piątek, 31 października 2014

Saovine, Dziady, Noc Świętych albo inne Helołiny

     Niezaradną oczywiście najbardziej przekonuje Saovine. A jeżeli Was nie, posłuchajcie, czy na pewno nie:


Noc dziwów (...) Noc strachów i czarów! (...)

Wilia Saovine (...) ostatnia noc przed nastaniem listopadowego nowiu, jest to u elfów ostatnia noc starego roku.(...) Tedy jest u elfów zwyczaj, by w noc Saovine wszystkie ognie w domu i obejściu jedna szczapką smolną podpalić, a resztę szczapki schować dobrze, aż do maja, i tąże samą ogień Belleteynn rozniecić (...) nasi też niektórzy tak czynią. Żeby się od duchów złych uchronić... (...)

W taką noc duchy chodzą po ziemi! Duchy zmarłych pukają do okien, wpuśćcie nas, jęczą, wpuśćcie. Tedy im trzeba miodu dać a kaszy, a to wszystko wódka pokropić... (...)

... nie róbcie sobie z duchów żartów, posłyszeć gotowe, a mściwe są! Dziś wilia Saovine, noc strachów i czarów! Nadstawcie uszu, usłyszycie, jak dookoła szuści coś i stuka? To umarli przychodzą z zaświatów, chcą wkraść się do domów, by ogrzać przy ogniu i podjeść sobie suto (...)

Muzyka Saovine to ten za oknem wicher! To wilkołaki wyją i wąpierze, mamuny zawodzą i jęczą, ghule zębami zgrzytają! Beann'shie skowyczy i krzyczy, a kto jej krzyk posłyszy, temu niezawodnie rychły zgon pisany (...)

Czarodziejska jest noc Saovine, straszna, ale i zarazem najlepsza do wróżb i wieszczb wszelakich. W taka noc kabały warto stawiać i z kostek wróżyć, i z ręki, i z koguta białego, z cebuli, z sera, z króliczych bebechów, ze zgnitego nietopyrza (...)

To nie wiatr! (...) To czarownice pędzą okrakiem na miotłach, niektóre zasię naw moździerzach i stępach, ślady za sobą zamiatają (...) najgroźniejsze te wiedźmy (...) nie na miotłach... te cwałują na swych czarnych kotach! (...) W wilię Saovine, na tę jedna noc w roku, zmieniają się koty wiedźm w czarne jak smoła klacze. I biada temu, kto nocą w jak kir czarną posłyszy stuk kopyt i ujrzy wiedźmę na czarnej klaczy..."




(Andrzej Sapkowski, Wieża Jaskółki, rozdział X)



   Nie ma mocnych. Zgnębiający od wieków Niezaradną pierwszy podmuch zimy, zawsze należał do Sapkowskiego. Tzn. zawsze od momentu, gdy pojawił się Sapkowski w świadomości Niezaradnej i wszystko tam poprzekręcał, upewniając ją, że tak naprawdę to przecież jest wiedźmą.

   W tym roku Niezaradna chyba właśnie w Saovine wybłąka się z mgieł Awalonu, ale nie ma zamiaru za długo w realu siedzieć, bo już jest jej smutno na myśl o tym, że znów czarowną krainę ma opuścić. Jak zawsze. Po raz pierwszy, piąty i dziesiąty.

   Kobiety czytające Niezaradną - nigdy się nie zapomina o tym, co kryją mgły Awalonu, gdy już raz się tam zabłądzi. Z całego serca Niezaradna poleca Wam tę mądrą, głęboko feministyczną i pełną Boga (kimkolwiek On jest!) książkę.

  Choć Saovine w niej akurat nie jest opisane.

  Dziady...  Któregoś dnia Niezaradna zobaczyła Lawę. I nagle Dziady ożyły i stały się czymś nie mającym nic wspólnego z lekturą szkolną. Od tej pory mogła szczęśliwie belfrzyć w szkole, zwłaszcza burą jesienią, gdy ciągnęła za sobą garstkę chętnych na ten prawdziwie mroczny cmentarz, by dać się porwać Mai Komorowskiej i iść dalej:





 
    Tak daleko, że aż do lądowania na łzawej planecie, gdzie trzeba mocno pracować powiekami, by jak zwykle nie poryczeć się na Wielkiej Improwizacji, bo inaczej obejrzeć nie da rady. Łzy, te cholernie nachalne komary, powstrzymuje się miną wyniosłą i oficjalną. Uczniowie myślą sobie wtedy, że jednak belfer zawsze będzie belfrem. Drętwym, ponurym i nabombanym.

    Dziady czuje się na cmentarzu obok którego mieszka Niezaradna. To cmentarz, którego grobowce byłyby wymarzoną scenerią dla niejednego twórcy gotyckiego horroru o hrabinie Bathory. Jedno z najbardziej kultowych miejsc w Dziurze, Wielka kuta brama, wzgórza pełne drzew i uraczone jadem trupim jezioro, na którego brzegi, przybywający do nekropolii wierni, wyrzucają zgniłe kwiaty i zużyte znicze

   Czy nie jest to mrok?

   No dobra, z nieco innych sfer mroku. Tych najmroczniejszych, bo zupełnie realnych.

   No to może Noc Świętych, jak chce tego kościół?

   Hmmm... dla rzetelnego badacza też grząski grunt...




   I jeszcze okropność nad okropności - kiczydło helołinu straszące za dnia i w nocy, czyhające za każdym rogiem ulicy.

   Odkąd Dwójka jest dwójką świadomą i rozumną, poddaną edukacji przedszkolnej, Niezaradna odpuściła sobie wszelkie gromy ciskane z stronę amerykańskiej popkultury opróżniającej ludziom kabzy.

    Każdy musi mieć swój karnawał. Małolaty też.

    Kupić dynię w helołin nie jest źle. Niezaradna już zakupiła.

    3,5 kilo nie oznacza, rzecz jasna, że starczy choć na ciasto dyniowe. Chyba że oszczędne.





    Ale, żeby drążyć z ojcem dynię w helołin - starczy.



     i cieszyć się efektem finalnym:







      Fajnie jest pobyć razem - nawet jeżeli z okazji komerchy.

      Noc będzie dobra, złe duchy Was ominą.

      Ale uważajcie - jutro za dnia będzie naprawdę niebezpiecznie. Żadne strzygi, dusze z piekła rodem, nie są niczym groźnym przy wkurzonym rodaku...




     No i ubierzcie się ciepło!



  Przede wszystkim jednak - dziś ostatni dzień Święta Drzew mija, wiecie?

  Jutro też będzie jeszcze tak ładnie.






czwartek, 30 października 2014

Październik miesiącem sweterków... i nie tylko onych

    Panie i Panowie. Tak, pomilczała Niezaradna dłużej niż to przywykła robić. Przedawkowanie roboty zaowocowało u niej spektakularnym pisaniowstrętem.

  Ale nadrabia niniejszym postem, dając tym znać Wam, że nie próżnowała i pamiętała o Was przez wszystkie milczące dni.

    I jeżeli się ktoś stęsknił, dziś Niezaradna, rozpasana do obrzydliwości wcześniejszym aplauzem i żądaniami, by więcej dać, idzie na całość.

    Rozpasanie egocentryczne, absolutnie bez rozcieńczenia. Włala!

