.

     Garść ciekawostek na temat Węgier? Włoch? Hiszpanii? Tylko pospieszcie się, za moment z głowy Niezaradnej wyleci pamięć o hurtowo produkowanych tekstach i zajmie ją wiedza na temat chorób.

    Choroby...

    choroby...

    choroby...

    Przyczyny. Objawy. Rozpoznanie. Leczenie.

    Co tekst Niezaradna się wzdraga, Ale nieuchronnie dociera do niej.

    To...

    To już...

    To już to.

    Starość. Cholesterol. Nieubłagane. Fakt. Nogi są ociężałe i bolą. Objaw. Rozpoznanie. Miażdżyca? To już.

    To dlatego. W poniedziałek. Dzień Ojca. Nogi cały dzień w gówniarskich kwiatkowych trampkach zdradzają prawdę: papucie ci miękkie, starucho, a nie kwiatkowe trampki. Minął twój czas.

    We wtorek ciężkie człapanie po schodach. Kurwa, bolą, jak bolą te nogi. Dobrze, że nie w jednym miejscu, bo można by się bać podagry. Ale nie, to nie pasuje do Niezaradnej, za mało tłustego mięsa w diecie.

  Środa. Źle. Bardzo źle. Za nagłe na atak starości. Za bolesne. Kurwa... jakby grypa?

  Grypa.

  Grypa do potęgi n-tej.

  Ufff...

  Teraz już tylko leżeć i trząść się pod tym kocem.




 

środa, 25 czerwca 2014

Niestosowność

   Jeżeli JeszczeMąż powrócił tuż przed północą z koncertu Ghosta, Slayera, Iron Maiden... to chyba nie jest wzmianka na forum o ubóstwie.

   Jeżeli Niezaradna zarywa godziny na pierdołach, zamiast stukać dla kasy, to chyba też będzie razić.

   Jeżeli Dwójka zaczyna kolekcjonować książeczki full wypas, bo matka je zgarnia do domu kiściami, to też coś nie styka.

    I co teraz? Co począć?

    A teraz bez ściemy.

    Na koncert JeszczeMąż odkładał od lutego.

    Książeczki są za recki. Dobry sposób pisać za takie bartery.

    Na marnotrawienie czasu przez Niezaradną wytłumaczenia brak. Wstyd i tyle.

    Czasu też brak. Jest 3:08.

    Pora na pisanie niestosowna, gdy się wstaje o 6.30.  Ogólnie - wstyd te ostatnie notki. Cóż rzec.






 



poniedziałek, 23 czerwca 2014

Taki stan...

   Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda...

   Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda...

   Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda..

    Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda..

    Czas zmarnowany na pierdoły... Czas zmarnowany na pierdoły...

    Czas zmarnowany na pierdoły... Czas zmarnowany na pierdoły...

    Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda...

    Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda...

    Weekend. Tanie rozrywki. Tak se.

    Kurwa, kiedy napisać coś na blogu?

    Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda...

    Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda...

    Praca, praca, praca, praca. nuda, nuda, nuda, nuda...

    To się ułoży, to się na pewno ułoży!

    Na dniach, na dniach, na dniach...

    Na razie to jest ciągle jednak dziennik ze stanu biedy...

    Spać. Spać. Spać.


 

piątek, 20 czerwca 2014

Skutki uboczne

   Skutki uboczne bogacenia się są takie, że ma się mniej czasu, bo się pracuje.

   Skutki uboczne angażowania się w życie netowe, są takie, że real skrzeczy.

   A skutki uboczne założenia "Dziennika ze stanu biedy" są takie, że:

  • trafia lektura na kogoś wrażliwego
  • ten ktoś wrażliwy, jest cholernie wytrwały w dążeniach

   Na efekty długo nie trzeba czekać:





     Droga Osobo, która przysłałaś paczkę z darami dla Dwójki. 

     Nawet nie wiesz, jak wiele Niezaradna Ci zawdzięcza. Nie było w domu kolorowanek? Były. Nie było czegoś do lepienia? Było. 

