wtorek, 30 grudnia 2014

Niezaradna przetrącona

       Niezaradną przetrąciło z toru prowadzącego prosto do stacji Optymizm.

       Nie pierwszy raz, nie ostatni, a w sumie niby nic takiego. Nic, czego nie oczekiwałaby przecież.

       Fucha miała być na kilka miesięcy. No i była. Na sześć.

       Nareszcie Niezaradna nie będzie w napięciu wyczekiwać, czy będzie JESZCZE kolejne zlecenie.

       To ostatnia paczka słów, które mamy więc jednocześnie ostatni miesiąc naszej współpracy. Dziękuję za współpracę i życzę powodzenia - wreszcie to wybrzmiało.

       Całkiem niedawno Niezaradna przeczytała tu życzenia: zmian, rozwoju, zmian, rozwoju, miłości.

       Czyli to już. Spełnia się.

       Zmiany - start!

       Miłość - właśnie skończył się dzień, w którym Niezaradna i JeszczeMąż świętowali ukończenie jedenastego roku trwania swego burzliwego związku. Nie kłócili się już czas jakiś. Gburka mówi Niezaradnej, że ją kocha. Świr mówi Niezaradnej, że ją kocha. I JeszczeMąż też mówi to Niezaradnej.

       I nie tylko mówi.

       W czerwcu Niezaradna pojedzie po raz pierwszy od dziesięciu lat w Tatry. JeszczeMąż przedstawił ją przed faktem dokonanym i w sobotę zjawiła się jego koleżanka z pracy, by mogły się z Niezaradną wstępnie obwąchać. Obeszły się parę razy dookoła, obwąchały się. Początkowo z dala, a potem bliżej.

      Styka. Nie pogryzą się, mogą ruszyć. Kto wie? Może to będzie początek pięknej przyjaźni? A może nie.

      Nie musi być. Siedem dni w Tatrach!

      Bite siedem dni, które JeszczeMąż spędzi z Dwójką na nizinach i będzie czekał aż Niezaradna wróci spełniona.

      Oczywiście będą tacy, co się oburzą i odsądzą Niezaradną od czci. Że jak. Że egoistka. Że jak to tak, bez męża, dzieci i bambetli. I jak toto tak. Sama. Romansować pewnie.

       Na szczęście Niezaradna i JeszczeMąż mają to gdzieś. Za nimi wieczór w kinie, jak w tych czasach sprzed lat już tylu. I ta sama temperatura.

       A góry? Ona zawsze kochała je równie, jak on się w nich męczył.

       Może kiedyś będzie to wyprawa z Gburką i Świrem.

       Ale jeszcze nie teraz.

      Czerwcowe Tatry to będzie prezent tylko dla Niezaradnej.

      A bliżej?

      Bliżej jest przyjazny portal, który jeszcze nie upadnie.

      I złote pudło na kapelusze, pod którego wiekiem może być nie tylko dym.

      I droga, która już raz doprowadziła do celu.

      I znów Niezaradna będzie musiała podskoczyć i chwycić.

      Czyli rozwój.

      Czy Niezaradna chce się rozwijać?

      Za cholerę. Niezaradna to leniwe babsko.

      Czy Niezaradna lubi się rozwijać?

      Jeszcze jak. Niezaradna lubi siebie samą zadziwić.

      Czy Niezaradna ma plan?

      Mętny.

      I co z tego?

      Czas przypomnieć sobie znów:



     

     Postanowienia na Nowy Rok?

     Spłacić długi ze starego (tak! pamięta się o tych badaniach, o których MA TU BYĆ. I o paru jeszcze rzeczach).

     Poza tym?

     Brak.

     Patrząc na obrazek powyżej, Niezaradna wie, że nie jest z nią tak źle. Psychicznie.

     Fizycznie polega właśnie z zaziębieniem, a nie lubi cebuli. Ani czosnku.

     Stąd to wytrącenie z toru na stację Optymizm.

     Ale to tor obok, niedaleko, równoległy.

     Może się nawet spotkają.

     Nowy Rok?



   
    Nie dumajcie za wiele. 

    Niezaradna życzy Wam spełniania marzeń. 

    Sama jeszcze nie była na Kościelcu. Chyba nadrobi to w 2015.

 
                             

   

sobota, 27 grudnia 2014

Po świętach?

    W zasadzie to Niezaradna nie jest pewna, czy po świętach.

    Jedno jest pewne: dziś powitanie z kompem, z którym Niezaradna wzięła pełen rozbrat.

    Prawie pełen.

    Kuzyn dostał wypasiony tablet, zatem się cieszył. Tablet robi zdjęcia, a że na jedno załapała się cała rodzina Niezaradnej (oprócz kota), Niezaradna cieszyła się na fejsie. Tyle wyłomu od postu kompowego.

   Z czego jeszcze cieszyła się Niezaradna w święta?


  • z laby - zero roboty, dużo oglądania, czytania, czasu jak w teledyskach o szczęśliwej rodzince
  • z radości Dwójki i JeszczeMęża - dużo się cieszyli
  • z tego, że Świr nagle objawił sympatię do barszczu
  • z wypasionych, niepraktycznych kolczyków, które wyglądają tak: 


  • z tego, że nie obżarła się jak dzikie prosię
  • z tego, że poczuła ducha świąt, gdy wyszła na pasterkę. I była to Pasterka. I Duch.
  • z tego, że istnieje pewna zabawka, o której się jeszcze Niezaradna rozpisze, jak będzie czas
  • z tego, że wymyśliła temat, by uchylić wieko złotego pudła na kapelusze
  • że wyszło jej to, co pichciła
  • z dobrych życzeń od Ludzi z bliska i daleka

   Z czego nie cieszyła się Niezaradna?
  • z otrzymania kombiwaru, półmiska, wody toaletowej o słodkim zapachu, herbaty owocowej i jeszcze wielu innych rzeczy, z którymi coś trzeba zrobić (najbardziej do myślenia daje płaszczyk z kołnierzem z futra lisiego - auć)
  • ze zgryźliwości rodzinnych przy uginających się stołach
  • ze składania życzeń świątecznych rodzinie kuzyna, który był idiotą
  • że zeżarła więcej niż chciała


  To były dobre trzy dni. 

  I dalej też tak będzie. Taki jest Plan.

niedziela, 21 grudnia 2014

Święta - to już!

     A przynajmniej u Niezaradnej, proszę Państwa. Ooo, tak!

    Inna sprawa, że od jakiegoś czasu to, co najważniejsze w świętach, dla Niezaradnej odbywa się przed świętami, bo z nimi bywa różnie, jak to pisała na blogu tym, gdy jeszcze nikt tu nie bywał.

