sobota, 29 listopada 2014

Listopadzie, spadaj już

    Tak, JeszczeMąż uzmysłowił Niezaradnej, że wcale nie było tak źle.

    Bez przesady. Kłócili się mnie niż w innych miesiącach. Jeździli każde w ulubioną stronę (co zapewne zmniejszyło częstotliwość kłótni). Dwójka nie chorowała, oni sami też dopiero na finał.

    Ale jednak niech spada ten listopad.

    Choć czy to listopada wina?



      Kuzynie, którego pogrzeb dziś Niezaradna ominęła, wymigując się chorobą.

      Na co Ty, kurwa, liczyłeś?

      I czemu nie zapiąłeś pasów?

      Pasażer, jadący obok Ciebie na najbardziej niebezpiecznym siedzeniu, wyszedł z tego samochodu o własnych siłach. Dobry samochód, poduszka zadziałała. Jemu uratowała życie, Ciebie zabiła. Bo nie chciało Ci się zapiąć pasów.

      150? Naprawdę tak trzeba było? Przecież znałeś ten zakręt doskonale. Każdy tu znał słynny zakręt niemalże na 90 stopni.

      Kuzynie, możesz dziś przyjść straszyć Niezaradną przy jej nocnej robocie.

      To będzie nawet zabawne, w końcu w dzieciństwo zawsze na wspólnych imprezach rodzinnych wywoływaliśmy duchy. Nigdy nie nawalały.

      Teraz Ty nawaliłeś.

      Tylko dupek tak nawala.

      Kurwa, miałeś trzy córki. 14, 9 i 6 lat.

      I były do Ciebie przywiązane. Miesiąc temu przytulały się właśnie do Ciebie, gdy stałeś z rodziną przed kościołem.

       Jak się czuje Twoja matka? Co czuje Twój ojciec? Bracia, którzy nic nie mogli poradzić na to, że lubiłeś tak szybko żyć.

       Twoja żona? Przecież ją kochałeś, prawda? A może przestałeś i miałeś gdzieś, że zostawiasz ją samą, z trzema dziewczynkami, którym dobry ojciec tak bardzo jest potrzebny.

       Dobry ojciec. Za życia, po śmierci.

       Ciężko obronić taki egoizm, jakim emanuje Twoja śmierć.

       O zmarłych nie powinno mówić się źle.

       Zatem już cisza nad trumną.

       Listopadzie, miesiącu skażony śmiercią lub jej przeczuciem... niech już przyjdzie rozpasany, radością oczekiwania zarażający grudzień.

       Ciach.



     

środa, 26 listopada 2014

Tanio... różnie bywa

     Niezaradna i JeszczeMąż paradują zimą w górskich papciach wypasionych marek. Co prawda marki jej buta nikt nie zna, ale przez solidne przybrudzenie jeszcze można dojrzeć, że to dobry but jest.

     Niezaradna zakupiła swe papcie w Turynie, w którym była... 15 lat temu? Jasna cholera, chyba co najmniej tyle, albo ewentualnie 14. Albo 13. Ale nie mniej.

     Niezaradna w tamtym czasie była jeszcze całkiem nadzianą i całkiem młodą panną, choć wydawało się jej wówczas, że jest zarówno biedna, jak i stara. Gówno prawda, młoda była, a stać ją było na samodzielne spłacanie kredytu hipotecznego, kilka razy w roku wyjazdy i na zakupienie sobie w Turynie wypasionych butów górskich, które wówczas robiły znacznie większe wrażenie niż teraz. Na rynek wchodziła dopiero od niedawna marka Alpinus, a magiczne słowo goretex oraz wibram, wywoływało dreszczyk podniecenia snujących się po górach smutasów, którzy traktowali rzecz łażenia po górach bardzo serio. Bardzo. bardzo serio.

    Zatem buty Niezaradnej to był niezły szpan. W Polsce nie byłoby jej na takie stać, ale w Turynie tak, bo jako produkt rodzimy miały bardzo korzystną cenę. Przyjechała i zadawała szyku, łażąc w butach zwłaszcza nie w górach, gdyż w tych bywała tylko raz w roku, a pogoda dobra na wypasione górale zdarza się w naszym kraju co chwila.

    Teraz ani nie szpan, ani nie szyk, ale Niezaradna paraduje w nich niewzruszenie. Bo oprócz tego, że przybrudzone, nie zmieniły się ani odrobinę od stanu, jaki prezentowały, gdy Niezaradna je kupowała. Nie zmechaciły się nawet sznurowadła zaciągane przez Niezaradną szczególnie bezlitośnie.

    Czasami opłaca się wydać więcej, jak dowodzi przykład butów Niezaradnej. JeszczeMąż też hołduje tej zasadzie, mówiąc, że jest za biedny, by kupować tandetę.

    A jednak czasem i on się nie oprze pokusie.

    Ostatnio JeszczeMąż przybył z dwoma pudełkami chusteczek higienicznych z dumą informując Niezaradną, że zakupił je za złotówkę. W sklepie z powszechnej w Dziurze serii "Wszystko po 3.50". JeszczeMąż bywa regularnie, polując na płyty z filmami po 50 groszy. Imponujące kino, ładne wydania - wszystko to, co tworzyło w swym czasie gadżetę, ale nie zeszło, bo było za drogie. Owoce łowów JeszczeMęża stanowią potem treść albo dodatki do prezentów na najróżniejsze okazje wręczanych tym, którym wręczyć je należy, bo oni wręczają również.

    Tym razem JeszczeMąż przyniósł jednak nie filmy, a chusteczki. Niezaradna uniosła brwi zaczynające już krzaczorzyć. Jeszcze się powstrzymując od komentarzy. Pudełko stu chusteczek za złotówkę?

    Testowanie odbyło się szybko, sezon katarowi sprzyja.

    Chusteczki okazały się być towarem naprawdę oryginalnym i na tym chyba ich zalety jako chusteczek do - pardon - smarkania, się kończą. Są one bowiem wykonane z plastiku. A dokładnie z włókniny powstałej z termicznego połączenia włókien syntetycznych zwanej flizeliną.

    Jako takie posiadają dość niefortunną właściwość: po nawet najelegantszym i najbardziej dyskretnym wysmarkaniu się, odłożone bodaj na moment, sprężyście otwierają się, bezwstydnie prezentując wstydliwą zawartość.

    W tej sytuacji nawet JeszczeMąż nie broni swego zakupu.

    Mili Czytelnicy. Choćby nie wiem co, nie kupujcie plastikowych chusteczek do nosa. Bajer to cholernie niepraktyczny.

   Na następną oszczędność namówił JeszczeMąż Niezaradną bez specjalnego trudu. Nieeleganckie ułożenie włosów Świra w trakcie, gdy matka odkurza, nie jest jedynym dyskomfortem dla młodego człowieka. Grzywa wpada w oczy, a spinki od roku Świr uznał za rekwizyt dziewczynkowy, choć biżuterią czasem jeszcze nie pogardzi.

   Po półrocznej przerwie trzeba było wreszcie dokonać postrzyżyn. A jeżeli JeszczeMęż dowiaduje się o salonie o połowę mniej kasującym za operację dokonaną na główce chłopięciej, niż to zwykle Niezaradna płaciła - no to czemu nie?