     Ale nie było TYCH kolorowanek. Z TYMI naklejkami. I piankoliny dotąd Świr nie znał.

     Tymczasem Gburka kocha kolorowanki. Za naklejkami szaleje. Chyba widać. 

     Świr uwielbia lepić i ugniatać. Piankolina go zauroczyła bez reszty. Chyba widać. 

     Niezaradna, przyciągnąwszy do domu zgrzaną i zmęczoną po wędrówce w upale do dwóch urzędów Dwójkę, mogła zdławić rodzące się już w trzewiach ryki i mendzenia, bombardując paczką-niespodzianką. 

     Jak była szczęśliwa z zawieszenia stanu krytycznego na czas nieokreślony? 

     Tego nie da się załączyć na żadnym obrazku. 

     Jak była wzruszona faktem nadejścia tej paczki?

     Tego nie da się załączyć na żadnym obrazku. 

     Jak chciałaby wyperswadować wszelkim wrażliwcom podobne pomysły?

     Tego się nie da wyrazić żadnymi słowami. 

     Zwłaszcza w tygodniu, w którym Niezaradną dotknęły boleśnie dwa pierwsze z wymienionych na wstępie skutków ubocznych. 

     Trzeci skutek uboczny był ciepły jak dzień, w którym przyszła paczka dla biedoodpornej Dwójki. 

     Ubóstwo ma swe jasne strony. Zawsze miło je odkrywać. Zwłaszcza, jeżeli to Ludzie. 

     



niedziela, 15 czerwca 2014

Wpis błyskawiczny, ekonomiczny

    Co zostaje po jelitówce?

    Miłe wrażenie bycia takim lekkim jakimś.
    - Nadrabia się! Niedługo ustąpi.

    To:



    Bo przecież, jak się długo rzyga, to się nie je, a potem się je lekko, bułeczki. A jak tak naprawdę nie ma się apetytu na te bułeczki, to zostaje masa czerstwych bułeczek i innego lekkiego, byle jakiego, kupnego pieczywa. Jak Niezaradna piecze sama - widoków powyżej brak. 

   Co z tym zrobić. różne możliwości. Niezaradna jutro będzie dziergać to konkretnie

   A poza tym? Mrówczy ile się da. Obijała się dwa i pół wieczoru, straty są niepowetowane. 

   Na nocne loty czasu brak. Przyczepka zatem MUSI być!!!


   No dobra. 

   To Niezaradnej odzyskiwanie do statusu potraw jadalnych starych bułek i chleba, wyszło ciut mniej spektakularnie niż na obrazku w linkowanym blogu. Ale pyszne było, bo jak widać - w szybkim tempie nie można było strzelić foty pełnej miski.

   Przypalenie? To Niezaradna jest, nie blogerka kulinarna. Zaczytała się, no. 



  

   

piątek, 13 czerwca 2014

Taki niefart...

   Wpisu dziś nie będzie. (Napisała Niezaradna wczoraj)

   Broń biologiczna pokonuje nawet boginie. Tak, że rzygają dalej niż widzą, czule tuląc porcelanę.

   (I to koniec zapisku z wczoraj.)

    Okazało się, że nie da się siedzieć, zatem Niezaradna odpadła od kompa w tempie szybkim, jak nigdy wcześniej.
 
    Trzeba leżeć. Najchętniej na płytkach przy kiblu.
 
    Jakby Niezaradna była singlem jak za dawnych lat, leżałaby sobie całą noc w kiblu. I dzień kolejny w łóżeczku. Ale ma się tę rodzinę. Chorą rodzinę.

    Idzie to tak: wraca Bogini z nocnego lotu, bierze kąpiel, popełnia wpis, bo nie będzie się drzeć po nocy, że jest szczęśliwa, w końcu jest zrównoważona społecznie, potem wywleka JeszczeMęża na balkon, bo boginie nie kochają się przecież pod zakurzonym sufitem.

    Potem siada i przez godzinę markuje pracę, potem się zbiera do spania, jeszcze przez godzinę doczytując smęt o Beksińskich.