   I zamyka się szafę jesienną tym sposobem. Znów się pozazdrościło Mistrzyni Szafiarstwa stąd (tym razem podsumowania).

    Październik był ciepły. Ale już nie jest. Gdy był ciepły, był on bezwzględnie miesiącem sweterków. Gdy się oziębił, to się garderobowo wzbogacił.

    Zestaw sweterkowy nr 1 już znacie. A numer dwa ma taki sweterek - z dekoltem w serek:



    Sweterek ten jest, rzecz jasna, bardzo dobrej jakości i druga rzecz jasna, kupiony w lumpeksie. Jakość sweterkowej wełny klasyfikuje się na woolmark, a firma co sweterek wydziergała to Burton. A że wszystko wskazuje, że li i jedynie męska to firma, znaczy, że ciuch to męski jest. 

    Całkiem spore to zatem swetrzysko. Niezaradna jest dość słusznej budowy, ale drobniejsze dziewczątko całkiem by w nim utonęło. Uroczo tak, możemy to nazadawać zatem też stylem boyfriendowym, o którym była mowa ostatnio. Koszt swetra: za cholerę Niezaradna nie pamięta. Kupiony x lat temu.

    Pod sweterkiem znajduje się bluzka z ptakiem, o której ostatnio też wspomniano jako o podkładce pod sweter. Jakaż fatalność bluzkę tę non stop pod swetry wpycha? Na pewno nie brak urody. Długość ma za to dobrą, by wsadzić ją w portki, nawet biodrówki. A każdy głupi wie przecież, że nic bardziej zgubnego od braku podkoszulki wpuszczonej do środka. W zimne dni. Koszt bluzki z ptakiem: hmmm... 3 zł?

    Niezaradna nie lubi marznąć. A osiągnęła błogosławiony wiek znacznego wyzwolenia od poczucia obciachu stylowego. Wpuszcza bluzki w spodnie i nosi czapkę.

    Dla zrównania wielkości swetrzyska - spodnie plasujące się na rząd obcisłe, rodzina proste. Bez streczu, zatem mają ciut luzu. Czarne, ale któż by to orzekł spoglądając na to zdjęcie? Słowo, czarne są. Firma Gas - synonim włoskiej kreatywności i pasji! - jak głosi opis. Portki Gas Niezaradna otrzymała za friko, w ramach reklamówki oferowanej dla ubogich. Bierzcie reklamówki dla ubogich, Ludzie. Możecie znaleźć tam cuda!

  Półglany już znacie, torbę Fiżki też. Nie ma cudów, nie ma zamienników. To ciągle dziennik ze stanu biedy jest, mimo kipiącego lukusu.




   Całość kreacji sweterkowej nr 2 wygląda tak:




   Wartość kreacji sweterkowej nr 2: tanio. Niezaradna nie wie tylko, jak bardzo z uwagi na zapomnienie o wartości wypasionego swetra marki Burton.

   Gburka coraz bardziej wymiata fotkowo. Zapewne zostanie profesjonalnym fotografem i zarobi kupę kasy. Albo nie.

  Panie i Panowie - teraz kreacja z ostatnich dni. Nazwijmy ją jakże oryginalnie - zestawem nr 3.

  Na początek fragment oddający specyfikę płaszcza brązowego H&M. Oczywiście kupionego w lumpeksie. Oczywiście za bezcen. I znów nie pamięta się za ile. I do tego zakupu doszło lata temu.

  Zwrócić uwagę warto na nonszalancki charakter płaszcza, wystarczająco drwiącego z wszelkiej elegancji, by mógł zachwycić Niezaradną.

  Płaszcz ma ściągnięcie w pasie. I na dole też, co czyni go wariacją - bardzo luźną - na temat bombki. Czego tu jeszcze nie ujrzycie. Ale nie traćcie nadziei. Torba - nie do wiary, a jednak! - znów od Fiżki. Nad podziw uniwersalny model. Nie poleca się go jednak na studniówkę. Albo na premierę najnowszego kiczydła Trelińskiego. Czy innego takiego ulubieńca mediów.




   Pod płaszczem  - ciuch z gatunku obowiązkowych od zeszłorocznego sezonu jesień/zima. Tunika! Ta konkretnie od H&M. Może zwątpicie, ale jasne, że z lumpeksu. Czarna, z bajecznym golfem... szalowym? Tak. Chyba tak się to zwie. Cena tuniki: 10 zł



    Dół kreacji: dżinsy Zara. Tym razem stretch, tym razem rurki. Koszt: 20 zł. Lumpeks! Ale poniżej - nie lada gratka! NIE Z LUMPEKSU!!! Getry! No name, za 10 zł. Czarne. Niezaradna nie widzi się jakoś w przykrótkich portkach, jeżeli nie nosi do nich trampek w kwiatki albo sandałów. Stanowczo, portki przykrótkie tylko latem, do bosych stóp. A leginsy? Poza latem tylko z getrami. Inaczej wyglądają głupio, chyba że nosi się glany z prawdziwego zdarzenia, wysokie.

   Choć Niezaradna tak zakręciła się getrowo, że pewnie nosiłaby je i do długich glanów.

   Na fotce poniżej możecie podziwiać nie tylko zbyt krótkie na sezon jesienno-zimowy portki Zary, tunikę H&M, getry no name, ale również pełne udaptanie nubukowych (cholera!) półglanów. Czyli efekt mocno taki se.






    I już! Całość, marszowym krokiem, z dramatycznie wyrazistym bebzunem modelki. Szafiarki in spe! Przestroga nr 1: pod tunikę lepiej jednak leginsy, nie zrobią Wam takich niespodzianek. I wdech! Wdech! Wklęśnięcie aż do kręgosłupa! Przestroga nr 2: róbcie zawsze więcej niż jedno zdjęcie. Koniecznie. Cóż, kiedy fotografka profesjonalna in spe zaczęła się już nudzić cykaniem fotek nieobliczalnej w zachciankach matce. Bywa, no. 




     Podsumowując: firma H&M zdominowała ten zestaw. Ale nie firma H&M w polskim salonie kupowana, na Boga, nie. Niezaradna ostatniego swego salonowego zakupu dokonała dwa lata temu, wybrawszy przecudnej urody sweterek. Jego zieleń była wręcz uduchowiona. Do tego stopnia nieziemska, że zaczęły przebijać przez nią gwiazdki. Takie, jak te tu opisane. Mole - orzekł świat. A ni w cholerę. Ze wszystkich plag świata, od moli akurat ciuchy Niezaradnej są wolne. A maszynką do golenia z Biedronki zielonego sweterka nie tykała. Stara wełna - orzekła specka w temacie. 

   I dlatego i jeszcze z powodu kilku tego typu rozczarowań, Niezaradna nowym ciuchom, zwłaszcza z H&M mówi: nie! H&M nosi się nie w polskim wydaniu. Jakość dwóch ciuchów z zestawu nr 3 - bez zarzutu. Przetestowana wielokrotnymi praniami w środkach odznaczających się taniością i bez płynu zmiękczającego, który u Niezaradnej zastępuje soda. Nic się nie uszkodziło, nie zniekształciło ani nie odbarwiło.

   No i zestaw finalny. Czyli nr 4. Z tą samą tuniką. Z tą samą torbą. I z tymi samymi butami. Tak, getry też te same.