   Fryzura Świra po postrzyżynach jest bowiem równie bezpretensjonalna, jak krótka.

   Ciężko to spieprzyć, mówiąc wprost.

   No i nie spieprzono. Świr wygląda jak nie on, ale to on, a grzywa nie wpada do oczu.

   Cała operacja odbyła się imponująco szybko, sprawnie i uprzejmie. Choć obskurny raczej wygląd saloniku nie porażał, obsługa miłej pani była fachowa i Niezaradna pełna pozytywnych wrażeń, zabrała karteczkę na program lojalnościowy owocujący dziesiątą wizytą za friko.

   Potem spotkała się z JeszczeMężem wracającym z pracy i familiarnie podążyli do sklepu nr 1.

   Niezaradnej coś podpadło i zmarszczyła nos, gdy Dwójka zbliżyła się, by wręczyć jej na czas pobytu w sklepie czapki, rękawiczki i wszystkie te koszmarki straszące w zimnym sezonie matkę, co się spieszy rano szykując dzieci.

   Potem podpadło jej znów coś. Ale zajęła się czymś innym i dopiero w sklepie nr 2 odleciały ją wątpliwości. TO waliło niedomytym rodakiem. Kto z Was jeździ(ł) komunikacją publiczną, na pewno poznał ten odór. Niezaradna będąc szczególnie wyczuloną na zapachy, i te piękne, i te wręcz przeciwne, wzdrygnęła się i spojrzała posępnie na dżinsy JeszczeMęża.

   Panie i Panowie. Żeby w kwestii była jasność. JeszczeMąż myje się równie często, jak gdera, czyli bardzo często.

   Ale.

   JeszczeMąż pracuje w placówce państwowej świadczącej usługi socjalne. I w ramach obowiązków służbowych bywa w miejscach tak odrażających, że zwykłą praktyką jest zaopatrzenie jego kieszeni w jednorazówki, przez które naciska klamki. Często wzdraga się usiąść. Często jednak nie ma wyjścia.

   Niezaradna stwierdziła, że pewnie nie miał wyjścia.

   Ale nie. Dżinsy JeszczeMęża, tuż po ściągnięciu z suszarki, którą ostatnio Taka Jedna tu bywająca raczyła obdarzyć łaskawym słowem, pachniały jedynie mydłem marsylskim.

   Natomiast, gdy Niezaradna w rozczuleniu zamierzała wycałować wygolony na rekruta łepek Świra, TO sprawiło, że cofnęła się ze zgrozą.

   Bo to Świr emanował odorem niedomytego rodaka. A dokładnie jego nowa fryzura, nie do zburzenia przez żaden odkurzacz.

   Wyobraźnia Niezaradnej zaczęła naprędce podsuwać jej wizje tego, co jeszcze prócz odoru mogło się czepić główki Świra w salonie z ceną za strzyżenie 5 zł.

   JeszczeMąż przyjął bez protestów oznajmienie, że Niezaradna, jak do tej pory, będzie bulić za fryzurę Świra dychę.

   Główka Świra została umyta dwukrotnie. Nie w sodzie. W szamponie Bambino.

   Musiała pachnieć z daleka, by Niezaradna uwierzyła, że wszystko wróciło do normy.

   Teraz duma tylko, co mogło wywołać odór? No przecież nie maszynka do strzyżenia. No przecież nie nożyczki. Zapewne woda do nawilżenia w specjalnym pojemniczku z pompką. No bo jak nie ona, to co?

  Panie i Panowie.

  Czytelnicy.

  Z tym, co tan tanie, że aż zdumiewa - ostrożnie.



   Bla, bla, bla.

   Za dobre trzeba czasem zapłacić. Bywa.

   Niezaradna ma szanse fifti-fifti. Może żyć cholernie długo lub tragicznie krótko, sugerując się rodziną, dziedziczeniem i tak dalej.

   Jej włoskie papcie górskie na pewno będą jej służyć do finału, chyba że wpadną pod kosiarkę.

   Co może im uczynić JeszczeMąż, który marzy o Niezaradnej w eleganckich kozaczkach.

   Bla, bla, bla.
 



   

sobota, 22 listopada 2014

Bogini skarcona

    - Mamo, psujesz mi fryzurę!

    Usłyszała Niezaradna w całym dostojeństwie swej boskości podczas odkurzania, gdy prąd powietrza uniósł przydługawe włosy Świra.

    Ups.

    Bogini. A wyczucia stylu za grosz.


 


   Wpis służy li i jedynie rozładowaniu ciężaru gatunkowego swego poprzednika, mili Czytelnicy. 

   No i Niezaradna ma poczucie, że zaniedbuje bywających tu - bądź co bądź - mężczyzn. 

   Panowie. Dzięki, że nie pozwalacie boginiom odlecieć za daleko od życia!

Moc. I niemoc.

    Nie ma co tu kryć, Panie i Panowie.

    Niemoc jest. Powszechna.

    Listopad kłujący zimnem do wnętrza gnatów, mgłą wszystko otulający. Światła tak mało, że Dwójka zabrana po przedszkolu na posłuchanie u paczkomatu i zakupy, po powrocie do domu żąda kolacji, bo już przecież jest noc. W sumie ekonomicznie, zwykle zjadają kolejny po przedszkolu obiad.

   A dorośli wołają o lampy solarne i pytają, czemu tak drogo.

   Jak drogo, to Niezaradna dziękuje bardzo. Świeczki muszą starczyć. A jak roboty kupa, to i tak nie ma czasu wzroku znad kompa podnosić i siedzi się tylko przy małej lampce z zimnym światłem ledowym. Za grzanie robi kot i laptop na kolanach. JeszczeMąż cały tydzień w zasadzie nieobecny, co robocie sprzyja. Nocnej. W dzień się przesypia, jak Dwójka w placówce oświatowej. Potem się uwija.

   Noc nie podpada niczym szczególnym. Noc jak noc. Listopadowa jest podobna każdej innej, gdy się siedzi i klepie.

   Panie i Panowie. Czy nie przegapiliście wczoraj Dnia Życzliwości? Wiedzieliście, że minął? Nie? To już wiecie. Jeżeli ktoś Wam okazał dziś życzliwość, to i tak raczej nie z powodu święta. A jak nie okazał, to co się wkurzać, że taki podwójny cham.

   Z życzliwości zatem dla Was, mili Czytelnicy, którzy wdrepnęliście tu już przeszło dwadzieścia tysięcy razy (przed pierwszymi urodzinami? zakładając ten blog i postanawiając go nie promować, Niezaradna nigdy by o takiej częstotliwości nie marzyła) - dziś Niezaradna zdradzi Wam sekret.

   Sekret ma jakieś dwa dni, albo kilka setek lat. Jak wolicie.

   Dla sceptyków będzie, że od dwóch dni Niezaradna zupełnie zbzikowała i po sekrecie. Reszta może czytać dalej.

   To już jest jasne.

   Już Niezaradna wie.

   Wie, kim była w swym pierwotnym życiu.

