niedziela, 28 września 2014

Wyjaśnia się i przeprasza

    Żeby w kwestii była jasność.

    Blog Niezaradnej nie zrobił się głośny, oblegany i hejtowany przez zawistnych frustratów, którzy zawsze sieją się tam, gdzie sukces.

    Jest tu kameralnie, cicho i luźno.

    Na tyle luźno, że Niezaradna nie uznała za stosowne sprawdzać bacznie, czy gdzieś, Ktoś. Coś.

    Uznała, że tu to tylko etatowcy albo stałe milczki.

    No i odkrywa po czasie sporym, że gdzieś. Ktoś. Coś.

    Napisał, Podzielił się, Doradził. Zapytał.

    Tylko, że nie pod bieżącym postem, a tym sprzed tygodnia na ten przykład.

    A ona, jak ta gwiazda, którą nie jest, nie raczy. Nic. Za cholerę. Ni w ząb.

    I tylko dlatego.

    Wprowadza się moderację komentów. By nie przeoczyć.

    Marty W. Agnieszki Stolarczyk. Na przykład.


    PRZEPRASZAM!!!




   Po namyśle:

   Moderację się wprowadza na komenty ukazujące się cztery dni po poście.
   Trzy dni - Niezaradna zakłada optymistycznie - chyba się ogarnie? Hmmm.

sobota, 27 września 2014

Nie poleca się...

     
       Ponieważ czasami można odnieść wrażenie, że Niezaradna doradza całkiem rzeczowo i sensownym jest jej słuchać, to od teraz planowane jest też odradzanie. Będzie kategoria nawet, zresztą już dawno powinna być.

       Inna sprawa, że Niezaradna pada na pysk i dziś łatwiej będzie wyłgać się obrazkami. Poglądowymi, by poznać, że badziewie jest badziewiem.


       O, takie tam coś:


      


      Niezaradna uległa. Była głodna, opakowanie śliczne, owoce leśne mniaaaam... I ten piętrowy rozkład płatków rozdzielonych warstwami boskiego jogurtu...

      Nie, oczywiście, że nie udawała, że to ma być zdrowe.

      I dobrze, że nie udawała, bo nie jest. 

      I nie, nie dało się zrobić tego tak, by było tanie. Za cholerę tanie nie jest, nawet jeżeli wygląda jak by było. 

      Bo jak już zrobicie - to jest cholernie niewiele. O, tak (taaa - to cała porcja):





      Warstewki? A komu, taka mać, jak jest głodny, chce się robić warstewki? A na takie, jak na obrazku, trzeba by chyba zużyć trzy opakowania cuda.

       No chyba, że użyjecie literatki.

       Czy smacznie jest?

       Może. Niezaradna nie pamięta już, zbyt była wkuta, że się skończyło po pięciu machnięciach łyżki. Tyle co na pobudzenie smaku.

       Zaspokojenie? Tylko kolejną paczką.

        Jeżeli macie:

  • dużo pieniędzy
  • przepiórczy apetyt
  • zwis na skład tego, co jecie
     - śmiało kupujcie!


      Kolejna sprawa: wypasiony porcelanowy nóż. Tym razem Niezaradna nie zakupiła. JeszczeMąż wybrał za punkty zebrane z programu lojalnościowego stacji BP. Albo Payback. Wydało mu się dobre, o to:




      Ni w cholerę. Jeżeli ktoś obiera warzywa, jak JeszczeMąż, trzymając palec wskazujący na samej wewnętrznej krawędzi noża - rozcharata sobie palec. Sprawdzono. Goi się długo.

      A jak inny ktoś stuknie nożem o talerz - stuknie, nie trzaśnie! - bystry obserwator zapewne zoczył podejrzany czubek noża.

      Dla mniej bystrych: 




      Spokojnie. Z Waszym wzrokiem wszystko ok. To zawodna technika lub aparat Niezaradnej. 

     Ale wyszczerbienie wyraźnie. 

     Rozkosz, z jaką szukacie tego ułomka w zupie przygotowywanej z tak wielkim nakładem sił (tak, ukruszony kawałeczek ostrego jak brzytwa noża może wystrzelić i wpaść w najmniej stosowne miejsce!) - nie do przecenienia, szczególnie dla Chujowych Pań Domu. 

     Jeżeli jesteście:

  • masochistami 
      - śmiało kupujcie!


    Ciąg dalszy na pewno nastąpi. 

