sobota, 28 lutego 2015

Wstęp do recki. Dygresja się rozrosła, cóż.



     Taką oto reklamę ujrzała dziś Niezaradna i przewiduje, że będzie to kolejny kubkowy hit internetu. Tekst ma moc uderzeniową.

     Co jednak w przypadku, gdy jest źle, że nawet słodycz tego nie rozproszy, bo smaku się nie czuje? Panie i Panowie - taki oto właśnie stan stał się udziałem zakatarzonej Dwójki oraz ich macierzy. Najlepszym dowodem jest to, że Świrek nie rzucił się dziś na drożdżówkę, którą zwykle nawet w gorączce pożarłby z dziką pasją. A Niezaradna za cholerę nie umiała doprawić tego pasztetu. I teraz cholera ją bierze, bo sporo go, część między ludzi poszła, a ona nie wie, czy nie spieprzyła sprawy. Albo nie zsoliła.

    Tak, Panie i Panowie.

    Bywa i tak, że na zeżarcie słodyczy, żal marnować słodyczy.

    Jedno nie zawodzi nawet w tak masakrycznej opresji. Hicidło do czytania.

    Niezaradna czyta to:


     Och, jasne, banał nad banały, śmiech na sali i inne takie tam.

     Niezaradna nie będzie się długo z tego opowiadać. Jej egzemplarz dzieła wydano dwanaście lat temu i wtedy czytała je po raz pierwszy. I nie zliczy, ile razy potem jeszcze.

     Teraz zaś, jakiś czas temu wydano to:



   Niezaradna zmęczyła to przecudnie wydane i nużące już w finale dzieło faktograficzne i ogarnęła ją chęć chluśnięcia sobie raz jeszcze czystej, niezmąconej cięciami i zmianami serialowymi sagi. Niezaradna wychodzi bowiem z założenia, że nie należy tracić czasu.

   Jeżeli ma jakieś książki, których nie można nie mieć i ogarnia ją chęć przeczytania - jedzie. Niby czemu nie miałaby po raz tysięczny przeczytać Mgieł Awalonu czy Lalki? Albo sagi wiedźmińskiej? Przecież to może być ostatni raz w jej życiu. Umrzeć ze świadomością straconej okazji? Nigdy. Nie poznać nowego na czas? Trudno. Może byłby to czas utracony. A przy sadze Martina nie jest.

   Cholernie tylko upierdliwie czyta się w łóżku, gdy nie można zasnąć z powodu gorączki. Cegła jest wybitnie nieporęczna, Taka tu przewaga czytnika, cóż, kiedy klasykę fantasy Niezaradna ma w formie papierowej.

   Ale nie o tym być miało.

   Miało być o Kocurku.

   Kocurek zasługuje chyba na osobną notkę. Wtedy dowiecie się więcej o tym, co pomaga przeżyć chorobę Dwójce.

   Za co uznać zaś powyższe? Za reckę Gry o tron?

   Pewnie niezbyt imponującą. Niezaradną.

   Peany są jednak tak nużące. A między wierszami powiedziała Niezaradna wszystko. Jak w poprzedniej recce.

   Na coś takiego zaś się nie porwie:




 

 

 

piątek, 27 lutego 2015

Po "Idzie"

     Niezaradna wbiła w poprzedniej notce enter i po umieszczeniu na stosownym fejsie zajawki, że to już, ludu, królowa przemówiła, uczuła dygot.

     I poszła w tym na całość.

     W nocy dla odmiany chłostało ją gorącem. Miała jedynie 38,1, a czuła się jakby miała zaraz zejść. Jakim cudem dzieci wytrzymują 40? Świra z 38, nieświadoma faktu wyrodna macierz, przeciągnęła przez pół Dziury. Odhaczając jeszcze wizytę na poczcie i zakupy. Jak on mógł tylko mendzić? Niezaradna siadłaby w błocie i rzekła, że miłosierniej ją dobić.

    Biologicznemu koktajlowi Mołotowa, który wybuchł wraz z lutym w rodzinie Niezaradnej oparł się, jak do tej pory tylko Ser Mąż, który walecznie obnosi się po świecie tylko z uszkodzeniem mechanicznym.

   Niezaradna czuje się tak, że nie ma siły napisać, jak się czuje.

   Zapomniała o tym tylko na 80 Idowych minut.

   Ser Mąż zaś zapomniał, że jedyne z Idy, co miał oglądać, obejrzał poprzedniego dnia.

   Resztę powiedzieli mądrzy krytycy, a Niezaradnej znów skoczyła gorączka.




 

 


   

środa, 25 lutego 2015

Polityka korekt jest nuuuudna

    Panie i Panowie.

    Ida wygrała Oskara.

    A Niezaradna nie oglądała Idy.