   No jak to kim. Boginią oczywiście.

   Czasem to sobie przypomina. Kto czytał, to już wie, kiedy.

   Listopad jednak cholernie takim zrywom nie sprzyja.

   Zwłaszcza, gdy dzięki mocy bloga człowiek wyzbywa się siat od lat zaległych (Agnieszko, Twoja inicjatywa była kamykiem, co ruszył lawinę! Dzięki!), ogarnia życie, zakupy, zamysły na leżakujący tygodnie piernik świąteczny, tydzień matki samotnej i gna, gna, aż opada wieczorem nad kompem, by brnąć przez tego Herodota z nielubianym Kapuścińskim, którego trzeba streścić, a tak cholernie długi jest i jeszcze to, i to, i to.

   Nie, to nie jest czas bogini.

   To kiedy jest?

   Zawsze jest.

   Zawsze był.

   Kiedyś, kiedyś i jeszcze miliony kiedysiów temu, Niezaradna nią była. Czystej krwi boginią. Któregoś dnia dzika bogini zakochała się w człowieku. No nie pytajcie, jaki on był. To chyba jasne, że nieziemski.

   Ona mogła wyglądać tak:



    albo tak:



   Na pewno parała się magią.

   Czasem sama:



   czasem z kumpelkami:



   Czujecie, o co chodzi.

   Niezaradna nigdy nie dała rady zmęczyć Biegnącej z wilkami do końca.  Ale czuje jej każde słowo całym swym jestestwem. I czasem udaje jej się obudzić w sobie tę cudowną, dziką kobietę, którą kiedyś była. Kiedyś coś Wam już o tym plotła.

   Rzecz w tym, że od czasów tamtej pierwotnej bogini, którą była, strasznie jej się rozrzedziła krew. Potem do tego doszły jeszcze te wszystkie straszne rzeczy, które kobiety zaczęły robić sobie same, bo tak im nakazali mężczyźni i one uwierzyły, że mężczyźni wiedzą. Nawet, gdy je krzywdzą.

   Kryzys kobiecej mocy jakiś mamy potworny. Czasem chciałoby się pytać: czemu kobiety kobietom gotują ten los?

   Niezaradna jest marnym atomem mocy.

   Ale i tak jest boginią.

   Wie to na pewno, bo woła inne boginie, nawet gdy nie robi tego po imieniu. Przychodzą. Są. Prawdziwe kobiety. Dają Niezaradnej moc w żagle i może lecieć dalej przez to życie, zakupy, zamysły na leżakujący tygodnie piernik świąteczny, tydzień matki samotnej i gnać, gnać, aż opada wieczorem nad kompem, by brnąć przez tego Herodota z nielubianym Kapuścińskim, którego trzeba streścić, a tak cholernie długi jest i jeszcze to, i to, i to.


   W domu Niezaradnej rośnie czystej krwi bogini. Jest samoświadoma, mądra, pełna pasji i miłuje wolność.

    Jak tego nie zgubić, jak nie uszkodzić - Niezaradna może pomóc jej mieć pewność, że boginią jest. Może po takiemu to robić tylko na kształt, jaki wczoraj jedna z odwiedzających to miejsce bogiń odlała.

   Bo Niezaradna zobaczyła w ostatnich dniach historię bogini, jaką była. Całą. że szczególikami.

   Weźmie ją ze sobą do grobu, pogodniej jednak będzie jej żyć ze świadomością, jak to było.

   - Teraz jestem poszukiwaczem pieniążków, ale jak dorosnę będę pisarką - rzekła Gburka, czystej krwi bogini,

   Moc cała na to, by poszła w swych marzeniach, jakkolwiek one nie ewoluują, dalej niż Niezaradna, która pisze jedynie i aż ten blog.

   .........................................................................................................................................


Bumn, trrrrrrrrrrrach, grzzzzzzbrrrrrzzzzzffrrrrrrrrrrrtrammmmmmmmmbrdaaaaaaaaammmmmmmm...

... bęc, bęc, bęc...

............


DUUUUUPSSSSSSSSSSSS!


... z wielkiej wysokości....

   Tracąc wczoraj dzień cały i noc na górnolotne wpisy, Niezaradna gdzieś zgubiła puentę.

   Nie szkodzi. Przyniósł ją dzień.

   Pan i władca wrócił i potraktował boginię najpierw jak bóstwo.

   A potem walnął ostro z tonu małżeńskiego i przywołał kurę domową do porządku.

   Bo syf w chacie.

   Czyli jednak nie-bosko, auć.

   A potem Sama Ona, Bogini w ciało nieastralne uchwycona, zgotowała matce takie piekiełko, jakie tylko jej nieokiełznany dziki duch potrafi rozpętać.

   I Niezaradna upadła. Nienawidząc siebie samej, po dwóch godzinach wkropiła klapsa. Sama siebie nienawidząc.

   I poczuła się, jak śmieć, nie bogini.

   Gdzieś w głębi siebie samej zapłakała.

   Niemoc.

   ..........................................................................................................................................

   Idzie noc. Czas Niezaradnej.

   Błogosławiony czas.

   Niezaradna dziś będzie uczciwie pracować. Ma wielkie zaległości.

   I znów odleci górnolotnie. I będzie jej ciepło i słonecznie. Mimo listopada.

   A wszystko przez to.

 


  Znajdźcie sobie coś, co da Wam poszybować.

  Mimo listopada, mimo nie-boskości, mimo braku światła.

  I bądźcie boginiami, jak zwykle.

 

środa, 19 listopada 2014

Przyszłość narodu... i bliższa przyszłość

    Gburka jest niezwykle uświadomiona obywatelsko.

    Najbardziej ekscytującą sprawą ostatnich dni były wybory, w których rzecz jasna, miała swego faworyta. Szczęśliwie zdarzyło się, że zbieżnego z faworytem Niezaradnej, zatem można było spokojnie oddać jej swój głos i sprawić młodej obywatelce frajdę.

    Gburka wybrała swego kandydata na podstawie zauroczenia otrzymanym do skrzynki listem, odręcznie przez kandydata podpisanym i na podstawie wyjaśnienia jej, co w rzeczonym liście widniało. Fakt, że kandydat dostał się rzeczywiście do Rady Miasta, niezwykle uszczęśliwił Gburkę i zdumiał wielce Niezaradną.

   Bo to jakieś nieDziurowe, żeby przeszedł człowiek spoza układów, młodziak, który w jakiejś swojej tam swej małej działce jest ideowcem. To po prostu miłe. Ale nie o tym tu miało być, tylko o Gburce.

   Bardzo podekscytowana tematem, a zatem zasypująca Niezaradną pytaniami Gburka zyskała wystarczającą wiedzę, by oznajmić, że w przyszłości ona również weźmie udział w wyborach.

   Bo chodniki są krzywe, samochody zagradzają na nich przejście. Pełno jest też psich kup i śmieci. I placów zabaw fajnych nie ma. I ona by to lepiej zarządziła "niż ci panowie, co teraz rządzą".