środa, 24 września 2014

Rzeczywistość boli. Z przyczyny tankowania takie tam wspomnienie.

    Niezaradna tankowała. Gaz, jak się zwykle to zdarza gołodupnym. Z tego możecie wnioskować, mili Czytelnicy, że JeszczeMąż otrzymał pensję, a przedszkole opłatę za ubezpieczenie. A samochodowi polano w przepastną gardziel gaz.

    Polała panna. Panna wyszła z pretensją na obliczu i upomniała Niezaradną, że się wyjmuje koreczek. Niezaradna znów zatem nauczyła się czegoś nowego. Bo jak tankuje gaz już dziewięć lat, nikt jej do tej pory jeszcze nie oświadczył o koreczku. A obsługiwana była zawsze. Bo gazu, jak wie każdy, kto taniej jeździ, nie tankuje się samodzielnie. Nie, żeby niektórzy nie łamali zakazu.

    Niezaradna nie łamie. I nie w tym rzecz, że taka praworządnicka, ale obsługa pasuje jej, bo gnuśna jest. Ale to już wiecie.

    Rzecz w tym, że panna ze stacji też gnuśna była. I ta zadraśnięta gnuśność tak się jej wyraziście rysowała w grymasie, że Niezaradną aż zatknęło.

   Ze skojarzenia kontrastowego.

   Jak tankuje roześmiana Winona Ryder. A w zasadzie to nie ona, tylko Lelaina Pierce. O, tak tankuje, jak tu widać dokładnie w 3 minucie i 19 sekundzie.




    Utwór proszę wybaczyć. Cóż poradzić, skoro takim szitem promowano taaaaaki kultowy film:





    Dla kogo nie był kultowy, może dalej nie czytać tak notki. Wybaczcie, rzeczywistość boli - Niezaradna dziś będzie wspominać.

    Bo jest co. Reality bites było objawieniem na miarę Dirty dancing ciut wcześniej.

    Ta Winona, tak prześliczna. Nawet najbardziej cudaczne ciuchy, ukrywające starannie imponujący biust. Nawet najbardziej przekonująco zagrane rozmemłanie bohaterki. Nic. Nic nie było w stanie tego pokonać.

    I ten Ethan Hawke. Taki boski, charyzmatyczny i seksowny. Nawet najbardziej tłuste włosy i obrzydliwa brązowa koszulka polo - nieważne. Był. On. Troy Dyer. Niezależna inteligencja pracująca okazyjnie w kiosku z gazetami, Wolny duch śpiewający przepitym głosem w zadymionym klubie. Och... Ideał.

    Wówczas to Niezaradna w amoku poszukiwań kasety video po seansie kinowym, na zdumienie swej matki, trzepnęła jej uzasadnieniem: Muszę oglądać ten film, zanim będę za stara, żeby go zrozumieć.

    Rodzicielka się obraziła, a Niezaradna po dziś dzień uważa, że lepszej recki i syntezy nie mogłaby wygłosić.

    No bo właśnie. Już jest za stara.

    I tak to sobie dziś dumała na stacji benzynowej i później.

    Że Lelaina i Troy byli na przekór filistrom. I nie chcieli opuszczać poprzeczki na rzecz mieszczańskiego ciułania. Więc Troy nie pracował nigdzie, bo nawet z kiosku go wylali, gdy w akcie buntu zjadł Snickersa, za którego nie zapłacił. A Lelaina nie pozwoliła na zrobienie migającej sieczki ze swego filmu o ich pokoleniu, by go sprzedać. Bo to był jej film i mówiła, że się napracowała. (Przy czym, kurwa? Kręciła, jak gadali sobie. I to wszystko).

    Bo byli sobą, nie ciułaczami. Piękni, malowniczy w swym rozmemłaniu i uroczy w swym buncie przeciw rzeczywistości. I zakochani na finał pięknej przyjaźni.

    A Niezaradna rozanielona była happy endem.

    A teraz już nie umie. Bo pyta: a co dalej, kurwa mać?

    Bo można zarobić na żarcie tankując benzynę za napiwki, zwłaszcza jak się jest tak śliczną Lelainą (o, takie rzeczy, to nie u nas, wie o tym gnuśna panna z kwachem na twarzy). I Troy może śpiewać, walić inteligencją po uszach a niechlujnym seksapilem po oczach i waletować u znajomych, a gacie prać wrzucając je komuś do prania. Ale co dalej?