    Cóż począć? Cóż począć?

    Oglądać? Teraz dopiero?

    Każdy kulturalny człowiek na poziomie widział już x czasu temu, teraz tylko sterowany medialnie tłumek się rzuca.

    Pieprzyć. Pudło ze wstążką kazało Niezaradnej czekać, a Ser Mąż Idę załatwił.

    Niezaradna dysponując chwilą wolnego czasu oraz dostępem do dzieła nie zawaha się ani chwili.

    Pójdzie na całość i zmierzy się z arcydziełem.

    Co jednak, jeżeli dzieło się jej nie spodoba?

    Co jeśli po prostu ją znuuuudzi? Nie zaskoczy? Nie oszołomi? Zirytuje?

    Oczywiście nie można się przyznać. Przyznać się oznacza zdeklarować po stronie narodowych oszołomów zżeranych przez frustrację i chęć dokopania rodakowi, co odniósł sukces.

    Tymczasem Niezaradna cieszy się rodakowym sukcesem, choć z absolwentami Oksfordu ma tyle wspólnego, co żuczek gnojownik z kolibrem.

    Zastanawia się tylko, czy dzieło wygrałoby, gdyby traktowało o innym temacie niż traktuje.

    Oskary są przeraźliwie poprawne politycznie pomijając niemoralnie oszpecające kiecki. Projektanci geje chyba nie lubią wszystkich tych wyfiokowanych kobiet.

    A przynajmniej wielu z nich.

    Uuupsss... znów niepoprawnie politycznie Niezaradnej się wysmykło.

    I cóż z tym począć?

    Kontynuować.

    Jedźmy dalej z niepoprawnym politycznie koksem.

    Dziennik zwie się ze stanu biedy, a Taka Jedna raz go była miła zareklamować jako przewrotnie minimalistyczny.

    Niezaradna czas jakiś próbowała zaglądać na kultowe blogi lajfstajlowe z gatunku minimalistyczne. Regularnie rady nie dała, jak zwykle czasu było mało.

   One też są poprawne politycznie, bo muszą promować styl życia minimalistyczny.

   Niezaradna nie podejmuje się promować stylu życia w biedzie.

   Jakby tylko mogła, zaraz by czmychnęła na mroczną stronę Mocy i nurzała w hedonizmie.

   No dobra, choć troszeczkę.

   Hedonizm bywa kuuuuuuuuul...

   Panie i Panowie.

   Jaką herbatkę właśnie wychłeptała łapczywie Niezaradna?

   O, taką:



      Jakim cudem Niezaradna pija herbatkę w saszetkach, których wygląd robi wrażenie na każdym estecie: delikatna, jedwabista, ręcznie zszywana tkanina, dość przejrzysta, by móc dostrzec strukturę i piękne kolory zamkniętych w środku składników, jak opiewa producent?

     Niezaradna ma ciotkę, która uraczyła ją paczką za 40 zł zawierającą szesnaście saszetek. I - Panie i Panowie - producent ani słówkiem nie skłamał. Robią wrażenie swym wyglądem, choć z Niezaradnej żadna wysublimowana estetka. Są delikatne i jedwabiste. Czy ręcznie zszywane? Jeden producent wie. Ale na pewno dość przejrzyste, by móc dostrzec strukturę i piękne kolory zamkniętych w środku składników. U Niezaradnej składnikiem są liście Dragonwell, (czyli Long Jing), jeden z herbacianych Klasyków, zrywane w niewielkiej dolinie w regionie Zhejiang. Wysublimowane podniebienie wyczuje w nich zapewne opisane przez producenta aromaty kasztanów, wanilii, czekolady, a w naparze akcenty mineralne, zielone (cukinia, karczochy), morskie (algi) i herbatnikowe.

    Niezaradna nie jest wysublimowana. Nie czuje.

    Ale - Panie i Panowie. To zajebiście dobra herbata.

   Jej przeraźliwie niemoralna cena i bezwstydnie rozpasana nieminimalistyczna forma nie zmieni tego faktu - picie tej herbaty, a picie biedronkowego miału aromatyzowanego to wielka różnica.

   Czy gdyby Niezaradna miała stałą robotę kupowałaby tę herbatę?

   Nie, raczej tę:



 
    Była to jej ukochana herbata przez wiele lat, ale od czasu popadnięcia w stan tu opisywany. stała się zbyt droga i Niezaradna chłepce łapczywie wyroby biedronkowe:

    Niezaradna po prostu kocha zieloną herbatę i nie może bez niej żyć.

    Czy jednak, gdyby mogła nie kupowałaby arystokratki w ręcznie szytych saszetkach?

    Pieprzyć wewnętrzne wzdrygnięcie na myśl o tym!