   Program wyborczy Gburki, może minimalistyczny, ale bardzo się Niezaradnej spodobał. Zatem jak najbardziej wspiera Gburkę w jej planach. Może ktoś z tego domu zrobi karierę.

   Póki co, powstał pierwszy plakat wyborczy.


 

    Na dole plakat Gburki. Na górze plakat jedynego kota na świecie, który ma swój plakat wyborczy.

    Każdy w rodzinie go otrzymał. Widocznie Gburka ma strategię, że w kupie siła i nie masz jak familiarny atak floty zjednoczonych sił.

    Panie i Panowie.

    Gburka to ideowiec. Wierzy w szansę na pozytywne zmiany. Na poletku Dziurowym, ale nie tylko. Ma w przedszkolu edukację kosmiczną, zna się zatem już na kawałku świata.

    Dziś Niezaradna będzie wspierać w kampanii wyborczej Gburkę i jej mniej przebojowego w temacie brata.

    Te dzieci to przyszłość narodu w jak najjaśniejszych barwach.

    Niezaradna dba o ich krzepę fizyczną, choć od czasu do czasu ulegnie, jak to miękka matka i da się naciągnąć na słodycze:



   Ale to naprawdę obiecujące dzieciaki są.

   Niezaradna nie ściemnia.

   Nawet w tej fotce:



     Gdyby to była ustawka, Gburka czytałaby na niej coś światlejszego niż Martynkę (tak, pewne słabości zdarzają się najlepszym...). Lekturze Świrusa nic zarzucić nie można. Jest wystarczająco szalona dla Świrusa i to wyższe loty.

     Panie i Panowie. Niezaradna ma wielką misję ocalenia wiary w ideały swej dziatwy jak najdłużej.

     Zatem dziś będzie agitować.

     O głosy.

     Na tej stronce znajduje się między innymi szkoła przyszła Gburki i Świrusa.

    W gwałtownej potrzebie renowacji zabytkowych toalet rodem z czasów wczesnej musierowiecczyzny. Czyli z epoki dobrej dla literatury młodzieżowej, ale nie dla - z przeproszeniem - szkolnych kibli.

    Niezaradna nie wskaże Wam szkoły. Przecież jest anonimem w tej sieci ogromniastej, gdzie o anonimowość wcale nie jest łatwo.

   Ale jak zagłosujecie na szkołę znajdującą się w pierwszej dziesiątce, w miejscowości na literkę G jak ... , czyli Dziura - to może Wam się uda trafić w szkołę?

   I Gburka oraz Świrus pójdą do placówki oświatowej, która ładną toaletę będzie miała dlatego, że dzieci ją sobie narysowały.

   To fajna sprawa dla wiary w ideały. A żal ich nie mieć już we wczesnej młodości.

   Z góry dzięki w imieniu przyszłej elity politycznej tego narodu.
 
 

niedziela, 16 listopada 2014

Niezaradność - dlaczego?

    Panie i Panowie.

    Pod poprzednim wpisem Jedna Taka wyraziła powątpiewanie w to, że Niezaradna winna zwać się tak a nie inaczej. Że gdzie, a skąd, tyle nowych rad, itepe, itede.

    A Niezaradna odrzekła, że udowodni jej, że na ksywę swą w pełni zasługuje.

    Poszło jej to tak niesamowicie dobrze, że można by orzec, że jest całkiem zaradną osobą, gdyby nie udowadniała swej niezaradności właśnie.

    Najpierw zamierzała się wykazać tym:



   i tym:



   i tym:

 
   To dokonania Niezaradnej w efekcie niemocy stanięcia oko w oko z szafą dziecięcą.

   Wszystko co widać na wyżej załączonych obrazkach to ciuchy, które trzeba sprzedać.

   Z całego serca Niezaradna pragnęłaby je móc wydać charytatywnie, zawieźć do jakiejś pożądającej szlachetnej instytucji czy nieściemniającej, a tkwiącej po uszy w potrzebach rodziny i mieć z całokształtem święty spokój.

   Niestety, ciągle jest to dziennik ze stanu biedy. I każde 50 zł za takowe ciuchy zdobyte jest pożądanym. Bo gwiazdka, mikołaj, bo życie.

   I trzeba by je wystawić, bo to tylko te z sezonu zimowego. Mało dekoracyjne, wiele zagracające i maskarycznie niepożądane na stanie.

   Uparcie są. Bo żeby wystawić, trzeba je obfocić, pomierzyć, opisać. A potem zmagać się z chimerycznym podejściem potencjalnych klientek, które nigdy nimi nie będą, ale chętnie powypytują i pomarudzą.

  Rzyg.

   A sezon zimowy już wkracza. I tylko skrajnie nieodpowiedzialna matka, albo Niezaradna nie zapatrzyła dziecięcia w odzież zimową.

   I kto to kupi? A gdzie pomieścić te, które pasować będą? Czym oddychać? I skąd wziąć brakujące 50 złotych pod koniec miesiąca?

   Jeżeli to nie jest dowód niezaradności, to już Niezaradna nie wie co nim jest.

   Stój! Nie wiedziała.

   Od wczoraj, od godziny 23 już wie.

   Szczyt niezaradności wygląda tak.

   Pracuje się pisząc. Pisze się pół miesiąca, regularnie zdradzając robotę z netem i wszelkimi innymi działaniami pozoranckimi.

  I tak sobie, coś tajemniczego wciskując, odnajdując magiczny klawiaturowy skrót, którego nie zna nikt, nagle zmienia się całą swą robotę w krzaczki. Cała robota to jakieś 120 tysięcy znaków - dane dla obeznanych w temacie, dla nieobeznanych - około 70 stron pisaniny. Krzaczki wyglądają tak:

 Ā ỎӪŒ ӊረӊĀoỠӪŒmĀlỴӪŒpĀ ἊӪŒiĀg἞ӪŒdĀąἲӪŒzӊ౔ӎĀ ὂӪŒ,ሌӊĀi὘ӪŒlĀbὪӪŒ ĀkᾄӪŒ ĀaᾐӪRnĀeᾦӪRpĀmιӪRe୴ӎĀi῔ӪR ĀcῪӪRkႄӊ஬ӎĀa ӪRąႼӊைӎĀg‖ӪRnĀć•ӪRgᖨӊӊĀ ӪRnӊॄӎĀ                ›ӪRsĀl⁐ӪRaနӊĀm⁰ӪRgሌӊૌӎĀ ₌ӪŒnಌӎĀaₚӪŒiĀi₨ӪŒzቼӊĀs₺ӪђnጤӊĀk⃒ӪŒ ገӊඤӎĀp⃦ӪŒtවӎĀwℂӪŒ

   I tak przez całość, mili Czytelnicy. Się próbuje coś zrobić. Ale się nie robi.

  Jeszcze się próbuje.

  Jeszcze. Jeszcze i jeszcze.

  I dalej nic.

  Przybywa Pogotowie Ratunkowe.

  JeszczeMąż jak zwykle beszta Niezaradną.

  Za niezabezpieczanie ważnego dokumentu. Na pendrajwie. Na serwerze. Na poczcie choćby.

  JeszczeMąż jak zwykle ma rację.