   Ale okrycie wierzchnie jest inne, wygrzebane z szafy specjalnie po to, by nie zgrzytało z tymi leginsami.



Z oddalenia jednak wyglądają one lepiej. Zwłaszcza, jak wygnie się wyjątkowo wdzięcznie kolanko. O, tak:



    Leginsy te - jako jedynie u Niezaradnej - nie pochodzą z Lidla. I dobrze, bo dzięki temu są rewelacyjnej jakości. Niezaradna dostrzegła je w sklepie New Yorker, gdzie wisiały na wieszaku ze zbiorową ceną 6,99. I nie same tam wisiały, ale z cudnymi portkami, również w paski. Które zobaczycie na wiosnę. O ile jeszcze będziecie tu zaglądać, a Niezaradna będzie nadawać. Leginsy zatem - 6.99

   Płaszcz Solar - kupiony, bo czasem konieczność życiowa przymusza ubrać się bardziej oficjalnie. Ujął Niezaradną, że nie jest do końca nudny. Zapięcie wypada asymetrycznie i jest to zamek, który można rozpinać i na dole, i na górze. I elegancja może być wygodna! Kieszenie również zapisane na zamki. Cena płaszczyka będącego prawie luzackim: 40 zł. Niezaradna kupiła go na forum z używanymi ciuchami. I nie żałowała ani przez moment.

  Resztę już znacie.
    


   Szczegół dodatkowy: modelka trzyma rękawiczki dziecięce, model dziewczęcy, łapki z kciukiem. No name. Cenę również zapomniano.

  Szczegół dodatkowy uzmysławia druzgocący fakt, że aby wykonać fotki dwie, biedna Gburka musiała zdjąć rękawiczki, inaczej głupi smartfon by nie zadziałał. 

  I niech to będzie pierwsze wyjaśnienie dlaczego w tym momencie prezentacja szafy Niezaradnej urwie się.  Drugie jest takie, że już nie ma co prezentować.

  Panie i Panowie. 

  Czemuż, oprócz łachtania ego Niezaradnej służył ten pokaz?

  Ma on udowodnić niezbicie, że:

  • kupowanie w lumpeksach gwarantuje Wam jakość, niepowtarzalność i oszczędność kasy
  • niekupowanie może Wam dać jeszcze więcej - o ile nie wzdragacie się przyjąć reklamówki wspierającej, gdy ktoś zechce Wam takową podarować. 

  Oczywiście, jeżeli macie masę kasy, możecie przepłacać w sklepach pachnących ładniej niż lumpeksy. I z bardziej wyszukaną klientelą. 

  Ale. 

  Możecie kasę tę wydać lepiej. Mama Płaczoliny sugeruje, by zajrzeć tu. Mama Płaczoliny to niegłupia kobieta. Jeżeli o coś prosi, nie ma ściemy, sprawa jest ważna. Niezaradna gwarantuje brak ściemy, pamiętajcie!

  Post ten był tworzony przez kilka dni. Ciężki poród. 

  A jednak udało się. Jeszcze zdążycie skoczyć do pobliskiego lumpa i wyelegantować się na cmentarz. Jeżeli. rzecz jasna, u Was też Wszystkich Świętych przybiera oblicze Święta Debiutu Futra. 

  W Dziurze przybiera. 

  Ale pal licho głupotę ludzką. Miesiąc Drzew się kończy. Kończy, kończy, kończy... 

  Powiewa zimą. 

  Ale drzewa trzymają fason. Niebo też. 

  Dobra, czasem.




sobota, 25 października 2014

Czy wiecie, że

     Sytuacja wygląda tak, że Niezaradna spędza kolejny z rzędu wieczór z takim widokiem:


      Jak głosił klasyk: ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś. Znaczy, kot by sobie spał. Ale w zupełnie innym miejscu i zupełnie innym towarzystwie. Bo gdyby nie Niezaradne stukanie po nocach w klawisze, nigdy nie byłoby Tego Kota. W tym miejscu.

      Ale jest. I przechodzi siebie dziś we wkurwianiu Niezaradnej, co jest o tyle dobre, że nie pozwala jej zasnąć nad dwunastym opracowaniem tego dnia.

      Niezaradna, znów w nieadekwatnej sytuacji lawiny roboty i pustki na koncie, przyciśnięta do ściany ostatniej szafki z zapomnianymi zapasami, przeszła ostatnio samą siebie w oszczędnościach. Pensja JeszczeMęża jakoś nie chciała się zjawić przed umówionym terminem, a Bóg nie zesłał manny z nieba.

      Nie mając czasu na żadną porządną notkę, Niezaradna zapyta Was tylko dla formalności:


  • czy wiecie, że nawet najpełniejszą zmywarkę pełną ociekających tłuszczem garów, można w doskonały sposób nakarmić połową tabletki i nie czyni jej to nijakiej różnicy? Oczywiście możecie serwować jej hojnie całą. Umyje świetnie naczynia i nie rozpuści się losowo równie doskonale jak połówka - więc po co przepłacać? Możecie sobie za zaoszczędzoną kasę kupić książkę w Biedrze albo Lidlu. W zależności od tego, gdzie kupujecie tabletki do zmywarki. 
  • czy wiecie, że zamiast serwować sobie niesłychanie zalecane i zapewne reklamowane o tej porze roku specyfiki uodparniające (Niezaradna nie wie, bo nie ma TV, a radia też ostatnio mało słucha), możecie sobie kupić niesłychanie bardziej opłacalną i zdrową żyworódkę? Nie mając czasu na długie opowieści, Niezaradna odsyła Was tu, gdzie już opowiadała. Kiep, kto nie pozna żyworódki przez zimą, która już straszy mrozem. 
  • czy wiecie, że kiep to też ten, kto kaszę, ryże i inne takie tam kupuje w woreczkach zamiast sypkie? Przepłacone, nieekologiczne i mniejsze szanse na zrobienie zajebistej kaszy gryczanej z marchewką, miodem i orzechami. Gdyż przepis na nią jest na woreczku z kaszą gryczaną sypką. Przepis dający szansę polubić tę zdrową kaszę tym, co jej nie lubią za specyfikę. Niezaradna specyfikę ceni, ale kasza a la przepis z woreczka wymiata, słowo. 
  • czy wiecie, że ocet jabłkowy... a nie. To za długo. O occie będzie osobno.
  • czy wiecie, że mamy Miesiąc Drzew?



   A teraz Niezaradna spada z powrotem do roboty.

   Czy w międzyczasie zdążyła się skonfliktować z kotem? Zgadnijcie, patrząc na jego wyraz twarzy:


wtorek, 21 października 2014

Zamiast

- Mamo, jest marzenie, które się nigdy nie spełni...  - usłyszała Niezaradna wypowiedziane TYM tonem i motywacja stanęła jej na baczność
- No?
- Chciałabym mieć wielki, wieeeelki wór pieniędzy... i żeby one się nigdy, nigdy nie kończyły. Żeby on się ciągle od nowa napełniał. Ten wór.
- A, to rzeczywiście tak łatwo to się nie spełni... A co byś robiła z tym wielkim worem pieniędzy?
- Kupowałabym różne rzeczy.
- No jasne. Ale co konkretnie byś najpierw kupiła?
- Dekorację na stół. Bo w przedszkolu na stole mamy serwetkę i wazonik na środku. I kwiatki sztuczne, żeby woda się nie wylewała i żeby się nie psuły... a my nie mamy...
(łomot głazu spadającego z serca Niezaradnej)
- To wiesz co? Wora pieniędzy to ja Ci faktycznie nie załatwię. Ale zobaczysz, że dekorację na stół, i wazonik, i kwiatek, to Ci załatwię. Natychmiast! I nie wydamy na to nic. Nawet tych pięćdziesięciu groszy, które przed chwilą znalazłaś!