    Perspektywy? Niezaradna oszczędzi Wam wizji, jak bajka się psuje.

    Bo to taki ładny film. Pełen dobrej muzy muzy z lat 90-tych (tak, poza szitem promującym!). Pełen ślicznej Winony Ryder, która się wtedy zakochała w Davie Pirnerze z Soul Asylum i przemyciła go nawet w pewnym momencie filmu. I tego ładunku niedbałego seksapilu, którym emanował Ethan Hawke. I fajnej kreacji dwójki przyjaciół głównych bohaterów.

    Było ładnie i wesoło, nawet jak rzeczywistość ich bolała.

    A teraz, jak boli, to już nie jest ładnie i wesoło. Jest tak smutno i ponuro, że człowiek nie dysponując rakietą oraz wystarczającą beztroską, zwija się w kłębek, by uciec choć w sen. Od JeszczeMęża, co jak zwykle olewa, że Niezaradna też pracuje. Nawet jeżeli to jest robienie mielonych w wersji ekonomicznej. Od Świra, którego można by ostatnio przemianować na Jękuna i Złośnika. I nawet od Gburki, z jej odmierzoną starannie porcją marudzenia przy jedzeniu.

    I tak odlatując i pytając bezgłośnie, czy warto było pójść na to prozaiczne filisterstwo, można powspominać...

    Jak się było gnuśną Lelainą, nawet jak rozlazłą, to nie tak rozlazłą, jak teraz. Jak się kręciło z chłopakiem nie mniej ponurym i ironicznym niż Troy. I jak się dużo śmiało i wiele śpiewało, bo człowiek na przekór bolesnej rzeczywistości, miał moc:




 

      A potem można się jeszcze zaśmiać.

      Jak brzydko zestarzał się Ethan Hawke, prozaicznie zdradziwszy żonę z nianią swych dzieci. Jak mocno podupadła śliczna Winona, nawet jeżeli firma, której ciuchy kradła w jakimś holiłudzkim sklepie zrobiła z tego reklamę.

      I jak szybko chłopak w typie Troya zaczął udupiać, zwłaszcza gdy z etapu Troya wszedł w typ Lindy Psa. I zaczął prozaicznie popijać i pokpiwać z Niezaradnej, co chciała zaliczyć sesję. I jak ponury i mroczny był czas, gdy z akademika trzeba było zanurkować w zimną rzeczywistość.

      Potem już można dźwignąć się z uratowanej kanapy sypialnej, otrzeć łzy i dalej robić mielone. I wybaczyć rodzinie z wdzięczności, że jest.

     I z ulgą odskoczyć w robotę nocną, gdy rodzina pogrąży się we śnie.

     Tak boli rzeczywistość filistra.

     Jak to było?





    Suplement:

    Podglądając fejsa i robiąc sobie opóźnienia w robocie, Niezaradna zauważyła taką rzecz, której nie ominie, bo tak jakoś pasuje:




    Hmm... To tak się przestaje być słodką Lelainą???
 

sobota, 20 września 2014

Taka melancholia na pochmurny dzień

  Bo to.

  A Niezaradna i JeszczeMąż całe lato gadali jak to wezmą Dwójkę i zawiozą. Bo fajnie. Bo wrzesień. I ciekawie. I mądrze.

  Ale nie. Nie pojechali.

  Przetoczył się wrzesień jasny i ciepły, a piątek przyniósł burotę i deszcz. I nie pojechali. Ani w burotę, ani w jasność i ciepło.

  Bo choć Niezaradna chapie, tyra i przynudza jękiem "obłożenie mam", to kasy jakoś ni hu hu.

  I na OC starczyło. Ale już na przegląd musiała od mamusi pożyczyć.

  A jak się ma lat 42* i mówi: ale wiesz, mam tyle roboty, no ale wreszcie MI PŁACĄ, to tak jakoś od mamusi niefajnie pożyczyć jest.

  Całe szczęście, że pożyczyła, bo JeszczeMąż też spłukany.

  I Niezaradna znów ma brwi a la Breżniew. I skończyła się omega3 dla dzieci, a jakimś cudem Świr tylko katar ma, nic więcej. No to tak trzymać. Z omegą3. A omegi3 brak.

  Niezaradna nie ma za co kupić.

  JeszczeMąż ma urodziny. Niezaradna nie ma prezentu. Ani perspektyw na jego kupno też nie za bardzo.