  Kiedy mija jednak godzina i krzaczki nadal nie chcą przestać być krzaczkami, robi się krytycznie.

  JeszczeMąż nie polega tylko na sobie.

  Szuka. Wbija w gugla hasła, których Niezaradna nie potrafi powtórzyć już po minucie.

  Robi się krytycznie. Między Niezaradną a JeszczeMężem. Krytycznie i napięcie narasta.

  Mija godzina druga i Niezaradna już nie ma pomysłu, jakie tu jeszcze wynaleźć sobie pożyteczne czynności dla domu, by nie rzucać się w oczy JeszczeMężowi.

  Bo gdy się rzuca, napięcie i tak napięte do ostatnich granic narasta. I narasta, i narasta. Jak chlaśnie, mogą być ofiary. Nieodwracalne nawet.

  Niezaradna usiłuje sobie wyobrazić jak spędzi drugą połowę miesiąca realizując robotę przewidzianą na miesiąc. Żegna się w myślach z resztą życia. Z tym blogiem też. I zadaje sobie pytanie: jak żyć.

  Mija czwarta godzina siedzenia JeszczeMęża nad laptopem Niezaradnej.

  Część dokumentu zostaje przywrócona.

  JeszczeMąż nie wie jak. I nie wie, czemu tylko część.

  Po połowie godziny przywraca jeszcze część. I mówi do Niezaradnej: Zrobione, straciłaś tylko 12 stron.

  A ona wtedy robi tak:



 
  Bo - powiedzmy to sobie, Panie i Panowie - to małżeństwo dobrane na zasadzie przeciwieństw.

  I gdzie ona nie może, tam on zawsze może.

  I niezależnie od kombinacji stworzonych przez Niezaradną, zawsze wszystko odkręcił.

  Jakoś.

  A teraz, te 12 stron, to ona naprawdę, jakoś tak naprawdę, boleśnie prawdziwie będzie musiała napisać.

  Znów.

  12 stron.

  Dno.

  JeszczeMąż, z wyrazem wybitnej niechęci do małżonki w oczach, idzie przeżyć coś pozytywnego i zagrać w grę o pancernych czołgach. Rozwalić Niemców, albo aliantów dla odmiany.

  Niezaradna z rezygnacją siada i wpatruje się w odzyskany dokument i zaczyna go przesuwać.

  I jeszcze raz.

  Jeszcze raz.

  Spokojnie.

  Jest cały.

  JEST.

  KURWA.

  CAŁY!!!

  Teraz dopiero Niezaradna wlewa sobie do szklanki potężną dawkę łiskacza i wypija połowę jednym chaustem.

  Gdy JeszczeMąż wraca pokonawszy niezidentyfikowaną Niezaradnej siłę wroga wieczór przybiera gwałtowny zwrot. Podsumowując całokształt, zilustrować go może jedynie tak ścieżka:




  Panie i Panowie. Czytelnicy mili.

  Zapisujcie ważne dokumenty w kilku miejscach. Najróżniejszych.

  Zabezpieczajcie.

  Bo Niezaradna nie napisze Wam, jak się odwraca krzaczki. JeszczeMąż nie ma pojęcia, jak je odwrócił, I net milczy na ten temat.

  A poczynić je można jednym ruchem. Oczywiście przy pewnej dawce niezaradności.

  Nie każdy ma jej aż tyle, co Niezaradna.

  NIEZARADNA. Właśnie tak.

 

 

piątek, 14 listopada 2014

Po. Jak żyć?

    Tak, tak, Panie i Panowie.

    Nie za bardzo się Niezaradnej pisze. Sabaty dezorganizują, sieją rozprężeniem i mają przykre konsekwencje w postaci zaległości na polach tak imponujących, że w dzienniku ze stanu ubóstwa należałoby się może z obfitości czegoś cieszyć.

    Ale się nie cieszy.

    Tylko doliną pełną trupów wędruje, na próżno wypatrując jakiegoś błękitnego skrawka wśród chmur.

   Czy sabat się udał?

   Cóż. Co prawda zaczął się chujowym akcentem:



     Tak. Niezaradna nie byłaby Chujową Panią Domu, gdyby nie spieprzyła chleba pieczonego w sposób równie oczywisty, jak oklepany, co drugi dzień. Tym razem miał być to jednak chleb pieczony dla dwóch wiedźm, które nie mogły uwierzyć, że Niezaradna piecze osobiście chleb. Na zakwasie. I że przywiezie im ten chleb, na dodatek w wersji pełnoziarnistej.

    No to chleb był. Upieczony przez Niezaradną. Na zakwasie, pełnoziarnisty.

    A czy wiedźmy łyknęły, że Niezaradna piecze co drugi dzień? Być może, być może. I zaczęły gorąco współczuć jej rodzinie.

   Ale poza tym było perfekcyjnie. Niezaradna, jako jedyna pośród zebranych kura domowa, nie tylko nie ustawała w gadce i przy kielichu, ale jeszcze dokonała szeregu wyczynów niestosownych dla gołodupnego freelancera.

  Była w knajpie. Drogiej. Rozbijała się taksówkami (nie! nie liczy się! nie płaciła). Zakupiła dwa uświadomione staniki, które teraz w cudny sposób naprawią jej afrykański biust (dwa! jak się okazuje - Niezaradna ma zajebiście ekonomiczny rozmiar, przynajmniej w sklepach, które oferują modele staników wzorcowych za 1/3 ceny).

  Zakupiła też suweniry dla JeszczeMęża i Dwójki. O, między innymi miejscowe pamiątki:




   A potem upewniła się, że jej awersja do podróży kolejowych nie była ni w cholerę nieuzasadniona.

   W domu powitała ją atmosfera wskazująca na to, że jej wypady raz na jakiś czas są jak najbardziej pożądane.

    Na koncie powitała ją sytuacja wskazująca na to, że jej wypady raz na jakiś czas są jak najbardziej niewskazane.

   Czy hydra zaległości przygniotła Niezaradną?

   Hydra zaległości, listopad bury, niezakupiona kurtka zimowa dla Świra, perspektywa mniejszego zarobku na grudzień i skopanej szansy na jedną pracę.

   I senność. Senność.

   Cóż robić, cóż robić?

   Co prawda można sączyć łiskacza oglądając z JeszczeMężem nad wyraz porywający serial, którego akcja rozgrywa się w Bieszczadach. W Bieszczadaaaach!

   Ale.

   Serial za moment się kończy, a tkwienie na urlopie z uporem maniaka, ni w cholerę nie poprawi sytuacji.

   Tyrać trzeba.

   Jak podołać listopadowi, tyraniu i poczuciu, że wakacje się skończyły i zachować żyły oraz rozsądek w całości?

  Świeczkoterapia. Panie i Panowie - świeczkoterapia.

  Nie kosztuje wiele. Zużywacie, co macie pod ręką. I nie mówcie, że nic nie macie.

  Zawsze coś się znajdzie. Czasem wręcz do spalenia na gwałt. Jak u Niezaradnej. O:




 
   Nawet najdenniejsza, najbardziej zdechła świeczka, przeraźliwie niekatualna wigilijna, gdy za moment zjawi się aktualna - absolutnie każda - ma w sobie moc. Płomień. Spróbujcie.