    Kończąc przemowę, Niezaradna już taszczyła Dwójkę na drogą stronę. I machnęła ręką, w kierunku spełnienia marzenia Gburki.
 
    I zaczęli podążać ku spełnieniu:
  


     I podążać, bo czasem bywa pod górkę:

 


     Ale marzenie było godne tego:



   Choć niebezpieczne, bo jak rzekła Gburka, może ubrudzić. A Gburka wie, co mówi, bo sprawdziła. Kiedyś na spacerze w przedszkolu. Ale wiecie, jak to jest z marzeniami spełnionymi. Czasem lepiej jest marzyć. 

   A czasem spełniać. Jak się da. O, tak:


 I tak:





Widok marzenia spełnionego z góry: 



 I z perspektywy żabiej:



     I nie czepiajcie się, że nie ma serwetki. Serwetka już nie była potrzebna do frajdy. A Niezaradna miała na podorędziu pomysł na serwetkę nabyty jeszcze podczas pobytu własnego w zerówce (świetny patent, do opanowania nawet przez Niezaradną). 

     I nie czepiajcie się też, że przecież Niezaradna mogła dać do badyla coś bardziej wazonikowego i podłożyć serwetkę, za którymi to, mówiąc oględnie, jakoś nie przepada. Podobnie jak za obrusami. 

    Bo w tym rzecz, że to miało być zupełnie, nowe, spełnione marzenie Gburki. I teraz, zaraz, już - bo można. A satysfakcji starczyło na tyle, że serwetka już nie była żądana.

   Uwaga techniczna: w instrukcji spełniania marzenia nie uwzględniono wkładu kasztanowego wewnątrz rolki, o pardon, wazonika. Zmniejsza wywrotność. 

   Ale, na Boga, ile można umieszczać te kasztany. Aha - można, można, nawet trzeba, jak głosiła pieśń w czasach licealnych Niezaradnej promowana na kultową. Przecież Niezaradna ma sadzić kasztany i to nie tylko w ramach Miesiąca Drzew. 

   Ale. 

   Do końca miesiąca Niezaradnej zostało na koncie obecnie 15 zł. A jeszcze w zeszłym tygodniu było 40. Zatem kombinuje, kombinuje, jak wydawać mniej. Następny post będzie bardzo praktyczny.

   Jak Niezaradna radziła sobie zarabiając 300 zł na miesiąc? 

   O tym będzie też. Za czas jakiś. 

   Tymczasem, żebyście nie zapomnieli. Miesiąc Drzew jest.

   Widok z okna kuchennego Niezaradnej wygląda tak:




   Moskitiera ciut psuje ogląd? Miesiąc Drzew jest. Boski nawet zza mgłą moskitiery i deszczem. 

   A. Niezaradna nie wie, czy mieliście dziś ochotę poznać jakąś śpiewającą Indiankę. 

   Może nie. 

  A może właśnie spełni czyjeś niewypowiedziane marzenie. Włala!

   
                           
  
  Nawiasem mówiąc, w swej obecnej fryzurze Niezaradna wygląda jak stara Indianka. Coś trzeba z tym zrobić, coś z tym trzeba zrobić... 

sobota, 18 października 2014

Październik miesiącem sweterków.

    Październik ma od cholery wezwań, jedno szlachetniejsze od drugiego. Oficjalne są liczne, wyszukiwarka je wyświetli Wam na poczekaniu, jak zaczniecie pisać: październik mies....

   A że jest październik miesiącem drzew u Niezaradnej - pamiętacie, hę?

   Sami popatrzcie:





    I już wiecie.


    Panie i Panowie, W zeszłym tygodniu Niezaradna spędziła dzień ku czci Życia, 9 października konkretnie. Stuprocentowo wypalił, zatem fot drzew nie zabraknie.

    Ale.

    Witalizm Niezaradną poniósł.

    I w przypływie pażdziernikowej euforii uznała, że piękne jest nie tylko wokół, ale i ona sama też niczego sobie. Jest.

    I pokaże jakim cudem.

    Pampararam. Param. Param.

    Dziś Niezaradna wali postem szafiarskim. Pozazdrościwszy Tej Jednej Ostatnio Wspomnianej, albo co. Można postawić na czystą głupotę.

    To szafing z gatunku tego dostępnego dla gołodupnych.

    Do postu szafiarskiego trzeba fotek szafiarki w ciuchach. Niezaradna postarała się. I tym sposobem możecie ujrzeć jej październikowy zestaw nr 1:

   Składa się on  ze swetra szarego marki Gina Tricot. Full wypas prosto ze Szwecji.


   Zakupiony w lumpeksie za 8 złotych, Bosko szeroki i powiewający, zupełnie ukrywa fakt, że modelka nie ma jeszcze ciągle dobrego stanika. Pod spodem bluzka, z typu tych, które z jakiegoś powodu świat zaczął nazywać topami. Bluzka utrzymana w tonacji zgniłozielono-beżowej, z motywem lecącego ptaka i jakimś tam napisem o dzikim życiu. Po angielsku. Nieważne i tak jej nie widać. Ale to ona tam, pod swetrem. Marka nieznana, stawia się na M&S.

   Dół stylizacji pażdziernikowej nr 1 stanowią dżinsy Tommy Hilfiger i półglany Kornecki.




   Jak Niezaradna zobaczyła, ile kosztują dżinsy Tommy Hilfiger, to nagle zrozumiała, dlaczego znów uczuła chęć powrotu do dżinsów, choć odpoczywała od nich cały zeszły rok. Tan fatalny, wrodzony pociąg do luksusu, zupełnie niestosowny w sytuacji finansowej Niezaradnej! Jak go sobie amputować?

   Mniejsza z tym. TE dżinsy nie kosztowały Niezaradnej ani złotówki, Ktoś wręczył jej matce reklamówkę ciuchów, bo sytuacja finansowa córki pani doktor zaczęła już być anegdotyczna. Wokół sami krezusi. I tak Niezaradna stała się właścicielką wypasionych dżinsów o kroju typu bojfriendy. Nie wiecie co to? Już wiecie.

    Półglany Niezaradnej kupione nad wyraz okazyjnie i rzetelnie ochrzczone. Jedyna wada - nubuk. Jeżeli chcesz wyglądać niechlujnie, zaniedbanie i krzyczeć o niezaradności swej - noś takie papcie przy non stop depczącej Ci po nogach Dwójce. Kres nadziei na błysk.


    Wykończeniówka: torbisko od Fiżki.



      Torbisko, powtarza się:

 



    Cuuudne torbisko! Kupione w promocji za 160 zł. Zamiast cudnego anglika operującego biust bez skalpela. Prezent od JeszczeMęża uradowanego fuchą i nierozpadnięciem się małżeństwa. 