    Od piątku jednak Niezaradna zaczęła tak hojnie być darzona przez los, że chyba wór dobrego ducha Świąt, dla niej już się otworzył:

  • otrzymała tak zaskakujący, absolutnie doskonały gest wdzięczności, że powalił ją na glebę w zachwycie
  • otrzymała kasę zaległą od tak dawna, że zdążyła się już z nią pożegnać i nawet nie żal jej było kasy, ale miejsca, które stało się niewypłacalne, a bardzo je lubiła. Hurra! I  niech żyje hojny sponsor i niech mu się dobrze wiedzie!
  • otrzymała propozycję spróbowania swych sił w miejscu tak kurewsko onieśmielająco nobilitującym, że już sam fakt propozycji jest jak złote pudło na kapelusze związane wstęgą z purpurową różyczką (żywą, jasna rzecz)

    Poza tym w piątek Niezaradna odwodniła się intensywnie na jasełkach Dwójki, podczas których zaczęła ryczeć natychmiast, gdy padło hasło start. I nieważne, że na wstępie nie występowało żadne jej dziecko. Pierwsze spojrzenie na scenę, na której gromadka maluchów w czapeczkach Mikołajów tańczyła układ do dżingyl bels - i włala. JeszczeMąż, który znienacka odwrócił się, by coś Niezaradnej rzec, osłupiał. Na szczęście tusz na etapie wyschnięcia "wspomnienie koloru" nie miał szansy się rozmazać. 

   Cholerny los. Niezaradna co prawda nie umie na głos się śmiać (zdarzenie rangi uczczenia go salwą), za to ryczy na zawołanie. 

   W sobotę Niezaradna została obudzona na opiewane na fejsie zdarzenie, pt. Pierwszy Bożonarodzeniowy Jarmark Dziurowy. Familiarny wypad zaowocował:
  •  tycim spięciem z JeszczeMążem, na szczęście z hapiendem
  •  zniesmaczeniem poziomem szumnie opiewanego jarmarku i techniawą, którą na nim tłuczono
  •  kilkoma cukierkami, na które załapał się Świr (Gburka ma gust wysublimowany i TAKICH nie tyka)
  • pozajarmarkowo: trzema parami skarpet, które dzięki kasie niespodziance zakupiła wreszcie Niezaradna (JeszczeMąż nie zorientował się, że od jakiegoś czasu jego szuflada skarpetowa działa na zasadzie komuny)
  • pozajarmarkowo: klamrą, której Niezaradna potrzebowała wręcz desperacko od przedwczoraj, gdy jej poprzedniczka zapragnęła popełnić samobójstwo (moment średnio stosowny, Niezaradna akurat znów zawodziła smętnie z Cocteau Twins jadąc samochodem), Co ciekawe, pani w sklepie okołoklamrowym długo próbowała Niezaradnej wmówić, że absolutnie nie ma dla niej towaru. Rozochocona napływem na konto Niezaradna pokazała jej zatem paluszkiem i jest. Niezaradnej kudły znów spięte antyerotycznie (niestety! niestety! zimą mycie sodą i octem na elektryzowanie nie działa)
      Po południu rozbuchała się wielka akcja piernikowa i Niezaradnej udało się wraz z pomocą Gburki (Świt to obib i lawirant) dokonać dzieła. Zamiast opisu - fotoreportaż:


     Jeżeli ktoś nie wierzy, że Świr się obija - włala! Fota poniżej: Świr nie wycina i nie wałkuje swym ikeowskim wałeczkiem. Wypróbowuje możliwości swej równiarki*:



   Po owocach poznacie ich. Oto owoce pracy Gburki i Niezaradnej w ujęciu banalnym: 

 



    A oto mniej banalne owoce: głowy Titusa - wykon Gburki. Jezusek - wykon Niezaradnej. Ciastek jest banalny, ale tak idealny w swym kształcie, że Niezaradna nie mogła się oprzeć: 




   Jezusek spowodował zenit szczęścia Gburki. Zatem został potraktowany jak szczególnie cenne dzieło sztuki:




    Parę dni temu Niezaradna dokonała jeszcze tego




     Zatem można uznać, że wielka akcja piernikowa została zakończona z wielkim, nadspodziewanym sukcesem. Pyyyyycha!

     A lukrowanie? 

     Do tego Niezaradna podchodzi minimalistycznie. Jeżeli - to tylko lebkucheny jako znacznie mniej słodkie, staropolskie będą gołe. Gburka nie tyka udekorowanego piernika, Niezaradna też średnio, a JeszczeMąż ze Świrem zjedzą wszystko, co słodkie.

     I żadnej kolorowej chemii. Posypka z wiórków kokosowych, migdałów, ewentualnie Niezaradna powie się na krokant.

    Cóż jeszcze świątecznego dokona Niezaradna w kuchni? Barszczu doskonałego, którego Dwójka nie tknie. Zupy grzybowej, którą zje ze smakiem cała rodzina. Jeszcze upiecze ciasto, podwójne, by wynieść je w ramach symbolu.

    I to już chyba wszystko, Nie wierzy, że ulepi uszka. Choć te ją frapują.

    W wigilię i pierwszy dzień świąt i tak wszyscy opychać się będą po rodzinach. Na poszczenie po trudach odmawiania dokładek, wreszcie u siebie - starczy zup. 

   Niezaradna niniejszym popełniła absolutnie hedonistyczny wpis okołoświąteczny. 

   Rok temu? Auć

   Czy w kasie rzecz? W zakupionych cholernie okazyjnie prezentach? Albo tych, które się wygrzebało z czeluści z pucharami przechodnimi?

   Gówno prawda. 

   W zeszłym roku Niezaradna była przydepnięta życiem w całokształcie. 

   Kasa miała z tym wiele wspólnego. Głównie jednak to, że jedyną perspektywą zrobienia czegoś w swym życiu było pisanie tego bloga.

   Kasa. 

   Szczególnie silna bogini. Cała moc ludzi postawi jej cholernie wypasione ołtarzyki w święta. 

   I co można na ten temat powiedzieć? Nic. 

  Niezaradna miała na obecne święta garstkę kasy, którą mogła wydać na przeżycie dobrych chwil. 

  Wam też tego życzy. 

  Nawet, jeżeli nie wypada życzyć na święta kasy. 

  Poza tym życzy Wam tak: 


I skoro hedonizm dziś, to jeszcze macie i to (taaaak! To Kelly Family! i myślcie sobie, co chcecie):

  
  
  Dla złapania równowagi po powyższym szoku estetycznym macie to:


  I może jeszcze to:


  Ale przede wszystkim - nie zapomnijcie, nie zapomnijcie o tym:





* zakupionej przez rozhulaną konsumpcyjnie matkę w związku z tym, że Gburka postanowiła wydać swe wyszukane pod ladami monetki. Jej Niezaradna dołożyła 8 złotych, a jemu kupiła równiarkę za 8 zł. JeszczeMąż wybrał równiarkę, jasna sprawa. Gburka uzyskawszy pusty swój portfelik, będzie kontynuować swe zajęcia odkrywkowe. Auć. Żeby Niezaradna wiedziała, nigdy w życiu nie dołożyłaby jej tych ośmiu złotych.

piątek, 19 grudnia 2014

mniej. jak mniej ściemy.

    Mniej niż można by się spodziewać, czytając cały szereg recenzji zgodnie zachwyconych. A tyle ich już się pojawiło, że można tylko dumać, cóż jeszcze zwykła Niezaradna mogłaby napisać, skoro pisała już i sama Środa, i Chutnik, na dodatek w towarzystwie, i tyle innych jeszcze. Ile - możecie zobaczyć tu konkretnie.