  Rozjaśnia nawet najbardziej ponury i beznadziejny dzień listopadowy.

  I jeszcze jedno.

  Drzemka. Cenna nawet, gdy trwa tylko 10 minut - Niezaradna w chwili krytycznej pozwala sobie na takie sety. Działają - sami zobaczcie:




   A jak chcecie - to poczytajcie dłużej.


  Uwagi techniczne:


  • nim zostawicie świeczkę, upewnijcie się, że nie ma na nią ochoty skoczyć Wasz kot. Jeżeli go nie macie - luzik. Jeżeli nie macie współspacza, który mendzi Wam, że od świeczki mu duszno - jeszcze większy luzik. 
  • nim zapadniecie w drzemkę, uroczyście sobie obiecajcie, że nie nastawicie na budziku opcji drzemka z opóźnieniem, gdy zadzwoni. I nie wyłączycie tym sposobem budzika w ogóle. 

   Korzystajcie. Każdego stać na tyle luksusu.

   Skoro stać Niezaradną. I to po rozpasanym sabacie. 


 
 

sobota, 8 listopada 2014

Nic. Tylko radocha.

    Panie i Panowie.

    Za moment Niezaradna zacznie wielkie pławienie, Włosy zostaną poddane wszelkim rytuałom ze szczególną starannością. Odbędzie się strategiczne planowanie z uwzględnieniem prognozy pogody: zestaw nr 1? Czy zestaw nr 3? Nagotowane zostały zapasy zupy. Piecze się chleb.

   Naszykowano też alkohol.

   Niezaradna się zrywa. Hydra zaległa robota już szczerzy ironicznie zakrzywione kły. Ma dziką uciechę.

   Ach, pieprzyć ją. Skoro dławi Niezaradną już teraz, po powrocie zapewne po powrocie będzie wyglądało to tak:


 

   Ale - Panie i Panowie - kto by się temu oparł...




 Dobrego weekendu dla Was!

 Niezaradna leci na sabat.

czwartek, 6 listopada 2014

Taka Matka - historia z happy endem?

     Pamiętacie Matkę Miśka?

     Ci, co tu byli już wtedy, w maju, może nie zapomnieli.

     Dziś Mama Miśka powiedziała Niezaradnej: Będziemy musiały się pożegnać.

     Niezaradna wytrzeszczyła oczy i już chciała się martwić. Że dlaczego, przecież tak było, no jak to.

     Ale oczy Matki Miśka się śmiały.

     To zaczęła słuchać.

     Że nie, nie wraca do TAMTEGO przedszkola.

     Że znalazł się dobry człowiek. I polecił Miśka do pewnego ośrodka pod Dziurą. Jak ona usłyszała o tym, i transport jej nawalił, bo znajomi się spóźnili, to wsiadła na skuter i tam pojechała. Żeby tylko zdążyć na spotkanie. I udało się. Już wie. Od wczoraj. Misiek będzie tam.

    Przyjeżdżać będą po niego codziennie i odwozić. I będzie taka, i taka, i jeszcze taka terapia. I jak go to rozwinie, naprawdę tak, bo będą z nim, naprawdę z nim pracować. A tu...

    Rozejrzała się i wyszły. Było im ze sobą po drodze tak wracać razem.

    Nie, nie było łatwo. Codziennie słuchała, jaki Misiek był niegrzeczny. I uwagi robiła jej pani dyrektor, że to jednak jest przedszkole nie dla Miśka. I jakie z nim są problemy.

    I pewnie teraz pani dyrektorka też zrobi problemy. Bo Misiek zniknie już, teraz. I będzie trzeba zapłacić za cały rok i tak. Bo wcześniejsze zerwanie umowy.

    Czy Matka Miśka płaciła czesne za chore dziecko? No oczywiście, płaciła. Tak, pani dyrektorka dostawała subwencję za chore dziecko w przedszkolu. Trzy tysiące. Ale czesne kazała płacić i tak.

    Więc Matka Miśka płaciła.

    A na potrzeby Miśka przedszkolu został przydzielony etat dodatkowego opiekuna.

    No jak? Niezaradna się zdumiała. Przecież Misiek jest w grupie ze Świrem. I tam jest jedna pani, pani Rita. Na ogląd Niezaradnej to ona zbyt musztruje, ale Świr ją wielbi...

    Ale musi, powiedziała Ona, musi być pani dla Miśka. Taki przepis.

    No to gdzie jest ta pani?

    Cholera wie. Matka Miśka się śmieje. Może zajmuje się czwartą grupą, która została przecież otwarta po przyjęciu Miśka.

    Matka Miśka się śmieje, ale tylko chwilę.

    Co powiedział dyrektor w tym nowym miejscu pod Dziurą? Że to skandal, że ona płaciła czesne. Że to jest kradzież. No i gdzie jest ta dodatkowa pani dla Miśka? Przecież gdyby była, jego Matka nie musiałaby wysłuchiwać codziennie skarg. No bo przecież ostatecznie Misiek jest chory, no nie? I indywidualna opieka potrzebna jest, gdy dziecko tak chore uczęszcza do placówki zintegrowanej.

    No tak.

    Nie, Ona nie będzie walczyć, jeżeli dyrektorka zażąda od niej kasy za ten cały rok.

   Tak, Niezaradna rozumie. Ona ma inną walkę. I jest w niej cholernie dobra.

   Niezaradna ma też inną walkę.

   Zagryzła więc wargi i nie walczyła, choć gotowało się w niej, gdy w wakacje pani dyrektorka zwolniła cichcem jedną z pań pracujących w przedszkolu.

    Bo za stara. Oczywiście brzmiało to inaczej. Nie chciała się rozwijać. Eufemizm taki tam. Pani była za stara i to wszystko. Nie, nie emerytka. Ale nie ma lat dwudziestu, a pani dyrektor ma trzydzieści i jest typem restrykcyjnym. Dwudziestki tuż po studiach łatwiej musztrować z wyżyn swego doświadczenia matki. Panią z wieloletnim doświadczeniem - mniej zręcznie, gdy nie ma się żadnych doświadczeń w pracy w przedszkolu.

    Państwo mogą wziąć dzieci do innej placówki - usłyszeli rodzice, co przyszli z protestem, bo akurat nie byli na wakacjach, jak Niezaradna. Zorganizowali się błyskawicznie. To była naprawdę dobra dla dzieci pani. Dla dzieci tak, dla pani dyrektorki nie.

    Państwo mogą wziąć dzieci do innej placówki - ależ oczywiście, ależ tak. Tylko dzieciom jest tu dobrze już. Polubiły swoje panie. I niełatwo znaleźć przedszkole od września, gdy już lipiec.

    Polityka pani dyrektor wobec pracownic przypomina przysłowiowy karny batalion. Za 1300 miesięcznie jest co robić. Wszystko sprawdzane, ciągle monitorowane, pani dyrektor krąży między salami, jej dzieci są wśród przedszkolaków. Szczęściary tuż po studiach, którym udało się dostać tę pracę, uwijają się jak myszki, Zajęcia prowadzone są tak wzorcowo, że obecna na nich kiedyś Niezaradna miała ochotę zawołać: więcej luzu, więcej luzu. Dla dzieci i dla Ciebie samej, Dziewczyno! Wszystkim będzie łatwiej.