     Świr marudzi. Woła raz. Drugi. Trzeci. Za czwartym powód już jest absolutnie jasny. I noc bogini mija na sprzątaniu rzygów, utulaniu znękanego malucha, wymianie mrocznych spojrzeń ze swoim EksbalkonowymKochankiem, gdy nie uda się złapać kolejnego pawia i jest skucha. Ilość pawi jest ciut duża, a pora spóźniona.

    Show pawiowy Świra trwa do południa następnego dnia i następuje cisza na morzu. I trwa łudząco długo, bo aż do popołudnia dnia następnego, kiedy tu puszcza pierwszego pawia Gburka. Od początku wydaje się być dzielna, biorąc pod uwagę fakt, że w pełni intensywnością dorównuje bratu. Gdy jednak Niezaradna puszcza swego pierwszego pawia, uznaje swe dzieci za mistrzów Zen.

    Dobitnych opisów się oszczędzi. O 5 rano jednak Niezaradna bała się, że umrze śmiercią gwałtowną z przyczyny uduszenia lub utopienia w kiblu. Nie umarła. Ustąpiła miejsca JeszczeMężowi, który zaczął rzygać o 6.

     Do godziny 14 z minutami rodzina leżała upozowana malowniczo na wyrze rodzinnym. Wyglądało to tak:



    Trzeba tylko wyobrazić sobie mniejszą tratwę. Ot, tak na cztery osoby.

    Ok. 17 życie zaczęło przypominać życie.

    BILANS EKONOMICZNY:

  • zmarnotrawiony wieczór: zamiast roboty - zgon - na minus
  • nieodbyta wycieczka rodzinna z przedszkolem, na której Niezaradna miała zadebiutować w roli Kawki - ekonomicznie niby na plus, bo podróż miała się odbywać samochodem, ale poza tym...
  • dzień, w którym tylko Świr był w stanie nie przestrzegać diety ścisłej  - na plus
  
    Godzina 21:13. Niezaradna będzie w stanie na zwolnionych obrotach popracować. Ale nocny lot? Nie. 

    Ze zwłok nie da się wykrzesać bogini. 

      

wtorek, 10 czerwca 2014

Nocny lot...

   To nie będzie o literaturze.

   To nie będzie o niczym konkretnym, nawet jeśli miało być.

   To będzie o tym, że pewne rzeczy się nie zmieniają.

   Nie zmieniły tego lata.

   Nie zmieniły tego doświadczenia.

   Nie zmieniły tego nawet kilogramy...

   I jeżeli gdzieś, gdzieś tam głęboko w Niezaradnej, siedzi jakaś wewnętrzna bogini

   ... jak w bohaterce książki o pewnym Greyu...

    to gdy Niezaradna wsiada na rower -

   ta bogini wyłazi na zewnątrz.

   Z braku bardziej ponętnego ciała,

   pakuje się wprost w Niezaradną.

   I Niezaradna, sama Niezaradna, staje się Nią.

   Boginią.

   I ta bogini

   Ma taką moc swą boską,

   że może lecieć.

   I wszystko może. W ogóle.

   I gdy powraca,

   i z żalem rzuca swojego rumaka,

   to szepcze mu cicho do ucha:

   Niedługo znów polecimy.

   I gdy Niezaradną opuszcza,

   i wraca do siebie już Niezaradna,

   to jeszcze trochę bogini w niej jest...

   I może wszystko!

   Nawet napisać wpis,

   co brzmi jak ten bełkot nieco szalony,

   a znaczy tyle,

   że Niezaradna właśnie wróciła z nocnego lotu

   na swym rowerze

   i wie już na pewno,

  na pewno to wie,

  że ciało nawet

  po sześciu latach,

  po dwóch porodach,

  po kilogramach,

  na noc zżeranych,

  po wielu nocach

  nad pisaniem zarwanych -

  CIAŁO NIE ZAPOMINA

  nic nie zapomina

  i w Niezaradnej

  wciąż ta dzika, dawna dziewczyna

  JESZCZE JEST!