  Chrześniaczka ma roczek. Kurwa. Czemu Niezaradną wzięli na chrzestną. Przecież ostrzegała.

  W przedszkolu ubezpieczenie. A Niezaradna nie ma za co zapłacić.

  I dlatego jasna pieprzona cholera bierze ją, jak widzi coś takiego:





   I czyta dyskusję fyfnastą na nierealu, jak to praca leży na ulicach, ludzie tak naprawdę nie chcą pracować, wszystko jest winą ich niezaradności.

   Niezaradna tak naprawdę nie nazywa się Niezaradna.

   Ale.

   Zrobiła to. Przeszło rok temu. Potrząsnęła grzywą i ryknęła.

   Chamowi w twarz ryknęła: już nie. Nie na takich warunkach.

   Można przecież zmienić pracę. Nie koniec świata, jak cham powie: nie podoba się, to dziękujemy.

   Niezaradna, rzecz jasna, nie chciała być niezaradna.

   Niezaradna nie lubi być bezrobotna.

   Ależ nie była, proszę Państwa, ależ nie była!

   Natychmiast nie była. Pracowała i tu, i tam. Przykładała się. Tylko, że uznano, że to zaszczyt dla Niezaradnej i niech się cieszy, bo ją O-PU-BLI-KO-WA-NO. No to się cieszyła.

   Tylko, że po miesiącu stwierdziła, że przecież świat żąda innej waluty.

   I Niezaradna pracowała znów. I musiała założyć tego bloga, by kogoś nie skrzywdzić z frustracji.

   Ależ przecież pracowała, prawda.

   Dzisiaj naprawdę mało kto ginie z braku pracy.

   Sranie w banie.

   Niezaradna ginęła.

  A przecież nie poszła na kasę do biedronki, co zrobić mogła i to przeszkolona.

  Dlatego mogłaby nie czytać pierdolenia paniuś wszystkowiedzących z niereala. Mogłaby je zestrzelić serią argumentów. Ale nie zrobi tego. Bo nie ma czasu do stracenia.

   Bo usłyszałaby znów, że jest niezaradna. Bo praca leży na ulicy, bo nie można być trybikiem w maszynie, bo trzeba kształtować swój los. Nie, Niezaradna nie ma czasu.

  Teraz Niezaradna nie ginie już.

  Tylko nie ma na nic czasu.

  Nie ma czasu na pogawędkę z JeszczeMężem. Nie ma czasu na poczytanie Dwójce. Nie ma czasu na przejrzenie szafy dziecięcej na kurewską zmianę sezonu. Nie ma czasu na lekturę.

  Nie ma czasu na tę notkę.

  I forsy też nie ma.

  I to ją, kurwa, wkurwia.

  Perspektywy na forsę, perspektywy na forsę.

  Perspektywy srywy.

  Ale.

  Żeby nie było.

  Niezaradna trzyma pion.

  Wrzesień jak do tej pory był taki piękny. I ekonomiczny.

  Śliwki eko były za friko:



  A że Niezaradna nie słodzi powideł, to już w ogóle. Pożarła wszystko prawie z garnka i nie musiała się martwić, że źle wypasteryzuje słoiki i powidła spleśnieją. Bezcenne.


  Gburka i Świr nie muszą wybywać na wypasiony festyn, żeby poczuć się szczęśliwymi dzieciakami.

  Starczą kasztany:



Albo olanie kasztanów na rzecz wznioślejszych celów:


Ważne, żeby kasztany znalazła właściwa osoba:


   I mogą też być te bosko strzelające pod butem kulki śnieguliczki z dorodnego krzaczora:



                                     I można tak zrywać i strzelać dzień boży cały:


    Radocha, że wrzesień nie nawalił owocami jesieni - bezcenna.

    Zabezpieczenie na balkon dla kota JeszczeMąż wykonał wedle projektu  JeszczeMąż&S-ka prawie sam. Z małą pomocą Niezaradnej. 




   I nie za 1800 zł. A jaka satysfakcja, wie tylko kot. Nie tylko w słoneczne dni.



  I dlatego Niezaradna naprawdę, naprawdę jest w pionie. Nawet, jak czasem słabo to widać:






  I tylko czasem musi urwać się na wagary z zatapiającej ją roboty.

  I się wygadać. Tak. O.

  Słońce. Pobądź jeszcze.


..........................................................................................................................................