    Niezaradna na pewno nie napisze mądrzej i wnikliwiej. No to może chociaż inaczej.

    Do tej książki można mieć ambiwalentny stosunek. Dlaczego? Najlepiej dowiecie się stąd. Zajrzyjcie tylko w komentarze. Nareszcie jakieś na nie, ponieważ ogólny zachwyt nad mniej jest tak gremialny, że aż podejrzany. Te komentarze wcale nie są szczególnie śmieciowe. Można nawet rzec, że całkiem zasadne.

   Mniej więcej podobny wygłosił JeszczeMąż na wstępie, gdy Niezaradna opowiedziała mu o możliwości udziału w projekcie, w którym - jak kiedyś Wam wspomniano tu - mogła się też udzielić.

   Dla tych, którym nie chce otwierać się stu linków - w bardzo skrótowym skrócie.

   Projekt miał polegać na niekupowaniu przez rok. Niczego ponad to, czego nie kupić się nie da. Nie kupić prądu i gazu się nie da, rzecz jasna - objaśnienie dla tych, co z ironią unoszą brwi, z gotową uwagą o rachunkach do zapłacenia i utopii założenia. Niekupowanie miało odnosić się do wszelkich zbędności - któż z nas ich nie popełnia?

   Nawet tacy gołodupcy, jak Niezaradna i JeszczeMąż popełniają. I cieszą się jak jasna cholera, gdy mają na to szansę.

   No właśnie.

   Projekt niekupowania "bo tak", jest kurewsko drażniący dla tych, którzy nie kupują, bo nie mają za co. Zabawa w niekupowanie zbędnych rzeczy wcale nie imponuje, a raczej zdaje się być szyderstwem z tych, dla których nie ma opcji kupowania takowych.

   Z punktu widzenia Niezaradnej i JeszczeMęża, zblazowanych hedonistów z potencjału, gołodupnych proletariuszy z reala, co z tego, że z wykształcenia inaczej, tak właśnie rzecz mogła wyglądać.

   Dlatego na nieśmiałe wzmianki Niezaradnej na temat, JeszczeMąż z miejsca poczęstował ją wykładem o nadzianych kasą mieszkańcach stolicy, którzy się nudzą, a jak już się rozerwą, z powrotem wskoczą w swe złote, miękkie kapciuszki.

   I Niezaradna zapewne przyznałaby mu rację, gdyby nie to, że do Marty Sapały, znajomej z Niereala, na podstawie jakichś tam paru zdań, miała zaufanie. Że w tym mniej chodzi jednak o coś więcej.

   Ale na udział w projekcie się nie zdecydowała.

   By wziąć udział w takim projekcie, trzeba być monolitem, jeżeli jest się z kimś. A że JeszczeMąż z trudem znosi decyzje na jego temat popełniane za swymi plecami, nie nawykła tego czynić. Oficjalnie wyłgała się niemożnością wyrzeczenia się drobnych rozkoszy życiowych, co zresztą też nie było żadną ściemą.

   Czas jakiś obserwowała rozwój akcji, mając taką możliwość. Widziała, jak się ochoczo zgłasza początkowo tłum chętnych, na fali ogólnego entuzjazmu wobec rozrywkowej nowości. Ale do etapu wyłonienia tych, którzy rzeczywiście postanowili przez rok nie kupować nic, nie doszła. Przestała śledzić, niemniej odczuła inspirację.

   I zaczęła swoje indywidualne, ciche mniej.

   Bo mniej nie mówi tylko o wydawaniu mniejszej ilości kasy. Mniej przecież można mieć choćby zbędnych rupieci w domu. Zwłaszcza, jak się ma dom nieduży to jest cenne. I w każdym innym gabarycie mniej oznacza często swobodniej, ładniej i lżej. Zatem oczyszczenie domu na początek - z możliwością pozyskania kasy.

   Tym zajęła się w dramatycznej sytuacji finansowej Niezaradna, I była to niesamowita frajda w sumie, bo Niezaradna przy takich okazjach lubi się bawić, jak wiecie. Nawet w chwili desperacji.

   Oczyszczanie przestrzeni wokół siebie i świeżość swobodniejszego oddechu - o tym jest właśnie w mniej.

   Ale bez ściemy. Oczyszczanie jest cholernie pracochłonne. Zabiera mnóstwo czasu. Nawet jeżeli na początku jedzie się na tej wysokiej fali entuzjazmu, potem człowiek odczuwa znużenie.

   I nie ukrywa się tego w mniej.

   Poza tym - wszystko ładnie pięknie. Oczyścić - odzyskać kasę, wymienić. Brzmi pięknie. A w realu? W realu jest tak - czyli czas zainwestowany, opłacalności wymiernej często brak. I w mniej o tym przeczytacie - cóż z tego, że na znany sieciówkowy ciuch wydało się 200 zł, jeżeli za pół roku już nie zyska się za niego więcej niż 10? 5? - o ile w ogóle się sprzeda.

  To już chyba wiecie, na czym polega inność notki Niezaradnej o książce Marty?

  Po pierwsze - Niezaradna swoją książkę wyprosiła. U Autorki. I długo prosić nie musiała. Autorka książki o tym między innymi, że można nie kupować, tylko kogoś o coś poprosić, stanęła na wysokości zadania. Sprostała w praktyce swemu dziełu. Test? Hmm... Niezamierzony. Niezaradna od wieków nie kupiła sobie żadnej książki. Na szczęście kupuje je jej JeszczeMąż.

  W każdym razie - zamierzony czy nie - pierwszy test na wiarygodność Marty został zaliczony wzorowo.

   Co jeszcze nie zniwelowało faktu, że Niezaradna przystąpiła do lektury z pewną nieufnością.

   Nie chodziło o to, że eksperyment będzie ściemą. Że nie był, Niezaradna wiedziała na pewno.

   Rzecz w tym, czy Autorka nie będzie wciskać Czytelnikom ładnego kitu dla sprzedania myśli, że idea minimalizmu jest piękna, oczywista, nieodzowna, bla bla bla.

   I już lektura pierwszych stron spuściła jej nadęty balon z przepony.

   Panie i Panowie. To książka bez wciskania kitu. Bez ściemy. Takie wrażenie można rzeczywiście odnieść czytając moc pochlebnych recenzji. Co do których wiarygodności Niezaradna zresztą nic nie ma. Nikt nie skłamał.

  To naprawdę dobra książka.

  Niezaradna tylko w czym innym niż wszyscy widzi jej wartość.

  Niefajne strony życia z mniejszym parciem na kupowanie?

  Jest ich moc. Ci, którzy nie mają kasy, znają je doskonale. Dlatego tak nieufnie podchodzą do książki o niekupowaniu "bo tak".

   Czym innym jest wybór, czym innym jest przymus.

   I tej myśli nie brakuje w mniej.

   Wyżebrany egzemplarz mniej u Niezaradnej wygląda tak:



   Zdjęcie nieostre? Przecież wiecie czemu. Poza tym nie w ostrości rzecz.

   Widzicie te żółte karteczki? Około trzydziestu.

   Niezaradna zaznaczała nimi, czego w tej książce nie zabrakło. Czytała cholernie wnikliwie i długo w związku z tym. Tylko potem olała już zaznaczanie, bo czytałaby do przyszłego roku, a chciała, by ta recka ukazała się jeszcze w tym.