    Przecież:

  • jej saszetki są zajebiste w swej doskonałości: 

  • producent tego dzieła sztuki jest szlachetny jak jego wyrób: wspiera lokalną organizację Common Threads, która uczy dzieci szkolne w Chicago i Los Angeles gotowania i świadomych wyborów żywieniowych, a także współorganizuje programy pomocowe dla rolników i lokalnych twórców ze Sri Lanki, Filipin i Maroka. wspiera lokalną organizację Common Threads, która uczy dzieci szkolne w Chicago i Los Angeles gotowania i świadomych wyborów żywieniowych, a także współorganizuje programy pomocowe dla rolników i lokalnych twórców ze Sri Lanki, Filipin i Maroka.

    Kupując biedronkowy miał aromatyzowany czy nawet świetną w smaku Malwę z palącym cudnie w gardle imbirem człowiek na pewno nie ma szansy wykazać się wsparciem takiej porcji dobroczynności. 

    Panie i Panowie, 

    Ochrona środowiska i wspieranie potrzebujących tylko za cenę 35 zł wzwyż. 

    Cóż począć? Cóż począć?

    Niezaradna chwilowo będzie narkotyzować się naprawdę zajebistym smakiem cuda, które spadło jej w darze wraz z bardziej kłopotliwym dodatkiem używanego płaszczyka z kołnierzem z futra lisiego

   Będzie to krótka chwila, bo saszetek cud jest w opakowaniu tylko 15, a obecnie już chyba 10. Niezaradna długo dzierżyła cudo nieotwarte, by podarować je komuś w prezencie, jak wszelkie inne zbytkowne dary, bez których się obywa i zaoszczędzić kasę na herbatę z biedronki. 

   Ale herbata się jej skończyła. A do biedronki nie było czasu jechać. 

   I tak znalazła się po ciemnej stronie Mocy. Choć na moment.

   Jej Wysokość Pani Herbata ma naprawdę moc. 

   Spokojnie, mili Czytelnicy. 

   Tak zupełnie Niezaradnej nie odwaliło.

   Uwaga, wyznanie.

   Niezaradna od jakichś dwóch miesięcy popełnia zdradę.

   Zamiast sodą, myje włosy Jego Wysokością Panem Szamponem. 




    Podejrzewała, że to Jego Wysokość, ale dziś właśnie upewniła się, że na pewno. Kosztuje około 80 złotych, Tym z kolei darem Niezaradną obdarzyła kuzynka, jeszcze bardziej zamożna niż ofiarodawczyni Jej Wysokości Pani Herbaty. Niezaradna przyjęła go bez większych emocji. Przecież ona właśnie pyszniła się na blogu myciem bezszamponowym!

   Ale przyszła zima i kudły Niezaradnej, reprezentując całe jej nastawienie wobec tej pory roku, zaczęły się elektryzować i burzyć. Nie pomagał na to nawet ocet jabłkowy.

   Niezaradna sięgnęła zatem po przykurzonego Księcia. 

   I cóż? 

   Jak jest dzień ku elektryzowaniu - i Książę nie zaradzi. 

   A efekt w lepsze dni? Nie inny niż przy myciu sodą.

   Niemniej gdy dziś myła kudły Ser Męża, ciągle niezmiennie rannego, używając Jego Wysokości po SerMężowskiej Ziai figowej za 7 zł do drugiego zmycia głowy, stwierdziła, że ów drugi lepiej się pieni i w ogóle milszy w dotyku. Tyle.

   Dziś Dzień Masturbacji, mili Państwo.

   Niezaradna postanowiła go uczcić masturbując się własnymi możliwościami pisania o niczym.

   Włala!

   

sobota, 21 lutego 2015

Jak na załączonym obrazku

 


     Tekst wordowski w tle i z boku, real w centum i ewidentnie na pierwszym planie. 

     Kot dosadnie dosłowny oddał to, co już przeszło tydzień dzieje się w życiu Niezaradnej - gdzieś majaczy się poczucie obowiązku, narastająca panika i nieśmiałe próby działania. 

     Real nie daje szans. 

     Ciągle chorująca rodzina w coraz lepszej formie przekłada się na czas, który można spędzić razem w ramach nadrabiania strat. Słońce każe wyjść na hedonistyczny wspólny spacer. Wreszcie dotleniona Niezaradna w efekcie szoku zaczyna czuć senność o godzinie dwudziestej. By zaoszczędzić nieprzyrastającą kasę, trzeba przerobić wszystko, co jest w domu do zjedzenia. 

     Gdzieś w tle podskakuje pudło w Wielką Szansą. 

     Ale że woda prowadząca w jej kierunku jest bardzo głęboka, a terra incognita, Niezaradna zdecydowała się na skok w inną stronę na początek. 

     Świat mu sprzyjał. 