* 42?! Jakie 42??? Toż to szok! Póki co - 41. Niezaradna chyba czuje się starzej :). 

poniedziałek, 15 września 2014

Bestia

    Gburka, niejadek w stylu klasycznym, z reguły jest bardzo ekonomiczna.

    Jej menu debeściak mogłoby wyglądać tak: jogurcik. Serek łaciaty. Danio. Kinderek. Jogurcik. Amen.

    Od soboty jednak jest mniej lajcikowo. Niezaradna tak długo zachęcała do szyneczki na świeżo upieczonym aż osiągnęła.

    I zmartwiała. Bo padło:

    - Czy ja jem teraz zwierzę?
    - No tak (Niezaradna Dwójce ściem nie wali)
    - A jakie?
    - Świnkę...
    (tu Niezaradna przygotowała się do dłuższych mów odtraumatyzowujących kwestię mięsożerności w świecie przyrody, naprędce poukładała łańcuchy pokarmowe i inne takie tam bzdety).
    - Ale fajnie! Jem chlebek ze świnką! To poproszę jeszcze dokładkę!

   I tak dziś trzeba było dokupić szynkę.

   Niezaradna doprawdy nie wiedziała, że wyhodowała na swym łonie krwiożerczą bestię.

   Na ekologicznej dziś reklamowano taką książkę. I pomyśleć, że Niezaradna tam pisuje.

  Ciiiiiiiicho! Ciiiiicho.




 





/

sobota, 13 września 2014

Zen. Oszczędna sprawa.

      JeszczeMąż wybył na trzy dni z kumplami. I dobrze. To absolutny mus dla zdrowia psychicznego małżeństwa, a przynajmniej takiego, jak Niezaradna i JeszczeMąż. Wypuszcza się jedno z Tej Pary na moment. Byle z dala od całej reszty. Raz więc wybywa JeszczeMąż, raz Niezaradna.

      Tylko, że to, co zostaje w domu, to zostaje z Dwójką. A teraz w zasadzie to z Dwójką i Pół. A Dwójka i Pół bywa awaryjna. I dziś zdarzyła się awaria.

      Niezaradna trwała, trwała i trwała. Ale w końcu musiało się urwać.

      I sięgnęła po mocny środek. I pojechała bez znieczulenia.

      O tak:

   

     I to, co wyło, wyć przestało.

     A Niezaradna poczuła, że jest Poza. I pogodnie dalej zdejmowała pranie, by powiesić następne. I nawet włączenie laptopa marki FiszerPrajs z melodyjkami nie wyprowadziło jej z równowagi.

    Niezaradna zatem poleca.

    Cóż, skoro nieznający bloga JeszczeMąż nie doceni, ile zaoszczędził.

    Na prawnikach.

    Na psychoterapeutach dla Dwójki.

    Na terapeucie dla kota.

    I na Prozacu, którego żądałaby Niezaradna profilaktycznie w związku z każdym wybyciem JeszczeMęża.

   Dziś nawet praca jest zen.

   I dobrze, bo samotne weekendy z Dwójką i Pół są bardziej niż deficytowe.

 

czwartek, 11 września 2014

Za wszelką cenę. Niezaradna się rozrywa.

    Albo co innego rozrywa. Na strzępy.

    Może to być na przykład świeżuteńko zakupiona w lumpie tunika z fasonu a la nietoperz. Hit zakupów ukrytych przed JeszczeMężem. Zachodnie H&M, czyli takie lepsze. Czerń. Dalikatniusia wełenka. Zmechacona ciut.

    Phi.

    Niezaradnej żaden mech niestraszny.

    Niezaradna ma osprzęt!

    Osprzęt zakupiony został w Biedronce i wygląda tak:




   Drżyjcie okulkowane swetry, okłaczone tuniki i wszelkie odstraszające zapuszczeniem wełny z lumpa - golarka o kryptonimie LR-5501 zmieni Was nie do poznania! 

   Golarka w ręku Niezaradnej może Was zmienić bardziej niż ktokolwiek przewiduje. 

   Może Was nawet... unicestwić.

   Zwłaszcza jeżeli jesteście na przykład świeżuteńko zakupioną w lumpie tuniką. Z fasonu a la nietoperz. Hitem zakupów ukrytych przed JeszczeMężem. Zachodnim H&M. Czyli takim lepszym. Czernią. Dalikatniusią wełenką. Zmechaconą ciut.