   Każda taka myśl czyni tę książkę wiarygodną jako opis doświadczenia, którego ktoś chce dać rzetelne świadectwo.

   Różne bardzo niemiłe strony niewydawania pieniędzy, nieposiadania pieniędzy, minimalizmu - niepotrzebne skreślić. Sami sobie wybierzecie, co Was najbardziej zainteresuje.

   Na przykład taka, że taka sytuacja izoluje od ludzi. Czasem w bardzo przykry sposób. Bo na przykład goście przestają bywać. Że nie bywali dla nas tak do końca, tylko - jak się okazuje - dla naszego kucharzenia. Które stało się... inne. Nie wartościując. Inne po prostu.

   Albo taka sprawa, że gdy przychodzi gwiazdka, niefajnie jest nie dostać prezentów, dlatego, że samemu się ich nie mogło dać. Że to naprawdę takie przykre uczucie, nawet jeżeli dziecinne jest pragnienie tych prezentów, w tej okoliczności.

   Albo jeszcze opis tego, co spotkało Autorkę książki (tak, sama też brała udział w eksperymencie), gdy po konsumpcji nabiału za darmo, ciut tylko przeterminowanego, budzi ją w nocy ból brzucha. A. Jednak nie takie to łatwe. I bywa niezdrowe nawet.

   I że mniej urodziwi są ci, co na urodę nie wydają kasy. Szarzeją, zlewają się z tym mniej efektownym tłumem.

   Jak bardzo upokarzające może być udanie się po coś darmowego też jest.

   Vide: jabłka, które można dostać za friko i sytuacja, w jakiej to stawia udającą się po nie bohaterkę.

   Albo, że jasne. Pięknie jest czyścić dom z niezbędności, uczynić go szlachetnie minimalistycznym.

   Tylko - Przedmioty są naszymi łącznikami z pamięcią. Czy w amoku redukcji nie pozbywamy się czegoś cennego? - zastanawia się Autorka (sic! zastanowienie - więcej jego w tej książce niż parenezy czy poradnika. plus! wielki plus!).

   W związku z powyższym jedna z bohaterek upycha do pawlacza z powrotem serwis Rosenthala, którego i tak nie używa, zatem patrząc z punktu widzenia minimalisty - jest zbędny.

   Ale jest po babci. Koniec dyskusji.

   Koniec. W zasadzie wypadałoby kiedyś sfiniszować tę reckę.

   Niezaradna nie opowiedziała ani jednej dziesiątej tego, co jeszcze mogłaby powiedzieć.

   Bohaterowie - temat rzeka. Są różnorodni, co jest wielką wartością. Opis nadzianej kasą pary z Islandii czy pracownicy korporacji, co chce jak ci z Islandii zmniejszyć gigantyczne wydatki - dobór bohaterów wedle tego klucza, tylko nastroszyłby piórka Niezaradnej.

   Na szczęście to bardzo różnorodna grupa. Niezaradnej z wielu względów najbardziej po drodze było z Marią i Tomaszem. I Idą. Problemy i modele życia jej najbliższe. Jest jeszcze para polsko-ukraińska, która również nadmiarem forsy nie śmierdzi, ale za szybko odpadają z projektu, by tak się do nich przywiązać.

   Właśnie! Niektórzy rezygnują. Konsekwencje niewydawania kasy, skupienie na niewydawaniu kasy - to trudne.

   I teraz jedno jeszcze, ale bardzo, bardzo istotne jedno.

  To nie jest książka o ludziach zgnębionych.

  Bo pomiędzy tymi żółtymi karteczkami - jest cała reszta - ta, o której piszą w innych recenzjach.

  To jest książka o całkiem znośnej lekkości bytu. Bez kasy.

  Lekkość. To chyba właściwe słowo. Inność. Doświadczenie mocne, czasem szarpiące nawet.

  Ale trudne do przerwania i radykalnego zwrotu w tył, na poprzednią ścieżkę.

  Niełatwo jest stać się znów konsumentem.

  Jakim cudem?

  Ida ujęła to tak: Zamiast wstydu - afirmacja.

  Genialny łeb. W równoważniku zdania ujęła to, o czym Niezaradna pisze blog już rok.

  A reszta?

  Każdy ma inne sposoby. Niezaradna nie opowie Wam przecież całej książki.

  ..........................................................................................................................................


PS 1. Autorka książki, do której Niezaradna podchodziła z wielką ostrożnością wyobrażając sobie chłodną intelektualistkę, jest NIESAMOWICIE NORMALNĄ DZIEWCZYNĄ. Przeraźliwie mądrą.
Ale cholernie normalną.

   Niezaradna już wie. Zna ją już nie tylko z Niereala.

   To fajne.


PS 2. Tak, dobrze widzicie. Kanapa wróciła. Po trzech nockach spędzonych na podłodze, Niezaradna nabyła siniaka na biodrze. Odczytuje to jako optymistyczny znak, że jeszcze się aż tak nie spasła, mimo że non stop tylko siedzi na dupie. 

      Pytanie tylko: co z drugim biodrem? Przecież Niezaradna przewraca się z boku na bok. 

      Może jednak tyje. 

      Taka  mać.



czwartek, 18 grudnia 2014

Takie ostrzeżenie




     Zaleca się rozważne wprowadzanie nastroju świątecznego do domostw.

     Przypadek wyżej zilustrowany zdaje się być niewinnym elementem wnoszącym odrobinę ciepła.

    Nic bardziej mylnego!

    Jest to czynnik wysoce toksyczny dla nastroju pracy z gatunku twórczego wysiłku.

    Objawy:

  • rozproszenie uwagi bliżej niesprecyzowaną tęsknotą
  • gwałtowny przypływ łaknienia  (obserwowany obiekt pochłonął już od północy: trzy mandarynki, kawałek nugatu, kawałek czekolady z orzechami. Przed umiejscowieniem w pobliżu czynnika toksycznego deklarował pełną sytość)
  • prokrastynacja: w skali 10 - 10,5
  • ogólna nerwowość w efekcie niebezpiecznego stężenia dawki mieszanki wyrzutów sumienia z rozbuchanymi żądzami w organizmie
   Rokowania:
  • zaległości w pracy: w skali hydra: 10 hydr po sto łbów każda
  • zyskanie opinii nieudacznika, lawiranta i osoby niegodnej zaufania
  • zawód w oczach własnych i bliźnich na całej lini....
  • ........

    Ciąg dalszy można sobie chyba wyobrazić. 

    ROZWAGI! ROZWAGI PRZEDŚWIĄTECZNEJ WAM, DRODZY CZYTELNICY...

                                                                                                              ,,, życzy marna Niezaradna




..........................................................................................................................................

A poza tym wszystkim - klasyka wymiata. 

Pomarańcze niezjadliwe, goździki - jak najtańsze. 

Światło - prezent od Mikołaja rodem ze sklepu za 3,50, żarówki led, zasilanie dwie baterie paluszki.