    Boski gabaryt torby gwarantuje pomoc w takiej sytuacji: 

      ... oraz w przypadku zebrania przez dzieci dwóch kilogramów kasztanów ot tak. Kupujcie wszyscy Ci, co znają problem.

    Podsumowując:



    Dzięki uprzejmości Gburki - przed Państwem kreacja sweterkowa nr 1 za łączną sumę 321 zł. Odrzucając dodatki ( torba oraz obuwie) - 11 złotych. 

   Fajnie być gołodupnym ubranym, jak wypasiony gołodupny. 

   Jak Niezaradna znów podłapie zestawik za szokująco niską cenę pierwszorzędnej jakości, znów wykorzysta długość swej ręki oraz Gburkę. Cyka świetne foty.

   Lumpeksy. Ogromna pasja Niezaradnej, w której odzywa się syndrom poszukiwacza diamentów, gdy tylko przekroczy próg.



   I tylko taka sytuacja z wczoraj: 

   Taksujące spojrzenie sprzedwczyni. I wyrok:

   - Nie, nie ściągnę dla pani tego z manekina. Pani się nie zmieści. 

   Tego przedtem nigdy nie było.

   Tego nie było. 

   I to się Niezaradnej wcale nie podoba. 

   Ale kasy schodzi mniej. Jeszcze kawałek czekoladki? Jasne. Jeszcze się popracuje przecież.

środa, 15 października 2014

Dzień Dziewcząt był w sobotę...

     ... a Niezaradna nie mogła Wam tu powiedzieć. I co? Kto nie wiedział?

    Niezaradna całkiem przypadkowo uczciła Dzień Dziewcząt testem dla Dziewcząt czytających ten blog. I dla Chłopaków też. Bo kiep, kto powie, że męska fryzura jest mniej ważna niż damska. We fryzurze swej, jaka by nie była, trzeba się czuć dobrze. A jest dobrze, jak są czyste włosy.

   Czyste włosy Niezaradna uczyniła sobie w sposób tak dawno zapowiadany, że wstyd się przyznać, że do tej pory nietestowany. Ale cóż. Było jeszcze czym myć, to Niezaradna myła. Skończyło się to, co było do mycia i Niezaradna rzekła: teraz albo nigdy!

   Zwłaszcza, że to dawało szansę na oderwanie się od roboty. Niczemu innemu odrywającemu nie dawało zaś się szans.

   Włosy Niezaradna ma cholernie nieekonomiczne, bo długie. Mocno długie.

   Zatem użyła dwóch szklanek wody i dwóch łyżek sody. Wymieszało się pięknie, co ją zaniepokoiło, bo doświadczeni pisali, że może się nie wymieszać i żeby się nie przejmować. Jej się wymieszało nad podziw, zabuzowało nawet przez moment. Wlała pięknie zmieszane w butelkę po litrowej Cisowiance, bo taką akurat miała. Miarkę kuchenną napełniła zaś wodą z sokiem z jednej cytryny. Wody około 400 ml, jak i tej do sody.

   Najpierw myła wodą sodową. Potem, jako odżywki, użyła wody cytrynowej. Ponieważ absolutny brak poślizgu przy wodzie sodowej był taki dziwny, myła z namaszczeniem. Długo i starając się, by dotarło wszędzie. Potem zlała obficie wodą. A potem z równym namaszczeniem myła wodą cytrynową. Długo i starając się, by dotarło wszędzie.

   I spłukała, ale mniej obficie. Bo woda z cytryną miała zagwarantować lekkie rozczesywanie. I niesianowatość. I - jes, jes, jes! (nadużywając stanowczo klasyki bankruta politycznego). Rozczesało się leciutko, poza końcówkami, gdzie woda z cytryną mniej doleciała.

  Potem czekała w napięciu. I doczekała się.

  I rzekła: nigdy więcej nie stracę kasy na szampon.

  Bo wyglądało tak:



   A z góry tak:



    Co było efektem - jak na Niezaradne włosy - całkiem fajnym. A gdy obejrzawszy fotkę 2, Niezaradna zauważyła, że tkwi jej na czubku głowy jeszcze ciut szczątków cytryny, których to kawałków nie zauważył robiący fotkę krótkowzroczny JeszczeMąż, to gdy się ich pozbyła - to zrobiło się nawet całkiem zajebiście fajnie!

   Poza sianowatymi, latającymi końcówkami, gdzie nie dotarł sok z cytryny, włosy Niezaradnej mogłyby Wam w sposób oczywisty reklamować fakt, że mycie włosów bez szamponu:

  • jest nie tylko zajebiście zdrowe, 
  • radośnie tanie, 
  • ale i cholernie satysfakcjonujące efektem! 


   A teraz posłuchajcie.

  Dziś, 15 października, w dzień tak obficie naładowany świętami, że Niezaradna nie podejmie się Wam ich wyliczyć, to dziś własnie - przetestowano mycie włosów octem jabłkowym. Z okazji, że włosy były już jakieś nie teges. Nie z okazji święta.

  I wszystko wskazuje na to, że ocet jabłkowy, już od dawna przez Niezaradną kosmetycznie oswojony, będzie jednak absolutnym debeściakiem do mycia włosów.

  Ale o tym dlaczego i w ogóle przyjaznym urodzie occie jabłkowym Niezaradna opowie Wam innym razem.

  Wczoraj przeczytała, jak Taka Jedna napisała na zgniłym fejsie:

Eh! Uwielbiam tę moją pracę :)Deszcz zacina, wiatr szarpie drzewami, liście lecą, samochody szumią na drodze... A ja tu sobie w grubym golfie, przy biureczku przed oknem klepię w tę klawiaturkę i popijam herbatkę, a w kuchni bulgocze obiadek i pyszne się zapachy rozchodzą I pomyśleć, że za to mi płacą To tak w skrócie...

    I pomyślała sobie Niezaradna, że tak, to jest Godna Praca.

   Ona sama, w ramach przedawkowania swojej Godnej Pracy, w poniedziałek osiągnęła stan takiej rozsypki emocjonalnej, że ze zmęczenia i stresu ryknęła szlochem JeszczeMężowi w któryś z jego nieczytelnych satanistycznych napisów. Na którejś z czarnych koszulek.

   Bo nawet najbardziej Godna Praca odbija się źle na zdrowiu psychicznym, gdy jej nadużywać.

   Ale wczoraj.

   Wczoraj uznano, że oddała początek góry lodowej zaległości.

   I mogła sprzątnąć niesprzątany od trzech tygodni dom.

   I obejrzeć jeden odcinek serialu.

   I nadrobić jeszcze inne pilne zaległości.

   A że już zaczęło się dzisiaj.

   To dziś Wam przypomni, że mamy październik. Miesiąc Drzew...





  ...pięknych nawet, jak deszcz padaczkuje. Cieszcie się zatem światem z październikiem, Czytelnicy.

   Cieszcie się, póki jest.


piątek, 10 października 2014

Dzień Owsianki - to dziś!

   Nie, Niezaradna nie robi se jaj. Nigdy w życiu z takich spraw.

   Owsianka jest zajebiście fajna. Zdrowa i może być na tyle sposobów, że nie wybrzydzajcie. Nie, nie poda się Wam dziś sposobu. To jest Niezaradnej czas na pracę i doceńcie, że robi, co może, by zdążyć Wam donieść na czas.