... i teraz pójdzie wypróbować, jak to działa na mężczyzn... 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Wiedzcie, że coś się dzieje...

   Nie dajmy się zwariować przy sobocie. Nie dajmy się zwariować przy niedzieli. Wariujemy dopiero w poniedziałek, kurwa, no trzeba wstać.

    Póki co - sobota. Niezaradna siada wreszcie, jest przed 16-tą. Oznacza to, że cały czas wcześniej, czyli od godziny 10.45, gdy się dźwignęła, była na nogach i działała. Czyli po bożemu, sobotnio. A fuj.

    Ale oto siada, odpala kompa i pierwszym co widzi, jest to:


 oraz to:



     I choć zwykle Niezaradnej świetnie się udaje w punkt oddać ideę powyższych obrazków, od piątku na całej linii daje ciała.

    Zaprzecza to posiadanej przez nią legitymacji Chujowej Pani Domu.

    Zaprzecza to niezaradności Niezaradnej.

    Zaprzecza to całej jej gnuśnej naturze i ideologii tumiwisizmu.

    Niezaradna doprowadza znane Wam półki do porządku. Jako takiego, ale to i tak przełom. Niezaradna doprowadza do porządku całe mieszkanie, z pokojem Dwójki na czele. Niezaradna odgruzowuje garderobę. Niezaradna przeprowadza wykopaliska odkrywkowe na zawalonym jeszcze zimowymi gadżetami wieszaku w przedpokoju. Niezaradna pucuje podłogę na błysk!

    Mieszkanie wygląda jak Niezaradnej. Niezaradna jest skonana. I przerażona tym, w obliczu czego staje nieuchronnie.

    Niezaradna zaprezentowała Wam w formie wręcz podręcznikowej syndrom zwany prokrastynacją, a mówiąc po ludzku: rozpaczliwymi czynnościami odwlekającymi meritum.

    Meritum wiąże się z tym, że Niezaradna porzuciła złudzenia.

    Porzucone złudzenia wyglądają tak:

                              
 
    Spakowane porzucone złudzenia zapewne zagracać będą salon tak długo, nim Niezaradna nie zdobędzie się na takie lub inne pozbycie się ich (łudząc się, że będzie to związane z jakąś gotówką, nawet znikomą - dla Niezaradnej ciągle jeszcze nie ma sum znikomych).

   Skoro złudzeń pozbywa się Niezaradna po dwóch latach przygotowań, należy się zająć twardą rzeczywistością.

   Twarda rzeczywistość wygląda tak:




   Niezaradna jeszcze się broni. Jeszcze udaje, że nie jest z szeregu. Ale skoro pojęła coś takiego i stworzyła na ten temat tekst, nie miejcie złudzeń - wiedzcie, że coś się dzieje.

   Niezaradna za moment nie będzie niezaradna. Będzie mrówką szeregową. Każdy moment bez klepania za kasę będzie straconym momentem.

  Ale jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze nie.

  Nawet jeżeli kosztuje to sprzątnięcie całego mieszkania, łącznie z miejscami ukrytymi przez wzrokiem postronnych.

 

piątek, 6 czerwca 2014

Szanse na ponadprzeciętność maleją

   Panie i Panowie.

   Dzieje się w żywocie Niezaradnej tak, że sypie jej się na łeb zaległa robota. Zaległa od jakichś piętnastu minut, bo co kończy jedną, to zaraz okazuje się, że wyskakuje pięć następnych.

   W sumie lepiej być nie może. W sumie z racji, że przesunął się w czasie jeden pewniak na nielichy zarobek w intencji wiadomej przyczepki, mrówczym sposobem Niezaradna dąży do niej inną wytrwałą drogą.

   Mrówka. Kurwa, to nie brzmi dumnie. A jednak pasuje. I to nie tylko dlatego, że Niezaradną ciągnie do słodkiego w dziesięciu wypadkach na dziesięć.

   Życie mrówki wzniosłe nie jest, dzieła mrówki nikogo nie zatrzymują w pędzie.

   O mrówce - uffff! - nikt biografii nie napisze.