  Żadnego mchu na tunikach Niezaradnej z lumpa! Nie mają wyglądać jak z lumpa, zwłaszcza mając tak kultowy fason. Asymetryczny dół. I powiewający. I w ogóle.

  Zero tolerancji dla mchu. Za wszelką cenę.

  Zawszelkacena wygląda tak:





  Uprasza się o wyrozumiałość wobec jakości zdjęcia. Niezaradna była tak wściekła, że trzęsły się jej ręce. I głos. I poczucie równowagi.

   Ponieważ zawszelką cenę Niezaradna poczyniła w liczbie sztuk 3, usiłowała odczynić uroki. Co nie było łatwe, zwłaszcza, że zdążyła odkłaczać tylko przód tuniki. Hitu zakupów... Zachodniego H&M... Wełenki...

   DE-LI-KAT-NIU-SIEJ.

   Czy zmechaconej ciut?

   O, już nie. 

   Czy nadającej się do noszenia?

   O.

   JUŻ

   NIEEEEEEE!!!

   Niezaradna starała się. 

   Naprawdę. 

   Tak: 




    By dojść do majstersztyku:


   




   I nawet wierzyła w to. Że będzie nosić tę tunikę. W rozpuszczonych włosach na przykład. I może się uda. Przecież ludzie nie mogą się tak chamsko wgapiać. 

   Ale po znalezieniu szóstej dziurki spasowała.

   Potem odkryła ich jeszcze pięć. I dziesięć. 

   I pomyślała sobie z nadzieją: Kupiłam bubla.

   Ale nie. Tył tuniki, nietknięty LR-5501, był cały, calusieńki. Bez efektu a la sitko. 

   Zmechacony ciut tylko.

   Teraz, drogie Dzieci, Niezaradna posiada tunikę domową. W najgorszym możliwym kolorze przy posiadaniu kota w kolorze najgorszym możliwym przy posiadaniu tuniki domowej w najgorszym możliwym kolorze przy posiadaniu kota w kolorze najgorszym możliwym przy posiadaniu tuniki domowej w najgorszym możliwym kolorze przy posiadaniu kota w kolorze najgorszym możliwym przy...

   Daliście się wrobić w czytanie tego zdania? Nie jesteście nawet w części równej ziarnku maku tak źli, jak była Niezaradna.

  Która:
  • straciła na okłaczanie i cerowanie 1,5 godziny najlepszej dyspozycji do pracy, gdy nie zasypia jeszcze nad kompem
  • dedykuje ten wpis wszystkim tym, którzy wątpią, czy słusznie zwie się Niezaradną
  • niewątpliwie udowodniła powyżej zamieszczonymi obrazkami, że jest Chujową Władczynią Igły
  • na ogół poleca odkłaczarkę o kryptonimie LR-5501. Rzeczy odświeża, rozrywki dostarcza (Dwójce, która świetnie się bawi rzeźbieniem ze zbiorów z odkłaczania)

  Cóż jeszcze. 

  Teraz wiecie, czemu Niezaradna mało ma czasu na blogowanie. 

  Życie dostarcza tylu ekscytujących przeżyć.

  Podwyższony poziom adrenaliny pożądany?

  Tylko przy odpowiednim osprzęcie. W odpowiednich rękach*.





......................................................................................................................................

* tak, tak - Niezaradna zawsze uważała się za kompetentną okłaczarkę i dumała, czy dałoby się tym zarabiać. W chwilach krytycznych. Bo na ogół za duży hałas przy tym.


















Spać. SPAAAAĆ!

   Spanie to przywilej bogaczy, którzy nie muszą zarywać nocy nad robotą.

   Dziś Niezaradna zaszaleje i sprawi sobie ten luksusowy prezent, na który jej nie stać.

   Jak dojdzie do siebie (jutro? pojutrze? cholera wie kiedy?) powróci z notką.

   Tymczasem -





poniedziałek, 8 września 2014

Dramaciczek kosmetyczny. Z obrazkami.

    Bo Niezaradna myje włosy.

    Ponieważ jest uświadomiona o wszystkich paskudztwach, że są i wierzy na słowo mądrym wiedźmom, że to paskudztwa są - zwykle myje ostrożnie. I z rzadka.

    Na początek w tym:



    Wierzy, że to nieparabenowe paskudztwo jest. Bo Ziaja ujdzie całkiem, jak słyszała.