    Jeszcze zdążycie - pognać do sklepu po owsiankę, objąć drzewko po drodze (szczególnie brzozy, choć chwasty, emanują pozytywną energią. Inne pewnie też, ale brzozy Niezaradna obadała przez długie lata wnikliwie).

   Jeszcze dla Was - na jutro - dziś do przygotowania. Tu macie przepis. Albo tu. I poczytajcie sobie, czemu w zimne dni, zdrowo jeść rano owsiankę. Ale to wieczorem.

   Teraz spadać z domu na spacer, kto może. Dziś ładny dzień. A Niezaradna dalej do tego Quo vadis.

   Ooooooooch...

   Na szczęście ma wsparcie.




 Żebyście nie zapomnieli - dziś też Dzień Drzewa:


Dziś jest Światowy Dzień Drzewa. O.

   O tak.
 
   Dziś jest Światowy Dzień Drzewa.

   Nie. Niezaradna nie podejmuje się otrębienia każdego święta w roku.

   No ale.

   Drzewa.

   Nad tym się nie przechodzi bez słowa, jak się w dzieciństwie bawiło w driadę i gadało z trwale zaprzyjaźnionymi drzewami.

   Niezaradna była dziwnym dzieckiem. Teraz ma fuksa posiadać podobną do siebie Gburkę i to jest fajna sprawa.

   Ale drzewa. Co z nimi.

   Takie ostrzeżenie dla Was tu.

   Niezaradna dzień 9 października postanowiła spędzić na 100%. I to zupełnie nie zaniedbując roboty.

   I jes, jes, jes, jak rzekł pewien bankrut polityczny. Udało się!

  Dzień na 100%.

  Niezaradna streszcza Quo vadis, sponsorem natchnienia był Petroniusz, mistrz życia na kształt dzieła sztuki.

  Niezaradna nie ma tak wyrobionego gustu, bywa raczej plebejska.

  Ale.

  Październik bywa debeściakiem roku. I jak się tak zdarza, to się rzecz czci.

  I ma to cholernie dużo wspólnego z drzewami.

  Więc Niezaradna ogłasza go Jej Własnym Miesiącem Drzew.

  I będzie walić październikiem po oczach Wam mocno. Jak już nie wytrzymacie, sorry, taki Niezaradnej gust.

  Bo Miesiąc Drzew się czci z rozmachem.

  Dziś się zaczęło.

  O tak:



  Traktujcie rzecz jak zajawkę.

  A czyn na rzecz drzew?

  Będzie to sprawozdanie z sadzenia kasztanów do doniczek, będzie. Spoko.

  To przecież Miesiąc Drzew jest.

  Wyluzujcie, Niezaradna ma dużo roboty. Nie wszystko od razu, okej?

 

wtorek, 7 października 2014

Dbać o sobie, czyli... post refleksyjny

 

    Refleksja nad podłością śmierci refleksją, ale żyć trzeba, jak najlepiej się da. Żeby żyć - badać się trzeba. Żeby wyniki wypadły dobrze - to już do wyboru możliwość, co czynić trzeba. Racjonalnie, irracjonalnie - wedle światopoglądu, wedle rozsądku, wedle wiary.

    Dbajcie o siebie.

    Nie każde choróbsko jest wredne, jak rak trzustki, ukryte niemal do samego końca. Czy Niezaradna ma prawo się wymądrzać?

    Jak rzekła ostatnio, w wakacje się okołorakowo obadała. Ale jest jeszcze jedno badanie przed nią. Badanie odnośnie raka szyjki macicy, ale nie cytologia - każdej jak jedna z Czytelniczek Stąd przysługuje, tylko mało kto o tym wie. Jakieś ekstradokładne i pewne. Bardziej niż zwykła cytologia, z którą pewność zależy od biegłości wykonującego ją. A jak mu się nie chce postarać? Niefajnie.

    Wiadomość precyzyjna z gatunku Niezaradnego, cóż... Prawdą jest, że Niezaradna idzie na nie 24 października i wtedy sprzeda Wam więcej szczegółów. A Niezaradna idzie tylko dlatego, że jej bardziej racjonalna w wyborze zajęcia życiowego matka ma przychodnię obok tej K. I zaobserwowała, że pielęgniarki chodzą. Dopytała i Niezaradną czym prędzej zapisała, z racji, że wiekowo się łapie. Pytanie, czy o o tym badaniu wie ktoś oprócz służby zdrowia.

    W każdym razie Wy się po 24 dowiecie, jeżeli nie wiecie.

    Bo może to każdy wie oprócz Niezaradnej.

    No to teraz może coś ciut bardziej precyzyjnego.

    Jedna z teorii dotyczących raka głosi, że wszelkie jego odmiany wywołane są przez niezdrowy tryb życia. Blubra nie z tej ziemi, niedawno umarła Małgorzata Braunek.

    Ale.

    Póki życia, trzeba dobrze żyć.

    A Niezaradna ma ostatnio wrażenie, że głównie to dla pracy żyje. Plus tyle dnia, ile potrzeba go dla Dwójki. Całe szczęście, że jest Dwójka. Bez niej Niezaradnej w ogóle nie opłacałoby się zmieniać piżamy na ubranie. A tak musi zaprowadzić do przedszkola, przyprowadzić z przedszkola, po drodze zażywszy porcji dziennej przyrody czy kultury dla Dwójki. Ściągają ok. 16, szybkie działania okołoobiadowe, tyle zdań z JeszczeMężem, ile się da nad ich wrzaskami i łapczywym kotem wymienić.

    Poza tym czas schodzi Niezaradnej na czesaniu kota z JeszczeMężem (około 20 minut dziennie), co ma walor towarzyski, bo wtedy można pogadać. Drapanie kota zazdrosnego o laptop - zbierze się z 20-30 minut dziennie. Snu około 4,5 godziny na dobę, z tendencją do 4. Pół godziny do 40 minut marnotrawione na różnych stronach Nierealowych. Godzina czytania w wannie i na klopie.

    Resztę czasu pochłania praca.

    I tu powstaje pytanie: czy to jest dobre życie? I czy to jest godna praca, skoro zabiera tyle czasu?

    Pytanie nie od czapy, drodzy Czytelnicy.

    Światowy Dzień Godnej Pracy - taaak, to dziś!

    To nie ściema. Fejs zakrzyknął to Niezaradnej głosem z Ekologicznej.

    Czy Niezaradna godnie pracuje?

    Hmmm...

    Norma na dzisiejsze czasy zeszła zdecydowanie poniżej krytycznej. Jeżeli weźmie się pod uwagę wynagrodzenie Niezaradnej w stosunku do nakładów roboty, wielu machnie ręką na taką robotę.

   Ale nie Niezaradna.

   Niezaradna niegodnie pracowała zakładając ten blog. I choć zwyczajem Niezaradnej jest podlinkowywanie starych notek, tym razem tego nie uczyni. Po pierwsze nie ma czasu. Po drugie nie ma czasu. Po trzecie - za wiele razy o tym było, by wszystko przywoływać.

   Co to niegodna praca Niezaradna wie.

   Za pracę wykonywaną teraz Niezaradna otrzymuje kasę. Marną, cóż, taki lajf. Trzeba było się nie dać upupić wstrętem do matmy. Będąc kim jest, pracując w domu, póki co cieszy się lepszym okresem. A on wygląda tak, że trzeba stukać, póki chcą brać i płacą. W międzyczasie uderzając z cefałkami i motywcami jeszcze to tu, to tam.