   Dwójka lubi swoje przedszkole, bo lubi swe panie. One naprawdę bardzo się starają. To mądre przedszkole, założone pod wpływem kilku słusznych idei. Cóż, hula nad nim lodowaty wiatr. Na szczęście dzieci w salach jeszcze tego nie czują. Wiatr hula powyżej metra sześćdziesiąt.

   Dlatego nie ma w nim dla ciepłej, starszej pani parę lat przed emeryturą.

   I nie ma w nim miejsca dla Miśka, którego Matka jeszcze tak niedawno cieszyła się aż do łez, że Misiek tak pięknie się rozwija, bo jest ze zdrowymi dziećmi.

   Może Miśkowi będzie naprawdę dobrze w tym nowym miejscu, gdzie będzie poddany tak wielu pracom, które wspomogą jego rozwój. Może naprawdę w osobie tego dobrego człowieka, co polecił Miśka do ośrodka, spotkali, on i jego Matka-kumpel, wielkie, wielkie szczęście.

   Tak, może tak.

   Teraz Matka Miśka odsapnie. Jej dziecko będzie codziennie bezpiecznie przywożone i odwożone, pod same jej drzwi. I nikt nie będzie na nie utyskiwał.

   Niezaradnej będzie brak jej zawadiackości i śmiechu od rana. I widoku jej postaci, jak gna za brykającym Miśkiem, albo niesie go ze śmiechem na plecach. Albo ze śmiechem ciągnie za sobą, gdy on akurat ma taki humor, że nie chce. I pogaduszek z kimś, kto jest zawsze w dobrym nastroju. I jest kumplem dla swego syna, bo tak przecież musi być. Śmiechu, śmiechu Niezaradnej będzie brak.

  Ale jej, Matce Miśka, będzie dobrze.

  Zwolnionej przedszkolance nie jest dobrze na bezrobociu.

  Pani dyrektorka, właścicielka przedszkola. Inteligentna fanka ekologii i właściwych sposobów edukowania dzieci, sama matka trójki. Elegancka i ładna. Królowa Śniegu.

  Będzie miała się dobrze. Jeszcze długo. W Dziurze jest masakryczne bezrobocie. Każdy chce pracę, dzieci i rodzice są więc zadowoleni z pracy pań tam zatrudnianych. Przedszkole jest w świetnym punkcie i nie tak jeszcze strasznie drogie, jak to bywa.

  Dziś bez obrazka.



 



 

Ocet jabłkowy raz! i dwa! i trzy!

    Nie ma mocnych, śmierdzi jak jasna cholera.

    Ocet jabłkowy. Śmierdzi tak, że nie pozostaje nic innego, jak go pokochać.

    Miłość nie tylko jest ślepa, jak się okazuje, ale i upośledzona węchowo. Niezaradnej już od dawna nie śmierdzi ocet spirytusowy. Teraz zaś przestaje jej wonieć również ocet jabłkowy.

    Niezaradna pokochała go oczywiście. Jak go tu nie kochać?

    Ponieważ już wiecie, że:

  • Niezaradna nie kupuje szamponu. 
  • nie kupuje mleczka do zmywania "makijażu" (codzienny to ciut pudru, którego i tak nie widać)
  • nie kupuje żelu tudzież pianki do mycia twarzy
  • nie kupuje kremu
      - wszystko to zastępując tańszymi, zdrowszymi i zupełnie niekupowanymi w drogerii odpowiednikami (jak nie wiecie jakimi, bo nie czytacie od początku, dajcie znać. Niezaradna zada sobie gwałt i zalinkuje co trzeba. Bo pewnie tylko kwestię szamponu kojarzycie).

    To dziś jeszcze dowiecie się, że Niezaradna nie kupuje również toniku. Ani odżywki do włosów. 

    Bo jest on. 

    Ocet jabłkowy. 

    Żeby było jasne: przepisy na tonik z octu jabłkowego uwzględniają najróżniejsze proporcje. Np. 1 miarka octu, 5 miarek wody. Niezaradnej jednak podała koleżanka przepis taki a nie inny, zatem innych proporcji nie testowała. 


    Przepis na tonik według Niezaradnej wygląda tak:
  • jedna łyżka octu jabłkowego
  • dziewiętnaście łyżek wody
  • parę kropli olejku eterycznego - cenne zwłaszcza dla początkujących
   Gotowe! Na olejek Niezaradna wybrała rozmarynowy. Bo miała akurat robiąc pierwszy raz tonik. I tak przywykła już. A wyrazisty zapach rozmarynowy zabijał (prawie) woń octu. Potem wydawało się, że wcale jednak nie było czuć tego aromatu, ocet wygrał. 


   Że nie wygrał, Niezaradna przekonała się, gdy zaczęła używać octu jabłkowego po umyciu głowy sodą. Po samej sodzie włosy mogą ciężko się rozczesywać, zatem stanowczo tego Niezaradna nie poleca. Jak wiecie już, płukała wodą z cytryną. 

   Ale cytryny było jej żal, bo to średnio ekonomiczne. Postanowiła zatem zrobić sobie odżywkę z octu jabłkowego. 


   Przepis na odżywkę do włosów według Niezaradnej:
  • 2 łyżki octu
  • 400 ml wody
   Gotowe! Teraz docenicie, jak intensywnie pachnie olejek eteryczny we wcześniej przygotowanym toniku. Włosy płuczecie dokładnie, dokładnie. A jeżeli ktoś chce ciut pozbyć się zapachu - może spłukać na finał samą wodą. Odżywka i tak podziała. 


    Oczywiście wiecie już, jakiej długości są włosy Niezaradnej. Wy sporządzacie sobie tyle odżywki, ile potrzebujecie na Waszą długość, by po całości potraktować nią fryzurę.

    Włosy będą Wam się czesać, jak po maśle (nie da się chyba dobitniej oddać łatwości tego czesania). A lśnić będą lepiej niż na historycznej reklamie szamponu Pantene Pro-V z Connie Seleccą. To było tak intensywne lśnienie, że Niezaradnej zapadło w pamięć na wieki wieków. 

    Ocet jabłkowy zmierzyłby się śmiało z Connie Sellecą. I to bez przeróbek komputerowych. 

    Ocet jabłkowy Niezaradna testowała i jako sam szampon. Odtłuszcza, ale efekt za długo nie zadowala kogoś, kto przyzwyczaił się myć włosy raz w tygodniu. Częstotliwość to w sam raz na mycie sodą. Częściej sodą nie myjcie. Octem - bez problemu. 

    Dla Niezaradnej soda plus ocet raz w tygodniu to bilet na włosy a la Connie Sellecca i wszystkie inne komputerowe reklamy razem wzięte. 

    I - Panie i Panowie - nie puszą się! Nie elektryzują! Są - jak to w raju założono - boskie. 

    Czy wiecie, jaki to przełom dla Niezaradnej - nieelektryzujące się włosy??? Zimą???