    Potem myła włosy odżywką za bezcen z Rossmana. Za bezcen. bo butla wielka, a cena symboliczna, zwłaszcza, jak się w przecenie dostało.




   Bo włosy szamponem myć wcale za dobrze nie jest. Lepiej w ogóle odżywką tylko zdrową. I już, Niezaradna zna wszelkie przykazania surowo wzbraniające szamponu.

   Tylko co poradzić, jak się kudły raz w tygodniu myje. I zniewolony umysł pod fryzurą woła o tę pianę, że bez niej jakoś tak nie halo. Zatem Niezaradna z powodzeniem myła najpierw Ziają za bezcen, a potem odżywką z Rossmana za bezcen. Jedno i drugie eko- i zdrowo- ujdzie.

   A włosy po tym zestawie perfekcyjne. I bajka ta trwała.

   Aż się przerwała.

   Nie masz, nie masz w Rossmanie odżywki owej z olejkiem arganowym!

   I tak już na zawsze.

   Zgroza zjeżyła wszystkie kudły Niezaradnej nieświeże. A że sięgają one za część, gdzie plecy tracą swą nazwę szlachetną, byłoby to nie lada efekciarskie. Gdyby była to prawda a nie figura słowna dla nadania dramatyzmu wpisowi.

   Niezaradna znalazła co prawda maskę zastępczą na włosy z olejkiem arganowym:



 
   Efekt nie gorszy niż z odżywką, fakt. Ale w porównaniu z odżywką, maleńkie toto i zaraz się skończy. I gdzie tu ekonomia?

   I teraz Niezaradna duma, czy wreszcie odważyć się na ten eksperyment. Bo soda jest genialna, a kuszą ze wszystkich stron.

   A włosy to jest ciągle i ciągle jeszcze atut Niezaradnej.

   Bo poza tym mało już co.

   Bo pada ni z gruszki ni z pietruszki:

   - Mamusiu, czy przeraziłaś się, jak zobaczyłaś, że się zestarzałaś?
 
   - ........

 

   

 
    Aaaaaaaaa!

    Ty okrutnie świeża, świeżuteńka Śnieżko!!!

    A jak myślisz, kurwa mać???

    Jeszcze nieświadomie z Tobą w brzuchu śmigająca na rowerze, ściągałam gwizdy chłopaków na wioskach!!! I w sklepach ekspedientki mówiły mi per "ty"! A ochroniarz w lokalu pół roku przed tym, nim się pojawiłaś, żądał w drzwiach dowodu!

   A potem Ty się pojawiłaś. I nagle okazało się, że na zdjęciach wychodzę jak Twoja babcia. A w lustrze widzę ponurą babę z kanciatą gębą. I już nikt nigdzie nie mówi mi inaczej jak "pani".

  Ty odebrałaś mi dziewczęcość. Twój brat podarował wiek średni. 

  I kryształowe lustro trzaśnięte z hukiem na posadzkę rozbiło się na tysiąc kawałków. 

 Spokojnie, drodzy Czytelnicy.

 Tak Niezaradna mogłaby rzec okrutnej Śnieżce. Ale nie rzekła.

  Tylko parsknęła śmiechem i skręcając w bok odparła:

  - No, fajne to nie było.

  Ale włosy ciągle jeszcze są.

  I co zrobić - dawać tę sodę? Nie dawać?

  Hmmm...

sobota, 6 września 2014

Co lepiej mieć kota czy psa...

     Jak się jest freelancerem na dorobku, który musi zapłacić za OC i za przegląd Hondy, i jeszcze nie zapłacił rachunku dla orange, a już kupił w lumpeksie trzy absolutnie zajebiste tuniki i jeden romantyczny ciuch vintage i jedną bluzkę dla lumpa w stylu militarnym, a wszystko to w najdroższym dniu wagowym, bo towar świeży, to jak się jest takim freelancerem, to się ukrywa przed JeszczeMężem siatę z ciuchami, bo się pali ze wstydu, że tak o...

    A zwierzę? A kota. Oczywiście, że lepiej kota mieć.

    Bo kot się obraża.

    Obrazić kota można zwalając go ze stołu w kuchni i wrzeszcząc.

    I obrazić kota można nie dając mu swojego śniadania. Ani wleźć do herbaty mu nie dając.

    I jeszcze obrazić kota można nie pozwalając mu złapać osy. Tylko samemu się zabawić roztrzaskując wroga.