Tanio - szybko - skutecznie.

wtorek, 16 grudnia 2014

Kwestia opłacalności

     Niezaradna przeczytała tę notkę na blogu MatkiJedynej. I westchnęła. Nad tym, co uskutecznia w sklepach Gburka westchnęła. Dziecko świadome, że starych na wiele nie stać i trzeba sobie radzić samemu.

    Łowi kasę. Nie przebiera, bierze jak leci.

     Padnięcie na kolana po wejściu do tej owej placówki handlowej, to norma. Napominana, robi to dyskretniej niż kiedyś. Poza empikiem. W empiku osiąga poziom czołgania po glebie. Tam łowi nie tylko kasę, ale i strzałki. Ach, prawda - nie wiecie, co to strzałki. Nadrobi się. Niezawodnie za parę dni Gburka naciągnie Niezaradną na wejście do empiku i znajdzie strzałki, Świr wciągnięty w grę jej pomoże i strzałki będą na bank poniewierać się po domu, nim zły odkurzacz je zje (ach, zbawcza siło antropomorfizacji!).

    A może znajdzie i kasę, jak dziś w Rossmannie. I oznajmi zdumionej sprzedawczyni swym srebrzystym głosikiem co następuje: Ja jestem Gburka. Mam lat pięć, ale już niedługo sześć. Jeszcze nie zarabiam w pracy, zarabiam poszukiwaniem pieniążków. Zarabiam na swoje kieszonkowe! Znalazłam pięć groszy! Jeszcze nie miałam! A mam już... (tu pada litania).

   Taka recytacja ubarwia życie sprzedawczyń w Dziurze już czas jakiś. Wczoraj zdarzyła się w Społem.

   Niezaradna stoi wtedy bezradna czekając na swój towar, resztę albo sumę do zapłaty. Głupkowato się uśmiecha, starając się rozproszyć fatalne wrażenie, jakie musi wywoływać bezduszna matka, co skąpi dziecku paru złotych do kieszonkowego. Sprzedawczynie z reguły też się uśmiechają do rezolutnej dziewuszki, a co sobie myślą o Niezaradnej, to ich.

   Dziś w Rossmanie jednak Gburka poszła dalej.

   - Mam też w portfelu pięć złotych!
   - Ooo, to dużo... - pani w białym fartuchu w kasie uśmiechnęła się uśmiechem doGburkowym.
   - Mama dała mi!
   Sprzedawczyni spojrzała na skąpą matkę biednej sierotki od monetek wygrzebywanych spod kasy nieco łaskawiej.
   - Dała mi pięć złotych, bo mnie uderzyła! - rzuciła Gburka bombę ze spóźnionym zapłonem, a Niezaradna poczuła, że leci gdzieś w przepaść - z dala od tego przeklętego, przeraźliwie prawdomównego bachora.

    Zebrana kolejka ryknęła zgodnym śmiechem na puentę Gburkowej opowieści, ryknęła sprzedawczyni, ryknęła i Niezaradna, choć półgębkiem i zmyła się z Dwójką po angielsku.

    Bogiem a prawdą - czy słusznie bowiem kolejka ryknęła? Nad tą smutną wszak opowieścią.

    Panie i Panowie.

    Nim gromy padną na rudy łeb Niezaradnej.

    Głos Oskarżonej.

    Jej wersja opowieści.

    Gburka to bardzo silna osobowość i nad wyraz gwałtowna w reakcjach. Potrafi doprowadzić do szału. Nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia.

     Nikomu nie wolno bić dzieci. Nawet Gburki, gdy pokazuje oblicze Meduzy, a wierzcie, Perseusz by wymiękł. Nawet patrząc od tyłu.

     I kiedyś JeszczeMąż był bliski aktu popełnienia zła.

     I Niezaradna wrzasnęła pomysłowo: Za każde strasznie jej daniem w dupę, płacisz mi pięć złotych!

     Zarobiła tylko dziesięć. Sposób zadziałał? Gburka odpuściła? Mniejsza z tym. Zło się oddaliło.

     Lotna i bystra Gburka, skrupulatnie pilnowała potencjalnych wypłat. Ale nie miała okazji, by złapać ojca na czymkolwiek.

    I stał się dzień, w którym Niezaradna nie była boginią. Już wiecie przecież.

    Postanowiła być uczciwa, Inkasowała pięć od JeszczeMęża, sama też winna zabulić. Gburce, którą okrutnie fascynują dwukolorowe monety. Których jeszcze wtedy nie posiadała. Może wreszcie przestanie padać w tych sklepach pod lady szukając monetek. Może uzna, że ma wystarczająco na swój mityczny cel (swoje prawdziwe tzw. kieszonkowe Gburka pobiera w zabawkach, bo zaraz coś wybiera, podobnie jak Świr - czy to inicjatywa Niezaradnej? zgadnijcie...)

    Gburka kasę zainkasowała z radością. A pieniądze spod lady łowi dalej. I ma więcej barwniejszych opowieści dla świata. Świat się śmieje.

    A Niezaradna duma, czy to słuszne. I zastanawia się, czy opłacało być uczciwą, skoro zyskała za to olicze bijącej dziecko matki, co po biciu przekuje dziecko kasą. Zyskała też wiedzę, że światu ciągle zwisa, że ktoś bije dzieci, świat się brecha, gdy ktoś jest taką dupą, że płaci za to pieniądze.

    Opłacalność.

    Czy opłacało się lądować na glebie w maju?

   Wylądowawszy po raz drugi, właśnie w tej chwili poprawiając się w niewygodnej pozycji, Niezaradna mówi: za cholerę! Bo naprawiwszy fantastycznie kanapę ikeowską w maju, fachowiec nie rzekł, w jak opłakanym stanie jest tapicerka. I że można przewidzieć, że w listopadzie pojawią się dziury.

   Tak. Można było ikeowską kanapę załatać. Ale salon w domu Niezaradnej i tak jest już kontrowersyjny. A łaty nie ułożyłyby się w szczególnie atrakcyjnym położeniu względem siebie.

   Fachowiec orzekł: trzeba zmienić tapicerkę. Czemu nie orzekł tego w maju? Zapewne dlatego, że koszt naprawy nie byłby za bardzo niższy niż kupno nowej kanapy z ikei.

   A tak Niezaradna i JeszczeMąż zapłacą w dwóch ratach. Za teoretycznie lepiej wypchaną i wykończoną kanapę niż oryginał. Z obiciem w melanżowej szarości. Bardziej strategicznym i eleganckim niż oryginał.

   Czy opłacą się własnoręcznie zrobione, arcyzdrowe sezamki na urodzinowe przyjęcie w przedszkolu dla Świrka?

 

 
    Cholera wie. Szanse fifti-fifti. Gburka końcem języka nie tknie, Świr zajada.

    Jedno jest pewne - Panie i Panowie - stał się przełom i Niezaradna ma w zakładkach blog kulinarny! No ale jak na nim są taaaakie przepisy, przy których nawet Niezaradna wymiata, to wybaczcie. Jak nie mieć?

   Tylko czy zechcą to zjeść? To zdrowa słodycz, zatem może być różnie...

 
 
 

niedziela, 14 grudnia 2014

Urodziny, urodziny

    Panie i Panowie. Urodziny.

    Nawet podwójne.