   Mrówki, jak Niezaradna, lubią się nurzać w cudzych żywotach motylich.

   Motyle są efektowne. One nie pełzną, one lecą. I żywot barwniejszy motyli jest. Motyle żyją krótko, ale tak, że się nie da ich przeoczyć.

   I w dupie mają robotę motyle, rzecz jasna. A jeżeli to robota - to jak nie robota. Bo to Dzieła.

   Tym przydługawym wstępem Niezaradna zmierza do tego, że dobrała się do książki, którą sama zakupiła JeszczeMężowi na niestosowną okoliczność szpitalną.

   Beksińscy. Może za moment, za sto stron, będą już mieli pieniądze. Póki co jest poniżej poziomu Niezaradnej, a to znaczy bardzo źle. Zdzisław nie pije mleka, nie je masła, rezygnuje z wędlin i nawet kawy marago, bez której nie umiał żyć. - czyta Niezaradna - Owoce i warzywa mają z ogrodu, Zofia szyje ubrania i na drutach dzierga swetry dla całej rodziny, a że jest samoukiem, bardzo mozolnie jej idzie. Pomagają przyjaciele, a że są dobrzy, jak ci Niezaradnej, stosują rozmaite sztuczki, by kamuflować dobroczynność.

   Jakiś czas temu Niezaradna czytała o Jaraczu. Największy geniusz sceny teatralnej przed II wojną raz okradł przechodnia. Z głodu. Napadli go z kolegą, ukradli zegarek i następnego dnia wręczyli oszołomionemu gościowi kwit do lombardu. Niedługo potem, wraz z tym samym kumplem, Jaracz utracił wynajmowany pokój. Właścicielka zatrzymała sobie w ramach rekompensaty za zaległy czynsz pościel i ubrania. Jaracz nie został goły i mało wesoły tylko dzięki temu, że miał dar wymowy. I dobrze z niego skorzystał.

   Bruno Schulz, jak już wiecie, nie miał kasy na nowy tapczan i spał na ruinie.
 
   Reymonta stać na pisanie powieści zaczęło być dopiero wtedy, gdy dostał potężne odszkodowanie od kolei, za udział w wypadku. I tak można by jeszcze wiele tych motylich żywotów przypominać, z Norwidem na czele, piewcą tematu.

   Czy bieda rodzi geniusz? A mrówczy żywot przeciętniactwo?

   Niezaradna zaryzykuje i będzie dalej stukać jak mrówka.

  W mrowisku też da się przeżyć. Pieprzyć ponadprzeciętność, dzieła i wścibskie nosy biografów.

  Mrówki też mają fantazję.

  Nie wierzycie?

 



 

środa, 4 czerwca 2014

Całuski, cukiereczki, ciasteczka... Niezaradna świętuje

      Urodziny konkretnie.

      Świętowała. 1 czerwca.

      Ale za start celebracji można uznać chyba wydobycie roweru z Otchłani.

      Rower.

      Namiętność i raj. Niezaradna widziała kiedyś film kiczowaty pod tym tytułem. Pasuje on dla tego, czym rower był.

       Lata.  Lata całe Niezaradna spędzała w pędzie. I jej rower wcale nie musiał wyglądać tak:



    To był i tak rower-rumak. Nawet jeżeli wyglądał, jak składak Jubilat 2. Czyli tak:




   To był prawdziwie wierny, rączy rumak. Niezaradna przemierzyła z nim wiele pustkowi i zawdzięcza mu najwspanialsze chwile swego smętnego okresu dojrzewania. To na rowerze, gnając przez jakieś odległe Dzikie Pola, była najszczęśliwsza. Jubilat 2 służył długie, długie, wierne lata.

   Gdy została właścicielką tego cuda:



    była już o niebo szczęśliwszym człowiekiem. Ale zwyczaj samotnej włóczęgi rowerowej miała we krwi zapisany już na wieki wieków amen i nawet największe chwile życiowych uniesień nie zmieniły faktu, że zawsze musiała mieć Ten Czas. Święty, rowerowy czas, kilka godzin wyrwanych z rzeczywistości. Niezaradna nigdy nie miała zamontowanych liczników, nie bawiła się w sumowanie kilometrów na mijanych drogowskazach. Z grubsza pilnowała zegarka. Ale bardziej słońca. I BYŁA. Czuła, że naprawdę wtedy JEST.