   Dlatego Niezaradna uzna się za szczęściarę cieszącą się Godną Pracą. Nawet jeżeli wymagania ma minimalistyczne.

   Bo nie ma czasu na: rozwój kulturalny, spotkanie z ludźmi, na spełnienie w pasji nie ma czasu, na rower i nawet na Cichego Bohatera Trzeciego Planu też nie (będzie o nim, będzie!), na pielęgnowanie urody zupełnie nie ma czasu, na porządki w domu, na przegląd ciuchów, na zakupy konieczne w lumpeksach. I na nicnierobienie, i na ten blog. Przede wszystkim zaś naprawdę nie ma czasu na seks i to ją wkurwia.

   Ale.

   Nie upodla jej żaden cynik, jak jeszcze niedawno. I nie upodla jej stawka. I nie idzie do pracy z mdłościami z nerwów. I sama sobie panem w dużej mierze, jak lubi. I może pracować na kanapie, jak kocha. I nie musi ubierać się, jak nie lubi. I nie musi spotykać nielubianych gęb. I nie musi się bać swego środowiska pracy. I nie marznie w pracy. I mnóstwo jeszcze innych rzeczy, które kiedyś były jej udziałem.

  Dlatego Niezaradna życzy Wam, byście nie mieli gorzej.

  Praca zapewne jest Waszym udziałem. Niezaradna śmie wątpić w to, że ten blog czytają rentierzy.

  Z całej mocy Niezaradna życzy Wam poczucia, że Wasza praca jest GODNA. I godnie oceniana.

  Aha.

  Żeby nie było.

  Wszyscy, co tak "siedzą" w domu:





  - o Was też tu chodzi.

 Pracujecie. Nawet do JeszczeMęża to czasem mocno dociera.

 Szczególnie po rozmowach z przyjacielem, co wychowuje w domu dziecko, podczas gdy żona zarabia.

 A teraz...

 Miejcie Niezaradną za usprawiedliwioną.

 W tym tygodniu blogowanie to rażący brak dyscypliny pracy, a sama sobie bywa bardzo wredną szefową.

 Może ciut nawalić z notkami.

 Może. Nie musi. Niezaradna obija się, jak szefowa nie patrzy,

poniedziałek, 6 października 2014

Parszywie jest czasem

    Parszywie jest być zleceniowcem, który stukając w klawiaturę pól doby i nie mając czasu na seks, choć fanem Peszkowej nie jest,

    musi ciągle szukać nowego.

    Na wszelki wypadek, Na zaś.

    Bo jakby co.

    Bo przecież.

    Za przedszkole trzeba zapłacić. I portki są za krótkie.

    I gdzieś przecież trzeba zarobić.

    Niestety. To, co przyjemne w zarabianiu, bywa tak efemeryczne. I mało popłatne. Albo wcale.

    Zatem czasem trzeba spędzić niedzielny wieczór gorzej niż pracując.

    Czasem trzeba rozsyłać cefałki i motywce. Tak na wszelki przypadek.

    Rzyg.

    A czasem jest jeszcze parszywiej.

    Bo może umrzeć okładkowa celebrycka gęba.

    I nie wiadomo do końca, czemu tę gębę jakoś lepiej łykało niż inne.

    Ale chyba trzeba iść tropem matkowym.

    Bo matka. I kiedyś napisała o macierzyństwie tak, że Niezaradna pomyślała: o, ja też tak mam.

    I cóż, że dzieci też łypały z okładek decyzją nieobliczalną matki tam wsadzone.

    Matka.

    Trójka, taka niedorosła, mała, dziecinna trójka.

    I cóż. Żałobny fejs. Bo na fejsie przecież tak łatwo wkłada się żałobę.

    Internetowe pójście na łatwiznę? Taaa...

   Ale.

   Czasem ten smutek oblepia więcej niż klawiaturę.

   Bo czasem bywa tak, że żałobny fejs odkleja starannie naklejony plaster i znów się otwiera i babrze ten lęk: dzieci bez matki, dzieci bez matki, dzieci bez matki...

   Czarna dziura obaw. Dna nie odkryje się, choćby lecieć i rok.

   I się myśli o tych dzieciach.

   I o tej matce. I o myślach tej matki.

   I boi się, i boi się, i tak się dalej boi.

   I smutno nad tą trójką. Jak dziś poszły spać. Jak jutro wstaną. I kto je teraz przytula.

   Niezaradna nie obejrzała nigdy żadnego filmu z Anną Przybylską w całości, bo nawet na tym ostatnim z Żebrowskim przysnęła. Niezaradna nie oglądała żadnego serialu, ale z fragmentów Złotopolskich podczas niedzielnych obiadów u swych rodziców zapamiętała. Że Przybylska.

  Takie śliczne oczy. Takie śliczne usta.

  A potem już tylko kolorowe gazety kupowane przez ojca Niezaradnej, gdy dołączano płyty.

  I Pudelek czytany podczas niekończących się sesji karmień nocnych Świra.

  I tak jakoś przylgnęła sympatia, nieważne że absurdalna.

  I teraz nie chce odlepić się smutek, wcale nieabsurdalny.

  Tego lata Niezaradna pochodząca z zaraczonej rodziny zbadała się dokładnie. JESZCZE zaraczona nie jest i nie ma zamiaru być.

  Tylko, kurwa, kto ma taki zamiar?

  I dlatego jest jej parszywie. Nad tą śmiercią, nad tymi dziećmi, nad myślami tej matki, nad tym ojcem samym z dziećmi, nad tą parą, która już nie jest parą. Nad tą, kurwa, niesprawiedliwością.

  Mogliby żyć dwa piętra niżej.

  Mogli żyć na okładkach.

  Smutek oblepia tak samo, a mówić o nim w realu to ogłosić się histeryczką i sensatką.

  Błogosławiony płytki internet. Można powiedzieć wprost: kurwa, tak mi smutno.

  Zapalić internetowy zniczyk jest łatwo. Otrząsnąć smutek nie.



 

sobota, 4 października 2014

Dla szczęściarzy siłownia za friko

    Niezaradna ubolewa.

    Tyłek jej się rozpłaszcza, cellulit uda obłapia, a brzuszysko chyba tylko dlatego nie przelewa, że nie ma za bardzo czasu jeść. Za to kot chętnie przyłazi na drapanie, jak Niezaradna pracuje i wtedy ugniata jej brzuch łapami, bo koty tak już mają. Ot, korzyść z kota taka praktyczna dla figury. Dla roboty - niepraktyczna.

    Koszty pracy freelancera stacjonującego na kanapie. Pracoholizującego ciut ostatnio. Rumak stoi w piwnicy i z dętek powietrze mu złazi z rozpaczy. Cichy bohater trzeciego planu, który kiedyś był pierwszoplanowy, a który zaraz się stanie statystą... A. Niezaradna o nim nie pisała przecież. Spoko, będzie.

    Na szczęście jest Dwójka. I słońce. I nie da się spasować, trzeba wędrować.

    Na plac zabaw wędrować.