     Nocny nów w Wodniku zachęca do zmiany, porzucenia starego wzorca. Otwarcia się na nowe opcje. Wręcz ułatwia palenie starych mostów i daje gotowość do eksperymentu i pociąg ku nowemu.

    Niezaradna poszła w tę stronę i skoczyła na oślep.

    Tekst, któremu kot ewidentnie starał się przeszkodzić całą pełnią swej zaborczej kotowatości, poszedł w kierunku wskazanym przez nów i Naturę. Ta bowiem aż wydzierała się, że tak trzeba.

    Panie i Panowie. 

    Co z tego wyniknie?

    Może nowy dzień w życiu Niezaradnej zamiast tych, które już znacie:




   ???
  
    Kto ma ochotę na ożywienie na tym blogu i jeszcze nie ma Niezaradnej po kokardę - w dowolny sposób śle energię, by potencjalne osobniki o zakutych łbach dostrzegły wreszcie, że wyrokom Nieba i Natury nie stoi się na przekór. 

   Jak Niezaradna zrobi już wreszcie karierę, będzie Was zasypywać różnymi przydasiami za friko, by ocieplić najzimniejszy dzień czymś fajnym. 

   Na przykład tymi, że można sobie wydrukować fajowy plakat i poprawiać sobie nastrój spojrzeniem na ścianę w krytycznych momentach.

   Albo mandalę sobie wydrukować można. I relaksować kolorowaniem. Tak, to nie jest zastrzeżone dla małolatów.

    Panie i Panowie, 

    jeżeli Niezaradna nie zrobi wreszcie kariery i kasy, nie będzie miała czasu łazić po sieci dla przyjemności i napotykać w niej różne różności, które warto napotkać.

   Będzie gruba od siedzenia na kanapie, zmulona klepaniem bzdet taśmowych i sfrustrowana brakiem szans. 

   I ciągle będzie królować tu kategoria, że rzeczywistość boli. 

   Na dziś grzaniec. 

   Ogrzał go cień nadziei i wczorajsza wizyta w teatrze, możliwa dzięki temu, że Ser Mąż wygrał na fejsie bilety. 

   Prowincjonalni, Dziurowi aktorzy mogą być całkiem nieźli. 

   A lata biedy nie otępiają do tego stopnia, by rzeczy nie dostrzec. 

   To fajne.

   

  

wtorek, 17 lutego 2015

Dyscyplina w odwrocie

     Niezaradna skończyła zlecenie koszmar dokładnie tydzień z dniem oraz ileś tam godzin temu (była szósta rano, gdy Niezaradna wysłała plik plików).

     Od tego czasu:

  • zaczęła naprawiać robotę służby zdrowia przy Ser Mężu, czyli osobiście opatrywać jego bohaterską ranę i oczyszczać to, co się zabagniło
  • zaczęła wędrować po placówkach służby zdrowia z zainfekowaną Dwójką, której skład zaniemógł z pełną mocą tydzień po tygodniu, jak w pysk strzelił
  • przypomniała sobie, jak straszną i okropną rzeczą jest mycie naczyń bez zmywarki, która rzekła ni z tego ni z owego basta!
  • a wszystko to na wpół oślepła, ponieważ ni z tego ni z owego oczy jej też rzekły basta!

    Panie i Panowie, cóż to wszystko oznacza?

    Niezaradna ni w cholerę nie może robić kariery innej niż tej przypisanej kurze domowej.

    Pudło na kapelusze z zapakowaną w nie przed świętami Wielką Szansą aż podskakuje. Być może jest tam coś więcej niż tylko Kres Złudzeń.

    Suma na koncie topnieje zastraszająco wraz z każdą wizytą w aptece. A kotu kończy się żwirek. To nie fair. W końcu jest Dzień Kota.

    Nowych zleceń ciągle brak. Odpowiedzi na inicjatywę Niezaradnej wielkiego kombeku na etat również.

    Niezaradna się snuje.

    Ma wysprzątany dom. Super obiady. Zrobiła już pasztet z soczewicy i warzyw, pastę z jaglanki, kiszonego ogórka i pieczarek oraz z ciecierzycy z tymiankiem i pomidorami. I ciasteczka z maszynki. I sok z marchwi, jabłek i imbiru - rewelacja na przeziębienie.

    Doprawdy, można byłoby Niezaradną wziąć za wzorową panią domu. Pod warunkiem, że taka snuje się do południa w szlafroku, ze spuchniętymi ślepiami.

    Pod warunkiem, że z domu takowej wynosi się regularnie do szkła gustowne buteleczki - kolejno odlicz:



    



     Dziś wychyli się zdrowie kota tym:



    Panie i Panowie, Niezaradna nie wdraża się do stoczenia się z okazji perspektywy nędzy, która czyha za rogiem, jeżeli tak dalej pójdzie.