    I kot robi wtedy tak:




   I masz, freelancerze na dorobku, święty spokój. Bo kot ma Cię w zadzie i będzie gardził Tobą przez parę bitych godzin. A Ty masz rodzinę poza domem i piszesz sobie i stukasz, aż do zrzygania.

   Bo to przecież o to chodziło, nie?

   Pracować, pracować, pracować. To o tym przecież Niezaradna marzyła w sierpniu. No to ma. Pracuje jak szwajcarski zegarek po bliskim spotkaniu z walcem. Ale pracuje.

   Z nieobrażonym kotem pracuje się zaś ciut tylko gorzej niż z obrażonym. Kot nieobrażony przychodzi się czulić co czas jaki, Warkocze w środku jak... jeszcze Niezaradna ciągle nie znalazła satysfakcjonującego porównania dla mruczenia Tego Kota. W każdym razie przymilający się kot poprzymila się czas jakiś i też idzie spać. I można znów pisać.

   Czy kot zatem jest nieskomplikowany i prosty jak konstrukcja cepa?

   A nie.

   Co to - to już nie. Kot ma swoje narowy, świętą tradycję, kulty i obrządki.

   I to uszanować trzeba. Bo jak nie, to kot pokaże pazurki. A kto by tam chciał z pazurami zadzierać.

   Co zrobić, żeby się z kotem dogadać na stopie przyjaznej, a nie ryć godzinami po netach, nie będąc pewnym, kto z zasadzie miał rację w tej fyfnastej dyskusji na forum?

   Trzeba polubić stronę specjaliski. O, tu.

   Potem się stronę specjalistki czyta. Zawalając cały wieczór na robotę.

   A jak się jest upierdliwcem, jak Niezaradna, to się wali z pytaniami.

   I co się okazuje? Dostaje się tak rzeczowe, rzetelne i rozbudowane odpowiedzi, że się wymięka i człowiekowi aż głupio, że tak z głupia frant czyjś czas zawłaszcza.

   Wszyscy zakoceni Czytelnicy tego zamierającego ostatnimi dniami bloga. Nie skąpcie na specjaliście, jeżeli cenicie sobie spokój i szczęście obopólne - Wasze i kota. A macie z nim pod górkę.

   Jak jesteście z okolic Głogowa, specjalistka może obejrzeć Was w akcji z bestią.

   Czy warto?

   No, sami oceńcie:


   Dla laika na starcie z kotem sprawa wygląda jak powyżej. Ale jak pogadacie dłużej ze specjalistką, to dowiecie się, że to wcale nie tak.

   Tylko raczej tak:



   Podsumowując:

   Kot Niezaradnej zaczął utrudniać jej pracę. Bo czuli się częściej niż się nie czuli.

   Zatem układa się chyba całkiem nieźle. I chwała za to pani Karolinie, której chciało się poświęcić Niezaradnemu problemowi z rozumieniem kota czas!

   Czas. Brakowało go mocno w tym tygodniu.

   Ale to już wiecie.

poniedziałek, 1 września 2014

Szkoda lata...

    Tak. Możecie się stuknąć w czoło i spojrzeć z politowaniem.

    Tak, Niezaradna jeszcze niedawno mendziła, że za piękne to lato, zbyt kuszące i hydrę wyhodowała.  Bo nieekonomiczne, czasu mało, blablabla.

    I co z tego? Zaraz po wyrzekaniu, jakie piękne to lato, oczywiście zapeszenie zadziałało. I sierpień zbrzydł i stał się smutnowrześniowy.

   I Niezaradna nie dała się już skusić rowerowi.

   I wypady jeziorne się skończyły.

   I już ani razu nie piła ekonomicznie w upał, bo nie było już upału.

   I już nigdzie nie poleżała na murawie chłonąc atmosferę wszystkimi porami.

   I nie wlokła się przez rozgrzane upałem miasto, by chłodzić się tam, gdzie klima chłodzi.

   I nie tłukła już samochodem rodziny w miejsce, gdzie warto potłuc się nawet po asfalcie rozgrzanym do 70 stopni.

   Wakacje... - freelancer nie ma wakacji, tylko niedoczas, jeżeli dzieci mają wolne i jeszcze gdzieś się skacze. Nawet na dzień czy dwa.

   To, kurwa, skąd ta melancholia?






    Czytelnicy mili, wybaczcie tę linkownię. To Niezaradna tak sama dla siebie orze pazurami po ranach.

   Bo piękne było to lato. I już po nim.