    Świrowi stuka czwóreczka. Cztery lata od mroźnego cholernie i zaśnieżonego dnia, kiedy to Niezaradna ciągle jeszcze niepewna, czy to na pewno skurcze są, prawie urodziła swoje drugie dziecko na izbie przyjęć - położnych była tylko trójka, a dzieci tego dnia sypało się obficie. Syn rodził się błyskawicznie, po przykładnie przesiedzianych równych czterdziestu tygodniach z zacisznym miejscu. Niezaradna poczuła, że uwielbia go za to, że tak nie komplikuje życia, robiąc wszystko, by mogła szybko wrócić z nim do Gburki. Była ona przecież jeszcze tak mała i pierwszy raz ograbiona z obecności matki. A potem Niezaradna spojrzała na Świrka po raz pierwszy i rzekła: Ale Ty jesteś zupełnie inny od swojej siostry.


    Blogowi stuknął roczek. Roczek od ponurej cholernie nocy, po przesiedzianym samotnie wieczorze, gdy JeszczeMąż urwał się, nie mówiąc gdzie, co stało się po raz pierwszy. A Niezaradna poczuła, że jeżeli zaraz nie znajdzie gdzieś jamki, by w nią wykrzyczeć cały swój żal i frustrację, oszaleje. I jedną ze swych fikcyjnych poczt, założonych na potrzeby upadlającego zajęcia, potraktowała szczepionką z blogu. I poczta skażona zyskała sens. A Niezaradna siedziała długo w noc, by zrobić wszystko, jak trzeba: lewy fejsbuk na potrzeby bloga, szablon wystarczająco ponury, by oddał stan jej ducha. A potem spojrzała na całość i rzekła: Ale Ty masz być zupełnie inny niż wszystko gdzie indziej.

   Świr konsekwentnie pozostał zupełnie inny niż jego siostra. Niezaradna uwielbia go za to, rozkoszując się mniej dramatycznym macierzyństwem niż w przypadku Gburki.

   Blog konsekwentnie trwa inny niż wszystko niż wszystko gdzie indziej. Niezaradna uwielbia go za to, rozkoszując się możliwością używania, jak ma tylko ochotę.

   Poza tym żadne porównania nie mają już sensu.

   Można się tylko cieszyć z jednych i drugich urodzin.

   Panie i Panowie - jakieś wiatry przywiały Was tu, coś Was zakotwiczyło. Niezaradna dziękuje Wam za to, że jesteście, bo nie ma niczego bardziej cennego na świecie niż bycie sobą nie tylko we własnym towarzystwie.

  Wpisy błyskotliwe, wpisy naciągane, wpisy, żeby podtrzymać kontakt, wpisy konfesyjne, wpisy nudne, wpisy niczego nie udające - a Wy jesteście.

   To czyni Niezaradną o niebo fajniejszym człowiekiem niż ten, który zaczął tu stukać rok temu.

   Panie i Panowie - Świrek to najradośniejszy i najwrażliwszy zdobywca świata, jakiego Niezaradna zna.

   Świrkowego pałeru Wam życzy Niezaradna w te podwójne urodziny. I dzięki, że jesteście. Sprawiliście Niezaradnej niezły prezent.




 

 

czwartek, 11 grudnia 2014

Taka przestroga

     Można. Rzecz jasna, można.

     Wbrew swej naturze można próbować. Tylko po cholerę? Albo po inne takie tam wyniki?

     Niezaradna jednak próbuje. Ach, Próbuje, próbuje, próbuje... Na szczęście skupia się na poletku domowym, a i tak bywa spektakularnie.

     Można kupić cztery kilogramy mąki. A za moment mieć trzy.

     Niezaradna wzorowo, schludnie i starannie przesypała kilogram cukru do pojemnika ikeowskiego. A potem kilogram mąki, wciskając do niego z lubością śmieszną łyżkę z ekskarmienia Gburki. Łyżka ułatwia dosypanie tyci, tyci mąki, jak dużo nie trzeba.

    A potem Niezaradna wspięła się na krzesło i uniosła mąkę w pojemniku, by postawić równiutko na półce.

   I tak sobie ją - pac! - wypuściła. Tak jakoś.

   Potem Niezaradna spędzała nad mąką tą czas jakiś. Mało kreatywnie, banalnie zgarniając ją na szufelkę. JeszczeMąż przybyły dopiero co ze szkolenia, utrzymywał Dwójkę w nieświadomości kapitalnej zabawy w kuchni, gdzie mąka zaścielała podłogę, szafki kuchenne, zakupy właśnie dokonane, rysunki i przyległości rezydującej tu przez większość ostatnich dni Dwójki. Każdy, kto ma małe mieszkanie, sam wie, co się tu jeszcze zmieści. Przed niezdrowo podekscytowanym kotem nie udało się jednak zataić operacji mąka, wyrzucono go zatem na balkon, by ekscytował się pierwszym śniegiem w swym trzyletnim życiu.

  Każde dziecko z mąki zrobiłoby lepszy użytek...



   Niezaradna banalnie zaś sprzątała.

   Potem zaś uznała, że dawno w salonie nie było suszarki. Coś z trzy dni. I postanowiła prać.

   Prała zatem, bo było co. Obecność prania do wyprania, odkąd jest w domu Dwójka, to rzecz pewna jak śmierć i podatki.

   Po jakiejś półgodzinie uderzyło ją wspomnienie. Wspomnienia niosą zapachy.

  Ten zapach mówił o cudownych dniach dzieciństwa w przestronnej pralni strychu jej rodzinnego domu. Znad wielkiej metalowej balii buchało wonnym gorącem, para pozwalała rysować cuda na szybach, a rodzice pozwalali czasem pokręcić wyżymaczką - i śmieszny płaski wąż wychodził z jednej, a z drugiej tak cudnie kapała woooda. I było cudnie mokro, wilgotno i skakało się po mokrych klepkach zbitych w kratę, by nie brnąć w kałużach po kostki...

   Było pięknie i czteroletnia Niezaradna czuła się, jakby znalazła się w niebiosach. Choć może z perspektywy dorosłego wyglądało tak:



   Cudne... tylko czemu akurat tego dnia?

   Bo w domu unosił się zapach gotowanego prania. Którego JeszczeMąż najwyraźniej nie znał. Bo gdyby znał zapytałby: łotdefak? (gdyby tak pytał, bo nie lubi pseudoangielszczyzny używanej by być bardziej kuul).

   Niezaradna, dla odmiany zwinna jak pantera, doskoczyła do pralki, by przestawić temperaturę na standardowe sześćdziesiąt stopni. Choć w zasadzie było to już bez różnicy dla tych, tam, w środku.

   Błogosławiąc fakt nieświadomości JeszczeMęża, smętnie dumała nad tym, z czym przyjdzie się pożegnać, bo zachciało jej się poddać pralkę zalecanemu przez fachowca wyparzeniu. I zapomniało o przekręceniu pokrętła do stanu wcześniejszego przed praniem. Co było w owej pralce oprócz kurtki zimowej JeszczeMęża i całego szeregu szmatek dziecięcych, świadectw radosnego dzieciństwa Dwójki? Mimo dumań, Niezaradna niewiele rzeczy własnych ponad tanie majtki sobie mogła przypomnieć. Kultowe to pranie chyba jakieś nie było... chyba...