    Nie wiecie.

    A tak, Właśnie. 

 


 I Niezaradna postrzega to raczej tak:



  Niż tak:




    Same straszne rzeczy wiążą się z zimą. 

    Zgroza elektryzujących się włosów.

   - W tym roku nie! Jest ocet jabłkowy!

    Zgroza łuszczącej się wysuszonej skóry na nogach.

  - W tym roku nie! Jest ocet jabłkowy!

    I  Niezaradna będzie go używać zamiast płynu do kąpieli. Raz po raz. Bo przywraca ph naturalne skóry. 

    Przepis na płyn do kąpieli według Niezaradnej: 
  • 150 ml octu jabłkowego
  • woda do kąpieli
  • olejek eteryczny wedle uznania - może być klasyczna lawenda na uspokojenie, może być rozgrzewający jałowcowy lub pobudzający klasyczny herbaciany i co Wam tam jeszcze fantazja podrzuci.

   Można by się tak co dzień kąpać pewnie, ale to już nie byłoby ekonomiczne. 

   Chyba że ocet jabłkowy ktoś robi samodzielnie, mając do dyspozycji furę czasu, cierpliwości i raz jeszcze cierpliwości. To macie przepis na samodzielnie robiony ocet jabłkowy

   Niezaradna używa tego: 



  Zapewne nie jest on najfantastyczniejszy, ma mnóstwo śmieci i różnych tam egle begle. Lepszy jest podobno z Rossmanna oraz Develey. 

  Być może. 

  Jak na kiepski, nieeko i niedrogi ocet efekty wymiatają.

  Na pospolitej interii zaś jeszcze więcej znają sposobów na kosmetykę z octem w roli głównej. Patrzcie tylko i testujcie!
  

niedziela, 2 listopada 2014

Tryumf życia nad śmiercią - wykonać!

      Dziś Niezaradna się nie oprze, to Dzień Zaduszny. Sama nie wie, co z tego wpisu wyniknie. Po prostu sobie pomyśli.

      Kiedy o tym myśleć, jak nie dziś?

      Wczorajsze zapewne wielokrotnie wyglądało tak:




   Albo tak: 



 I tak: 


    Parada satyry nie bierze się znikąd. Któż tego nie zna, mili Czytelnicy?

    Z całego serca Niezaradna pragnęłaby, by Dwójka tak nie kojarzyła tego całego dwudniowego święta. I spędza je w zawiązku z tym odrobinę inaczej, A przynajmniej o innych porach niż cała rzesza. Chodzi się z Dwójką w świetle tysiąca zniczy i toczy rozmowy o życiu i śmierci.

   Jeszcze bardziej pragnie Niezaradna, by żyli z JeszczeMężem tak strasznie długo, by Dwójka wcale nie musiała chodzić na cmentarz po ich śmierci. Tylko do parku. Nic nie mogłoby się wydarzyć piękniejszego w życiu Niezaradnej niż jeszcze raz danie życia. Drzewu? A o czym bardziej mogłaby marzyć Niezaradna, adoptowana driada przecież w końcu. 

    Dwójka wcale nie musiałaby dźwigać plastiku czy kwiatów, na które wydano wyrok. Po prostu poszłaby przytulić się do drzewa. Tak wiele rzeczy mogłoby być prostszych i czczących życie, gdyby tylko dano im szansę. Z całej mocy Niezaradna życzyłaby sobie, by to, co już z niej nieprzydatne, po odjęciu tego, co wartościowe, dało początek brzozie. Brzoza, żadna sensacja, chwast pospolity. Pasuje. 

    Strasznie dużo kultu grobów. Pomniki, grobowce, kapliczki, wille cmentarne. I ta tona plastiku. Światło piękne jest. Broni się samo. Niezaradna nie "stroi" jeszcze żadnego grobu na listopadowe święto. Ale przyjdzie kiedyś taki czas. Kupować tonę plastiku, który zasili cmentarny śmietnik? Przykładać rękę do zagłady kwiatów? Niezaradna nie jest fanką kwiatów ciętych. Zwłaszcza tych skazanych na zdobienie cmentarza. Jest sto innych sposobów, więcej w tym emocji i zaangażowania niż w pospieszniej wyprawie po te snopy kwiatów, skazanych na szybką śmierć. 

    Niezaradnej rodzice raczej nie pójdą na opcję zamiany swej powłoki w nawóz dla drzewa. A w Dziurze długo też nie będzie takiej możliwości. O bardzo wielu rzeczach można rozmawiać i wiele wspominać wybierając się razem po suche gałęzie i razem nad nimi pracując. O zmarłych też.

   Można coś przeżyć i znów wygrać ze śmiercią. Trzeba z nią wygrywać ze wszystkich sił swoich. 

   Albo można w zdenerwowaniu przesuwać znicze na grobie.

   Dwa dni temu bliska kuzynka Niezaradnej dowiedziała się, że ma guza trzustki. 

   Co za kurewski niefart. Akurat teraz. Przez media na fali wydarzenia przetoczyła się lawina tekstów o tym, jak beznadziejna to sprawa, ten akurat rak. Ciężko akurat teraz łapać się nadziei. Zwłaszcza, gdy lekarze, już na samym wstępie wyraziście jej pozbawiają. 

   Bliska kuzynka - daleka kuzynka. Bliska pokrewieństwem, daleka emocjonalnie jak ten drugi biegun. A teraz nagle ciągle obecna w głowie. Jakiż to absurd. Cóż, może to fakt, że ona ma tylko 12 lat więcej niż Niezaradna. I jeszcze nie powinno tak się zdarzyć. 

   Właściwy czas na śmierć. Kiedy on nadchodzi, nikt już jej nie będzie opiewał i rozdzierał szat. 

   Niezaradna przeczytała kilka dni temu:


- Wciąż słyszę o stawianiu na piedestale tych, co umarli w skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, tych, co zginęli w pozbawionej nadziei walce, a chciałabym usłyszeć, czego dokonali zanim im się to przytrafiło. Ludzie uczynili ze śmierci sztukę, choć raczej sztuką powinno być życie. W związku z tym obawiam się, że mogę umrzeć nie dość efektownie, jak na potrzeby dzisiejszego świata – mówiła Stara Kobieta zapalając wieczorne świece.

   

   

   
    Przeczytała to tutaj - jeżeli tam zajrzycie, to zapewne stanie się to normą. Pisze tam prawdziwa Wiedźma, rodowita mieszkanka Dziury, dla Niezaradnej nieustanne źródło odkryć i podziwu.

   Cmentarze rozjarzone tysiącem światełek wyglądają pięknie. Do listopadowych świąt Niezaradna ma jakiś tam sentyment. 

   Ale. 

   Cmentarze są toksyczne, plastik jest toksyczny, morze pieniędzy utopione w błocie, strofowane na cmentarzu dzieci płaczą, a dorośli patrzą na siebie wilkiem. 

    Niezaradna jest za życiem, takim, co daje gwarancję śmierci bez fleszy i głośnych lamentów. 

    Niezaradna chce trwać po śmierci jako brzoza. Nic efektownego, chwast.