    Wyprawy z JeszczeMężem? Bywały, miało to swój smaczek. Ale bywały z rzadka, bo Niezaradnej żaden upał nie był w stanie zniechęcić do jazdy. JeszczeMęża owszem.

    Dlatego tego dnia, gdy rower trafił do Otchłani sześć lat temu, Niezaradna też przemierzała sama Wzgórza i Doliny. Bo to był maj i czerwiec, gdy biła wszelkie rekordy swych urwań, czuła jakąś dziką euforię. Może w związku z pracą, która dobiegała kresu wraz z nadchodzącymi wakacjami. A że była to praca okrutna i zła, Niezaradna czuła tylko ulgę, jakoś się nie przejmowała, co będzie potem. Nie myślała o potem, była w euforii.

    Poza jednym dniem. 1 czerwca 2008. Była to niedziela, którą to Niezaradna przepłakała od otwarcia oczu aż zamknięcia. I nie w tym rzecz była, że kończyła wtedy 35 lat. Nawet o tym nie myślała. Myślała o tym, że minęło dokładnie pół roku od kiedy straciła swe dziecko. I choć od maja zaczęła odczuwać, że czas kończyć tę żałobę, bo ona sama już odchodzi - 1 czerwca wszystko wróciło. Niezaradna płakała znów. Witała urodzinowych gości krzywiąc twarz w uśmiechu, wychodziła do kuchni i ryczała, coraz mniej przejmując się tym, jak wyglądają jej oczy. JeszczeMąż, wtedy jeszcze MiłyMój, w milczeniu pozwalał jej ryczeć w swą pierś. I tak urodziny minęły.

    I powróciła euforia. I rower. Ale tylko na parę dni.

    Bo tego dnia, gdy rower trafił do Otchłani sześć lat temu, a Niezaradna przemierzała sama Wzgórza i Doliny, stało się coś dziwnego. Przejeżdżała przez tory kolejowe, gdy koło roweru jakoś się zakleszczyło. I Niezaradna poczuła, że leci. Na cztery łapy nie spadła, ale na dwie się udało. Wygrzebała się spod roweru, któremu w efekcie dziwnego upadku tego spadł łańcuch. Niezaradna nigdy w swym trzydziestopięcioletnim życiu ówczesnym nie musiała zakładać łańcucha, jej rumaki były niezawodne.

    Zeszła na bok drogi, chwilę mocując się z łańcuchem i oceniając stan poharatanej ciut nogi. I zadumała. Nad tym, że od paru dni, to już kilka razy ten upadek był przepowiadany. Że cudem ratowała się parę razy, a gdy z MiłymJej wyruszyli na wspólny wypad zakrojony na około trzydzieści kilometrów, to on szybko złapał gumę i jak niepyszni wracali szybciej. I że przed chwilą trzy ptaszki, co wyfrunęły ze zboża, tak jakoś dziwnie oczywiste się wydały w swej trójcy.

    Nałożyła łańcuch, wsiadła na rower i powróciła już spokojnie do Dziury. Zahaczając po drodze o pierwszą napotkaną aptekę, gdzie z uwalonymi smarem łapskami wręczyła pieniądze za test.

    W tym czasie czytała "Mroczne materie" Philipa Pullmana. I nie miała wątpliwości, że dziecko, które nosi, to będzie Lyra. Silna, nieulękła i pełna woli przetrwania. Wszystko się zgadzało, w lutym przyszła na świat Gburka.