    Ona po prostu konsumuje wygrane.

    Jest takie miejsce, w którym raz w roku piecze się pączki z procentami od szczęścia, które nawalało cały rok. Wygrywa się w pięciu przypadkach na sześć, bo mało który pączek nie jest nadziany losem. Można, jak Niezaradna, wygrać jabłko i na tym poprzestać. Ale można jak Ser Mąż oraz Świr zgarnąć główne wygrane. A ponieważ ani pierwszy ani drugi nie łoją wódy - odstąpili swoje małpeczki Niezaradnej, która stylowo wyciąga je z kieszeni szlafroka i pociąga łyczek.

   Czuje się cholernie dekadencka, upadła i niepociągająca - od miesiąca powinna mieć wyskubane brwi, ale nie było na to czasu. Teraz zaś nie ma możliwości. Zapalenie spojówek jest cholernie zaraźliwe.

    Jest czas dyscypliny i jest czas rozpasania.

    Jest czas wstrzemięźliwości i jest czas używania.

    Niezaradna z rozpaczą czuje, że jej hedonizm ma się ku końcowi. Oczom po zmianie antybiotyku jakby lepiej. Małpki z procentami się kończą, a oglądanie co wieczór filmu napawa ją rozpaczliwą trwogą - coś tu jest nie tak.

   Dziś już Niezaradna będzie wytrzeszczać obolałe ślepia w ekran komputera.

   Jak potrzymacie kciuki, może coś z tego wyniknie. 

sobota, 14 lutego 2015

Gałgankowy skarb Zbigniewa Lengrena - recka inauguracyjna



Gałgankowy skarb – morze sentymentów

Nie zabrzmi to zbyt szlachetnie, ale pierwszym kryterium oceny książki dla dzieci, jest dla mnie kwestia, czy… mogę ją znieść. Cóż poradzić, cierpię na syndrom chronicznego ziewania, który uaktywnia otwarcie dzieła. Gdy zatem wychodzi ono zwycięsko z „testu ziewu”, mogę napisać szczerze: to jest super, polecam! Tak właśnie, jak „Gałgankowy skarb”.

                Kiedy prosiłam o możliwość recenzowania tej pozycji, coś mi się niejasno kołatało w związku z tytułem. Książeczka nadeszła i.. jest! Olśnienie! Przecież to moja książeczka z dzieciństwa! Cudowne odkrycie, czegoś co pozornie przepadło w mrokach niepamięci, a jednak cały czas było. Niesamowite przeżycie! Podróż w czasie, naprawdę sentymentalna i wzruszająca. Czy to czyni mnie mało obiektywną czy bardziej świadomie oceniającą walory tej małej książeczki? Stawiam na to drugie.
                Jeżeli po upływie ponad trzydziestu lat, witam książkę jak starego przyjaciela i okazuje się, że potrafię ją wyrecytować (naprawdę! kolejne odkrycie!), oddaje to, jak bardzo musiała ona trafić do małej dziewczynki, którą byłam. Gdy jako dorosła osoba odkrywam jej nowe walory, mogę rzec tylko: to jest klasyka!
                Historyjka jest prosta: mała Kasia, oczko w głowie całej rodziny, gubi swego ukochanego szmacianego murzynka – tytułowy gałgankowy skarb. Rozpacz tak wielka, że cała rodzina angażuje się w poszukiwania. A rodzina to spora. Poszukiwania, choć wytrwałe, są bezowocne. Każdy zatem stara się zrekompensować płaczącej Kasi stratę, niosąc prezenty zastępcze. Nie ma jednak mocnych – kultowej sprawy nie da się zastąpić nawet najbardziej wyszukanymi półśrodkami. Kasia rozpacza dalej, aż do momentu, w którym najmniejszy członek rodziny, czyli pies, przynosi jej zagubiony skarb. Happy end!
                Błahe? Banalne? Gdy się rzecz streszcza – owszem. Skąd w takim razie fenomen nieziewania przy tej książeczce?
                Wierzcie lub nie – rzecz nie w tym, że to krótka rymowanka. Zaznaczmy tu, że bardzo zręczna rymowanka, o stałej liczbie sylab i regularnym układzie rymów – melodia i słowa same wpadają w ucho. Autor, Zbigniew Lengren, był nie tylko autorem lekkich wierszy, ale i wielbionych przez pokolenia rysunków. W „Gałgankowym skarbie” połączył te obie dziedziny. W sposób mistrzowski!
                „Gałgankowy skarb” napisał dla swej córki… z lenistwa (hmmm… jeszcze bardziej lubię Lengrena). Każde słowo wierszyka opowiadającego o perypetiach wokół zaginionej zguby jest zilustrowane! Na książeczkę składają się mistrzowskie miniportreciki sytuacyjne wraz z podpisami. Całość sprawia, że po parokrotnej lekturze dziecko w zasadzie samo może sobie „czytać” opowiastkę o zrozpaczonej Kasi. A rodzic… ma wolne. O to przecież autorowi chodziło!
                Trzykrotne testy przeprowadzane na moich dzieciach potwierdzają skuteczność sposobu autora „Gałgankowego skarbu”. Czytanie z mym trzyletnim synem wygląda mniej więcej tak:
Ja: Nie płacz, Kasiu nie płacz, znajdziemy murzynka…
Syn: Tak, znajdziemy…
Ja: … szuka twojej zguby calutka rodzinka…
Syn: Tak, calutka rodzinka…
Ja: Dziadek w piwnicy…
Syn: Tak, w piwnicy…
                Pięcioletnia córka orzekła po pierwszej lekturze, że Kasia jest niecierpliwa, a piesek rozsądny. Syn zaś przytaknął każdemu słowu książeczki. Prośby o ponowienie lektury – wielokrotnie.
                Daję się uprosić bez bólu, ciesząc oko humorystycznymi ilustracjami portretującymi rodzinę Kasi – rewelacyjnie oddane typy! Można pokusić się nawet o ocenę temperamentów, tak sugestywna jest kreska Lengrena.
                Poza trywialnym cieszeniem się mistrzowską formą, książeczka stanowi oczywiście punkt wyjścia do całkiem poważnych rozmów.