   A pranie pachniało upojnie dalej i Niezaradna narkotyzując się wonią dobrej chwili dzieciństwa do woli, doczekała jakoś jego finału, taka może bledsza jakaś i bardziej milcząca.

   Bladość można było zrzucić na mąkę, którą rozsypawszy w ilości kilograma wcale niełatwo jest otrzepać, o nie. A milczenie? JeszczeMąż niedomaga, a poza tym jest przecież mężczyzną. Dwójka niedomaga, a poza tym to przecież dzieci. Nikt nic nie zauważył.

   Również podczas wieszania prania potraktowanego temperaturą 95 stopni Celsjusza (większych osiągów pralka na wyposażeniu Niezaradnej nie przewiduje). Niezaradna wraz z JeszczeMężem wieszali - ona z wzmożoną uwagą, on najzupełniej bez zaangażowania w ten temat.

   Jedna sztuka jasnych majtek Gburki stała się taka jakaś sinawa. Nie ubierać do przedszkola. Tej podkoszulki też nie. Szkoda...  Tiszert JeszczeMęża z logo pisma Magia i miecz też tak jakoś się zmienił. Kto wymyślił białe tiszerty? Kretyn jakiś.

    A poza tym - nic. Nic. Błogosławiony bądź asortymencie lumpeksów, szarpany, plamiony, wyciągany, wygotowany wreszcie - nie do zdarcia! Dopóki nie nadejdzie czas, gdy trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść.

   Nic spektakularnego więcej już z dnia, co minął, Niezaradna sobie nie przypomina.

   Nawet, gdy wąsaty chłop polski w wydaniu klasycznym, cofnąwszy prosto w błotnik stojącej w korku Hondzi, wybąkał jedynie: sorry! - wiele swym mrocznym wyglądem obiecująca wiedźma w czerni, burknęła tylko: niech pan, do cholery, uważa lepiej!

  Bo był to tylko błotnik, i tak już rdzą nadżarty. A JeszczeMąż czekał na dworcu.

  Można. Rzecz jasna, można.

  Można próbować być wzorową panią domu. Albo artystką na przykład.

  Wbrew swej naturze można próbować. Tylko po cholerę? Albo po inne takie tam wyniki?

   Pani Ty, Jedna z Drugą - takie ładne i mądre obie - Niezaradna to tylko wiele swym mrocznym wyglądem obiecująca wiedźma.

   Naprawdę.

   Reszta to mąka w kuchni i wygotowane pranie, którego nie wolno gotować. Za długie posty i pęd ku robocie.

   W Dziurze pierwszy śnieg.

   Trzeba jakoś zakląć to mokre dziadostwo.



\
 











 



   

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Taki dar

   Święta. Czas dzielenia, empatii.

   Chcąc lub nie chcąc.

   Niezaradnej po raz kolejny zadano dobroczynność sztychem prosto z przedszkolnej tablicy.

   Czyli pani dyrektor znów powtórzyła numer sezonu z wywieszeniem składu szlachetnej paczki do imiennych zgłoszeń.

   Niezaradna, której w tym miesiącu naliczono 1000 złotych wypłaty tylko (ach! jeszcze w zeszłym roku zemdlałaby z wrażenia na tę kasę, dziś pisze: tylko! ludzie, ludzie... we łbach się przewraca...), otóż Niezaradna ta, rada nierada, znów się pospiesznie w rubryczki osiągalnego zasięgu wpisała.

   Na kaszę się szastnie, chemii pod zlewozmywakiem spoczywa jeszcze nieco (odkąd Niezaradna przestawiła się w 100% na sodę, ocet i kwas cytrynowy plus olejki - nie schodzi).

   Potem sobie przypomniała jeszcze zasoby spoczywające w kuchennym narożniku.

   Z racji jednak, że nieswoje mienie by rozdawała, zagadnęła Gburkę, bo temat na tapecie od paru dni:

   - Miałabyś ochotę też być świętym Mikołajem?...
   - Eeee... to dorośli są.
   - Dzieci też mogą! Bo wiesz, miło jest też komuś coś dać...
   - Ale ja już dałam!
   - Co dałaś?
   - Tobie! Miłość moją!
   - Hmmm... no to najpiękniejszy prezent, fakt.
   - I tatusiowi! Też miłość moją!
   - No pięknie, pięknie, ale...
   - Świrowi też dałam! Spodnie swoje! Jak wyrosłam!

    Gburka jest zatem ponad materię plugawą. Tylko Świr się na wyższe loty nie załapał.

    Ambitny z Gburki Mikołaj.


    Na szczęście zapchać gardzieli szlachetnej paczki swą plasteliną i farbami też nie wzbroniła.

    Niech żyją niewykorzystane zasoby domowe!

   A jednak w "a nuż się przyda?" jest jakiś sens. Poza zagracaniem chaty.
  


sobota, 6 grudnia 2014

Niezaradna ma problem...

    ... w portfelu nie chce jej się zmieścić plik banknotów, a złote lakierki ją cisną...

    Tak, tak, Czytelnicy mili. To problem z tego gatunku jest. (Kto wie, czym inspirowany jest powyższy tekst, ha?)

    Niezaradna ma sobie prezent wybrać.

    Od matki swej. Prezent od JeszczeMęża został wybrany podczas wyjazdu na sabat i czyni biust Niezaradnej całkiem niczego sobie ponętnym. Przynajmniej tak długo, jak się nie zdejmie stanika.

    Matka Niezaradnej kupuje bardzo hojne prezenty. Tyle, że nietrafione. Od lat zatem Niezaradna i JeszczeMąż wybierają prezenty sami, tak by jak najlepiej zainwestować zaoferowaną sumę. Dla siebie i Dwójki też.

    Z racji zaś, że Niezaradna może swój prezent gwiazdkowy skumulować z imieninowym - suma robi się porażająco wielka.

    I jest problem.

    Niezaradna nie wie, czego chce.

    Wszystko, czego chce, jest nieosiągalne za gotówkę. Pokój na świecie, szybsze odwalenie zaległej roboty i żeby Dwójka była szczęśliwa. Takie tam.

    Ale poza tym?

    Ciuch? Bez sensu.  Niezaradna nie zmieści takiego zasobu lumpeksu w czeluściach garderoby, a na nowe rzeczy nie ma sensu wydawać pieniędzy. Będą gorszej jakości i płacić za nowe jest niemoralne.

   Buty? A po cholerę Niezaradnej buty? Ma sandały, tenisówki w kwiatki, półglany, glany i osławione już górale. Masa papci.

   Kosmetyki? Ale Niezaradna i tak robi większość z nich w kuchni i to w trzy minuty, I jest dobrze.

   Może te do makijażu zatem?

   Tylko że Niezaradna raczej skąpo rzeczy używa. Raz na trzysta lat maźnie sobie oczy, wychodząc z założenia inspirowanego Anną Dymną lata temu: na co dzień się nie malować, by na rzecz umalowania się, zapierać zachwyconym tłumom dech w płucach. Odwrotne postępowanie powoduje, że jednorazowy wypad bez makijażu również zaprze tłumom dech. Tylko, że ze zgrozy*.