    A rower? Po przyjechaniu z apteki, Niezaradna wstawiła go w miejsce, co stało się Otchłanią. Po piętnastu minutach nie pamiętała już ani o nim, ani o większości rzeczy na tym świecie. Przypomniała sobie dwa lata później, nawet wybrała już dekorację:





     Bo oczywiście, by Gburka była bezpieczna Niezaradna chciała wozić ją przed sobą, nie inaczej. Któregoś dnia jednak wracała ze zakupów wraz z JeszczeMężem i Gburką, którą on wiózł w wózku. On marudził, że Niezaradna strasznie się wlecze. Jęknęła: Zobaczysz, że jestem w ciąży. Po czym zaczęła rozmyślać: A kiedy to ja miałam okres? Cholera, nie pamiętam...

    I rower spoczywał dalej w Otchłani, bo był już z nią Świr.

    I trwało to aż do soboty. Jak wiecie doskonale, Niezaradna ma już plany...

    Rower został wyprowadzony z Otchłani.

    Namiętność i raj, dawca hojny najlepszych chwil, sposób na szybką jazdę do Wolności. Towarzysz przygód i kompan. Jak każdy rumak. Klucz do wyrwania się z rzeczywistości macek.

    Nie ma lepszego zakupu w życiu Niezaradnej niż rower.

    O czym Niezaradna wylała się tak, bo krzyczeć musi, jak wiecie. Są plany.

    Nie ma życia Niezaradnej dawnego, gdy jest Dwójka. Więc rowerowe wyprawy z Dwójką też mają być.

    Gdy są urodziny, to trzeba świętować. Im po trudniejszym czasie, tym z większym rozmachem, zatem Niezaradna świętuje. Całuski, cukiereczki, ciasteczka. Posypały się, o tak.

    Teraz jeszcze on. Rower. Dziś Niezaradna odbierze go z przeglądu.

    Teraz jeszcze ona. Przyczepka. Ona musi być.

    I świat chce, żeby to się pełniło. Lepsi od Niezaradnej grafomani to już stwierdzili.

    Nie wierzycie?

    I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu.Cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenia – to Paulo Coelho w "Alchemiku".

    Zatem: marzcie! Marzcie głośno, wyraźnie i mocno. Musi się spełnić. Wokół 1 czerwca to dobry jest czas.

    Bo - jeśli nie ma marzeń, gdzie jest nasz dom? To stąd:



                                       






 

 

 




poniedziałek, 2 czerwca 2014

Żeby było ekonomicznie na Dzień Dziecka...

     Prezenty kupuje się za kasę uzyskaną za sprzedaż starych zabawek. Prezenty stosownie mniejszych gabarytów, by się już nie wkopywać w zagracanie chałupy. Jeszcze będzie o nowych inwestycjach mowa, ale nie dziś.

    A poza tym funduje się potomkom przeżycie, nie przedmioty.

    Oto przepis na przeżycie dziecięce ekonomiczne. Ilustrowany.


  •  Wywieźć dzieciaka do skansenu. Bez sklepów. Za to z dużą ilością powierzchni do przebiegnięcia. 

                                       


  • Zapewnić dzieciakowi atrakcje. Niskonakładowe. Owcę, dajmy na to, karmi się mleczem. I starczy. Ubaw po pachy. 





  •  Zafundować ciut adrenaliny, by było co wspominać. Wspięcie na punkt widokowy nie obłożone dodatkowymi kosztami.




  • Zabrać ze sobą nieco prowiantu. Nie trzeba wydawać nadmiarów kasy na badziewne żarcie. Torbę z IKEA na kółkach - poleca się gorąco!





  • Zapewnić pamiątki z podróży. Bez suwenirów się przecież nie liczy!



  Całkowity koszt obchodów Dnia Dziecka: 15 zł. Plus ciasteczka Petit Beuree, kupione w promocji po 1,20 paczka. I woda do picia, wzięta z domu, trudne do przeliczenia. 
   No i plus koszty paliwa. Ale że za stare zabawki zgarnięto więcej niż wydano na nowe, można uznać, że wyszło na zero. 

   A że wpis spóźniony, bo pomysł spontaniczny - Niezaradna już poleca na przyszły rok. Albo na bliższe okazje, Wam tylko znane. 

  Miłego czerwca, Czytelnicy!