                Dziś przetestuję, czy moje dzieci znają już książeczkę na pamięć.





    Panie i Panowie. 

    Tak brzmiała recka Niezaradnej napisana na pewien bardzo fajny portal, którego dziś już nie ma. Nieco sztywna, ale takie sztywności się popełnia, jak się pisze oficjalnie, na łamach, ze swym nazwiskiem i inne takie tam.

    Niezaradnej cholernie nie pasuje, że portalu już nie ma. 

    Po pierwsze - lubiła naczelną. Po drugie - lubiła dostawać paczkę z książką do czytania. Po czwarte - lubiła ten moment, gdy siadała z Dwójką po bokach i testowała na nich książeczkę, zwłaszcza gdy po otwarciu sama nie wiedziała, co o niej sądzić. 

    Pisała zawsze na gorąco. Niektóre teksty jednak nigdy się nie ukazały, innych Niezaradna nie zdążyła opublikować, bo portalem tąpnęło posiadanie takiego a nie innego właściciela. 

    Co może Niezaradna dodać na temat Gałgankowego skarbu?

    To była pierwsza książeczka, którą wzięła na warsztat. Nie mogło być inaczej, skoro Niezaradna ujrzawszy okładkę mało się nie popłakała ze wzruszenia. I jasne, że pamiętała każde słowo. Choć pewnie miała tyle lat, co Świr, gdy wertowała po raz tysięczny i setny swój Gałgankowy skarb

   Czy Gburka i Świr znają Gałgankowy Skarb na pamięć?

   No jasne, że znają. Gburka dba rygorystycznie o wierność tekstowi i nie toleruje najmniejszych potknięć, nawet jeżeli Niezaradna deklamuje tekst ot tak, dla zabicia czasu w jakimś nudnym miejscu, bez książki w ręce. 

   Niezaradna uwielbia patrzeć, jak Dwójkowi biorą sami książeczkę w ręce i czytają. Tyle satysfakcji z tego czytania!

   Ale sama też lubi ją obejrzeć, z reguły gdy zbiera skądś porzuconą, nie może się oprzeć od rzucenia okiem na te rysunki. O każdej z postaci mogłaby napisać osobny szkic, tak są wyraziste. 

   Udała się Lengrenowi ta książeczka. 

   Udało się Niezaradnej, że Babaryba ją wznowiła i mogła z Dwójką spotkać się na moment, jak mała dziewczynka, którą kiedyś była. 

   Wyżej pisana recka sama się pisała, tak dużo w Niezaradnej było rozanielenia. 

   Nie żałujcie sobie i Wy, jeżeli nie macie czasem siły czytać dzieciakom.




Jak na etacie. Prawie.

     Panie i Panowie.

     Niezaradna ma komputerowstręt, o czym świadczy opóźnienie, z jakim odpisała na komentarze. Niezaradna od pięciu już dni próbuje żyć tak, jakby wróciła na etat. Czyli nie wykonuje w chacie roboty za kasę.

      Pichci obiadki, wykonuje zdrowe pasty na chleb (tak! tak! ONA!!!). Siedzi z Dwójką, grucha z Ser Mężem, którego bohaterskie rany po samarytańsku opatruje i ogląda wieczorem milion zaległych filmów. Tak, jak mają to ludzie, którzy nie są frilanserami łapiącymi za klawiaturę, gdy dom cichnie, by siedzieć do rana nad robotą.