   Bez sensu zatem. No dobra, może tusz do rzęs by się przydał, bo ten, co jest wysechł na wiór i ściemnia już tylko, nie maluje.

   Ale nawet, jakby Niezaradna zdecydowała się na Diora, to będzie zaledwie jedna trzecia sumy obfitości!

   Zestaw do yerby się marzył Niezaradnej.

   Okej. Tylko, czy potem będzie ją stać na tę yerbę? Może stać gruchot i się kurzyć. Bez sensu.

   No to może bardziej ambitnie?

   Książki?

   No jasne. Tylko gdzie je jeszcze wcisnąć. W końcu po coś kupiło się czytnik. Wypadałoby go w końcu nauczyć się używać.

   Płyty? Ale Niezaradna obecnie i tak najwięcej słucha podczas pracy... z jutuba, Dwójka nieustannie napełnia domostwo swymi hitami i czegoś dla dorosłych można posłuchać dopiero, jak młódź zaśnie.

   Wychodzi na to, że jedynym, czego Niezaradna nie umie zrobić sama albo rozwiązać rozsądniej niż wywalać kupę kasy, są perfumy, bez których nauczyła się obywać całe tygodnie, choć kiedyś wydawało się jej to niemożliwe.

   Perfumy. Albo kolczyki.

   Wszystko u Niezaradnej może być ascetyczne.

   Ale perfumy i kolczyki.

  Och. Albo najlepsze, najoryginalniejsze i w ogóle naj, albo wcale.

  Co począć, co począć.

  Życie z nagłą perspektywą kasy DLA SIEBIE bywa cholernie obciążające...

  Wybór...




........................................................................................................................................

* tak, tak... przykład Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej dowodzi zaś, że niemalowanie się żony nie doprowadza do patrzenia na żonę ze zgrozą. Tylko że inne kobiety nagle wydają się porażająco piękne, I rzuca się szarą żonę na rzecz którejś z tych umalowanych piękności. Tak rzecz ukazuje Magdalena Samozwaniec. Niezaradna jednak twierdzi, że Samozwaniec jest tendencyjna, sama bowiem mocno się malowała, a jej siostra została rzucona przez Pawlikowskiego dlatego, że odmówiła mu urodzenia dziecka, nie z przyczyny braku makijażu. A umalowaną Samozwaniec, która urodziła dziecko tylko dlatego, że wpadła i była denną matką, wkrótce również rzucił mąż.

  Tylko czego to dowodzi?

  Pieprzyć to. Niezaradnej i tak się nie chce codziennie malować.


  AKTUALIZACJA:

  On nadal nie wie.



  A Niezaradna tak.

  Przesiedziane na stronach Pakamery kilka godzin nie może iść na marne. Tylko trzeba wybrać jedne spośród tych pięćdziesięciu par kolczyków...

środa, 3 grudnia 2014

Pierwszy okołogrudniowa wtopa zakupowa

    Panie i Panowie.

    Krótko, a węzłowato, bo Niezaradna i tak na nielegalu tu jest. Urywa się Pani Robocie albo Panu Snowi, a obydwu tych urywań bezwzględnie zakazał Pan Rozsądek.

    W grudniu walą na nas, bidaków bezbronnych, masą szitu, a nie prawdy, o tym, co błyszczy, szumi, szura i szeleści, zmysły, potrzeby, pragnienia dopieści - jednym słowem, nie kupić oznacza:

  • być frajerem
  • być idiotą
  • złym rodzicem
  • człowiekiem małostkowym
  • drętwusem
  • kundlem, co się urwał świętej tradycji
     ... i inne takie tam. Byle byście kupili. 

     Niezaradna jest... w trakcie lektury? Hmm... Za szumnie powiedziane. Raczej kwili nad stronami początkowymi. Bo Pani Robota, bo Pan Sen, blablablabla. 

     W każdym razie krąży. Wokół tego

     Zatem o kupowaniu i niekupowaniu jeszcze będzie. Często i dużo. 

     Dziś krótko.

     Niezaradna, taka przemądrzała i taka sceptyczna, i taka oporna na naciąganie, i taka w ogóle niekupująca pochopnie, o.

     Niezaradna ta właśnie zakupiła. 

     Jeszcze w listopadzie. W szale rzucenia się na Aros po wypłacie, by wykorzystać zniżkę ze zniżki i rozsądnie obkupić się na grudzień. Nie wiecie, co to Aros? Nie mówcie, że nie wiecie, Niezaradna nie wierzy, że nie wiecie. Już wiecie! Uwaga, można tam się spłukać. 

    Niezaradna spłukała się kontrolowanie. Rozsądnie, przemyślanie. 

    Prawie.

    A prawie robi wielką różnicę, jak to głosiła reklama w czasie, gdy Niezaradna jeszcze je widywała.

    Bo Niezaradna dumała nad wiadomą i sprawdzoną klasyką. I mogła wybrać przecież - o:



    Jeszcze tej jakimś cudem w domu nie ma.

    Ale nie.

    Uległa. 

    Że z okazji świąt nadchodzących już tak być musi, Że przecież nie może być wtopy w tym wydawnictwie. I przygotowanie do świąt, blablabla. 

   No i jednak wzięła to:




    Że wiekowo ciut zaawansowana? Tym fajniej. Będzie tłumaczyć. 

    Blablabla.

    A potem przeczytała tu m,in. to: O ile postać Bogini zamiast Boga na starszym jakoś nie zrobiła wrażenia, szkielecik zamiast Jezusa w żłóbku też jakoś nieszczególnie go ruszył – o tyle postać wściekłego Mikołaja już tak, i to bardzo. „Mamo, dlaczego on jest taki okropny dla ludzi? I zniszczył? Nie chcę dalej czytać, boję się co on znowu zrobi niefajnego” – usłyszałam przynajmniej parę razy podczas czytania kolejnych rozdziałów.

   Chryste Panie! Gburka przez cały rok Maria, matka Jezuska, Świrek Jezuska tatuś, mają usłyszeć, że szkielecik i inne takie herezje? Na Boga, przerąbane święta, książka raz na zawsze skazana na porażkę...

   I teraz stuka się Niezaradna w ten durny, rudy łeb, książkę upychając wysoko na półkę, na zaś. 

   Bo na szczęście do tego za parę lat się wróci. Tymczasem w tym roku można było kupić lepiej, a tak - już po ptokoch, forsy nie ma.

   Kiedyś jeszcze Niezaradna napisze Wam dokładniej o wydawnictwie, czemu je lubi. 

   Kiedyś, kiedyś. 

   Teraz miało być krótko. 

  Ale to nie jest jedyna niekonsekwencja Niezaradnej, która uległa również Dniowi Darmowej Dostawy, by nabyć prezent JeszczeMężowi. Może bardziej trafiony. 

   Ale, żeby nie było nawołuje się do Was: uważajcie! nie ulegajcie!

   Serio, serio.

   Wtopy bywają jeszcze gorsze niż ta pierwsza okołogrudniowa wtopa zakupowa.

   Życzy Wam się omijania wtop i ucieka. Walić durnym łbem w lustro podczas mycia zębów.

   Znów się zaśpi.