    Niezaradna ostatnio czytała taki tam tekst dowcipny o placach zabaw i sklasyfikowała się jako nieuwzględnioną kategorię czytacza. No bo gdzież ma człowiek w domu poczytać, jak nie w wannie czy na - z przeproszeniem - kiblu? Zatem Niezaradna nigdy nie obiera kursu na plac zabaw bez opasłego tomiska w torbie. Bo na czytnik ciągle nie ma czasu nauczyć się wrzucać, za co sama ma ochotę nieraz sobie nawrzucać, bo po coś go chciała w końcu.

    Niezaradna chowa Dwójkę leniwie. I szanuje swój czas. A na placu zabaw czas jest na czytanie. Dwójka eksploruje i się socjalizuje, Niezaradna przenosi się za nimi z ławki na ławkę, jak natrętny cichy wielbiciel. I błądzi przez te mgły wokół Awalonu, bo bookczelendż jej przypomniał, że zawsze miała wrócić do książek kultowych.

   Ale czytanie książek nie odchudza. Jakby odchudzało, Niezaradna robiłaby większe wrażenie niż Anja Rubik, jedna z ofiar holocaustu na niesławnej focie.

   Ale.

   Czasem Niezaradna musi coś załatwić z JeszczeMężem i odbiera Dwójkę z przedszkola samochodem. I wtedy lądują na innym placu zabaw. I tam Niezaradna nie czyta za dużo. Bo tam jest TO:


    O cudowna natchniona myśli, któraś kazała jakiemuś bardziej oświeconemu włodarzowi Dziury postawić tę siłownię w takim właśnie miejscu! Drugą z mniejszą lotnością ustawił między Biedronką a kościołem. Śmiałej koncepcji, która przyświecała pomysłodawcy w wyborze tej lokalizacji, Niezaradna nie będzie dociekać. W każdym razie rzesze nie walą.

    Ale.

    Rzesze nie walą i na siłownię na obrazku powyżej. I tego Niezaradna już pojąć nie może. Znaczy się może. Taki to obciach no. Ruchy nieprzystojne. Rozkroki. Podskoki. Potrząsania. Wznoszenia. Prężenia.

   Tak na oczach ludzkich.

   No jak.

   I dlatego Niezaradna jak do tej pory raz jeden ujrzała kogoś, kto korzystał z tego tam... orbitreka? Może to orbitrek a może nie. Niezaradna nie zna nazw. Niezaradna korzysta.

   A żeby nie musiała dumać o porozbijanych głowach i rozwalonych nosach oraz starciach z rzeszą innych dzieciaków, Dwójka też korzysta. Czasem solowo. Jak widać powyżej.

  Czasem zespołowo. Jak widać tu:



   Czasem wespół z Niezaradną, do czego służy to:




   Bosko jest. Niezaradna się rozkracza na takim czymś, co ćwiczy wnętrze nóg. Czasem podskakuje na tym, co Gburka na wyżej załączonym obrazku. A czasem szusa jak na nartach, fajniej jak bez asystenta z Dwójki. I kolana zadziera na krocząc raźno na bohaterze pierwszego plan z foty najwyżej.

  I ma w trzęsącym tyłku spojrzenia innych rodziców i dziadków, którzy wolą bardziej standardowe formy ruchu. Niezaradna owszem, mogłaby się miotać między tym:



   a tamtym:



   Woli jednakże skorzystać z siłowni za friko.

   Na prawdziwą nie ma kasy. Ani czasu.

   I w takich momentach, że nie mieszka w Warszawie albo innym takim dużym mieście

   ubolewa.

środa, 1 października 2014

O kasztanach, zupie i przekleństwach

     Konsekwentnie oszczędza, zatem i na czasie. Co oznacza, że znów post obrazkowy będzie.

     Jak oszczędza się na terapii dziecka z zaburzeniami integracji sensorycznej?

     A tak:




      Co oznacza, że gorączkę kasztanową można, a nawet trzeba, praktycznie wykorzystywać.

      Oczywiście bez kitu. Jak zaburzenia są, terapia wskazana i refundowana (strzeżcie się tylko szarlatanów, co pozałatwiali sobie uprawnienia, a ni w cholerę nie wiedzą, co czynią). Ale jeżeli tylko nadwrażliwości są - kąpiel w kasztanach jak znalazł. Rąk, stóp... - ile tam zbierzecie, tyle kąpiecie. U Niezaradnej starcza na ręce i stopy dziecięce. Można też, rzecz jasna, dumać o ratowaniu chorujących sympatycznych drzew i je mnożyć. Niezaradna co roku ma rzecz w planach, może wreszcie się zdobędzie.

     Jak nie wylać resztki zupy kalafiorowej?

     Wyławiacie kluchy, jeżeli Wasza zupa je zawiera. Bo Niezaradnej zawiera i młodzież na nie rzuca się najżarłoczniej:




   
      Spoko, pochłaniają wszystkie, nawet najgrubsze i najbardziej gigantyczne.
  
      A Wam zostaje Wam sam wywar z warzywami. O taki:
   




     Rozdrabniacie go według uznania. O tak:

    


     Albo nawet drobniej. Niezaradna miksuje, bo to, co musi uzyskać, za cholerę nie może przypominać zdrowego żarcia. O, tak wygląda miks zupy kalafiorowej Niezaradnej. Z dodaną pietruszką, której za cholerę młodzież nie zje będąc w przytomności:




    A potem już wedle fantazji, byle zagęścić. U Niezaradnej tym razem: jaglanka, pieprz ziołowy, bułka stara, bo było za rzadkie, ciut mięsa mielonego (w wersji wege nie musicie), no i jeszcze zioła jakieś, pieprz czarny, sól. Ale tu szalejecie sobie z czym chcecie. Potrawy Niezaradnej mają to do siebie, że idą na spontan i składniki się ustalają w trakcie. W zależności od tego, co jest akurat po szafach.

    Uzyskujecie nieapetyczną pacię:




     Formujecie kształt zaplanowany jako apetyczny i wrzucacie na olej. Albo na coś zdrowszego, jak macie:






     A ponieważ smażenie na takiej ilości tłuszczu budzi Wasz wewnętrzny skowyt, czym prędzej wylewacie tłuszcz. 

     Skręcacie gaz na poziom ledwo się tli (jak macie idukcję, to sorry, to blog ubogi jest. Niezaradna nie poradzi Wam, jak ją ustawić, bo na indukcję jej nie stać).

     Na skręconym do minimum poziomie grzania smażycie przez cztery godziny bez tłuszczu, klnąc szpetnie:

  • ubóstwo
  • oszczędności
  • ideę niewyrzucania
  • zdrową kuchnię
  • konieczność gotowania, która jest Wam wstrętna
 
     Jasna sprawa to wszystko, co poniżej ostatniego obrazka, nie jest konieczne, by oszczędzanie resztek zupy się udało. Te warunki najłatwiej dopełnić Chujowym Paniom Domu, które nie cierpią stać przy garach.

     Uzyskane pulpeciki ekonomiczne (nazwa oficjalnie uznana przez Gburkę) możecie spożywać same, jako szlachetne saute. Ale to dla maniaków. 

     Dla narmalsów: zapodajecie z najlepszym, najbardziej kultowym sosem, jaki macie na swej liście kultowych sosów. 

     Dla zwyrodnialców: zapodajecie z sosem do spaghetti po bolońsku. 


     Bez krwawych ofiar przejdą tylko obiady słodkie. 

     Może kiedyś coś o nich będzie.