     Niezaradna siedzi do rana tylko dlatego, że czyta sobie książkę, powoli oswajając się z myślą, by wynieść ją poza łazienkę i też czytać.

     Po bożemu. Normalnie. Bez spiny w domu, że trzeba, że mus, że czas ucieka, hydry przyrasta...

     Niezaradna wstaje około godziny 10-11. Potem snuje się po chacie w piżamie czas jakiś, nawet jeżeli intensywnie sprząta, bo wkurza ją widok sierści kota w niepraktycznym kolorze.

     To taki wyłom od tego, jakby było, gdyby wróciła na etat.

     Ser Mąż jest kontuzjowany, Dwójka poległa w walce z epidemią, która zdziesiątkowała absencję w Dziurowych przedszkolach i świat kręci się nieco alternatywnie. Nie trzeba rano wstawać. Nigdzie się nie trzeba spieszyć, chyba że do lekarza.

    W takich okolicznościach łatwiej jest rwać wirtualne gruszki z wierzby, a trudniej działać konstruktywnie.

    Wobec powyższego Niezaradna cieszy się życiem i chwilowo zbiera siły na skok wyżej.

    Bo w końcu trzeba podskoczyć. Konto znów wykaże stan dwucyfrowy. Wcześniej niż później.

    Ale jeszcze nie dziś. Jeszcze nie jutro.

    Panie i Panowie.

    Dziś kiczowate święto tego, co ma chronić przed epilepsją i niedyspozycjami umysłu.

    Niezaradna jeszcze nie kłóci się z Ser Mężem, po tym, jak eksplodowała mu gniewem za królowobójstwo w twarzy i on temu sprostał.

   Jeszcze jest serduszkowo.

   W sumie - to dobrze czy źle?



   Pieprzyć rozwój - dziś sobie nudno, kiczowato i zupełnie nieambitnie spędzajcie czas dobrze, mili Czytelnicy.

   Cokolwiek to dla Was znaczy.

   Niezaradna dalej będzie przerabiać PRAWIE etat w swym życiu.

czwartek, 12 lutego 2015

Grzańczyk bezwstydnie prywatny

- Mamo, dlaczego to robisz? - kwestia Gburki przyglądającej się matce przed lustrem.
- Bo jestem starą babą.
- ...... - chwila zadumy - ale jak to starą? Przecież nie jesteś babcią, tylko mamą! Mamy nie są starymi babami. Nie jesteś starą babą.
- Jasne, że nie. Mamy to nie stare baby, masz rację, kochanie.
- Nie mów, że jesteś starą babą - włącza się przysłuchujący do tej pory w zadumie Świr - bo ktoś pomyśli, że jesteś. A przecież nie jesteś!


Łebskiego czterolatka słuchać trzeba, skoro mądry jak Mistrzyni:



   Potem się wygląda tak pięknie na setne urodziny:



   Ekonomiczne i skuteczne! To możliwe.

   O.

wtorek, 10 lutego 2015

Królowa chce wylecieć z klatki

    Panie i Panowie.

    Się przelało znów, kipi, swąd jest i tylko niektórzy udają od miesięcy, że go nie ma.

    Jest. Niezaradna przestaje udawać.

    Co tym razem?

    Niezaradna znów pokonała hydrę nad hydry. Tę ostatnią z gatunku, co się rozmnożył pół roku temu. Kosztowało to ileś nocek nieprzespanych, ileś humorów złych i nerwowości.

    Niezaradna jest w złej formie fizycznej.

    Psychiczna zaś brzmi tak, że Niezaradna przestała się czuć Królową.

    Kiedy to się stało? Wtedy, kiedy stała się tą autorką smutnego bloga z JeszczeMałżeństwem w roli głównej? Nie, to było wcześniej. Niezaradna wtedy lekkomyślnie naraziła się na utratę pracy za 800 zł. A następnej za tyle nie dostała od razu. Najpierw była taka za nic, potem za około 300 zł na miesiąc. O ile.

    Niezaradna dźwigała brzemię swej winy jak krzyż.

    Przepraszała za nie rygorystycznie obcinając wydatki na siebie i dom.

    Ciuchy? Nie, nic nie potrzebuję. Kosmetyki? A skąd, sama zrobię z tego, co jest w domu. Nie, nie musimy kupować żadnej chemii. Z tego, co jest w domu da się zrobić wszystko i ja pokażę, że to działa. Sama wszystko poszoruję. Chleb? Sama upiekę. Resztki żarcia? W tym domu NIC się nie wyrzuca.

    Grało. Niezaradna robiła sobie dobrze - minimalizm jest trendi przecież, eko jest najlepiej, cud miód malina.

    Tylko ni w cholerę nie zmniejszyło to ciężaru krzyża.

    Teraz też.

    Krzyż uparcie jest. choć teoretycznie nie powinno go być. Od czerwca Niezaradna zarabia przecież więcej niż osiemset.

    Krzyż, taka jego mać, przylgnął.

    Krzyż garbi plecy, opuszcza głowę, która nie chce się wyżej wznieść.

    I nakazuje nadal to samo:  Ciuchy? Nie, nic nie potrzebuję. Kosmetyki? A skąd, sama zrobię z tego, co jest w domu. Nie, nie musimy kupować żadnej chemii. Z tego, co jest w domu da się zrobić wszystko i ja pokażę, że to działa. Sama wszystko poszoruję. Chleb? Sama upiekę. Resztki żarcia? W tym domu NIC się nie wyrzuca. 

    Tylko,  że to poszło już dalej niż w minimalizm.

    Przecież, do takiej maci, na tę większą forsę trzeba było pracować. Pracować, gdy Dwójka w przedszkolu, a potem pracować, gdy Dwójka idzie spać. W międzyczasie dźwigać krzyż.

    Ciuchy? Nie, nic nie potrzebuję. Kosmetyki? A skąd, sama zrobię z tego, co jest w domu. Nie, nie musimy kupować żadnej chemii. Z tego, co jest w domu da się zrobić wszystko i ja pokażę, że to działa. Sama wszystko poszoruję. Chleb? Sama upiekę. Resztki żarcia? W tym domu NIC się nie wyrzuca. 

     Z krzyżem jest tak, że otoczenie przywyka do faktu, że przyrósł.

     Może się okazać nawet, że otoczeniu z Twym krzyżem wygodnie.

     Czy jeszcze ktoś ma wątpliwości, że Królowobójca dał czadu?

     Panie i Panowie.

     Mniejsza o szczegóły.

     Chodzi o fakt, że Niezaradna zapomniała, że przecież zawsze była Królową.

     Może jest to kwestia braku czasu na wyskubanie brwi. Może tego, że ustały celebracje dobrego czasu dla Niezaradnej. Bo przecież zawsze nie ma czasu. Bo cała rzesza obowiązków domowych niepostrzeżenie stała się tylko jej obowiązkami.

     Łotewer.

     Wyzwolona od wszystkich hydr zaległości Niezaradna, za cholerę nie jest wolna.

     W dniach ostatnich zaś Królowobójcy ubyło ciut jego istoty materialnej. Wprost proporcjonalnie Niezaradnej przybyło na krzyżu belek.

     Teraz już wygląda jak szkielet latawca.

     Szansa na lot tylko pod warunkiem, że wypełni się to jakąś treścią.

     Inaczej Niezaradna padnie pod swym krzyżem na glebę i już nigdy, przenigdy nie będzie Królową, tylko kobietą, jaką nigdy nie chciała być. Bo wyjazd w góry jest mglistym mirażem, a codzienność napiera codziennie.

     Dlatego też, Panie i Panowie, wolna od hydr Niezaradna, z piaskiem pod oczami, usiadła dziś i klepała motywca porywającego jak jasna cholera. Do pracy na etat, jak Bozia przykazała, z ZUS-em, urlopem wypoczynkowym i zdrowotnym, i innymi takimi tam.

     Czy Niezaradna pragnie zostać biurwą, wbić się w garsonkę i popylać codziennie do biura, by gruchać z osobami, za którymi nie przepada i drżeć na widok miny szefa?

     Hehehe.

     Dobre.

     Rozanielona wolnością frilanserki Niezaradna o niczym innymi nie marzy, taaa...

     Ale wyklepała i zaniesie. Jak Bozia przykazała zaniesie.

     Bo żeby była wolność, to trzeba mieć czas, by ją zauważyć.

     Gdy zacznie regularnie wychodzić do biura, to może Królowobójca zauważy, że ona pracuje? I czasem wskrzesi zapomnianą Królową, bo fajna z niej była laska?

     Chlip, chlip, chlip. Nad fajną laską, która gdzieś się zagubiła.

     Spoko, Niezaradna na pewno nie dostanie tej pracy. Nie ma już żadnych pleców. Znajomi politycy, którzy nie byli zbyt skuteczni, już się wykruszyli w efekcie niesprostania oczekiwaniom obywateli Dziury.

     Gdyby jakby Niezaradna tę pracę jakimś cudem dostała, to byłyby dopiero jaja.

     Tymczasem: godzina 2:20 - zadanie zebrania naczyń Królowobójcy jak zwykle nie włożonych do zmywarki - wykonano.





     Przepis na Królową na szybko, żeby wpis był jako tako pożyteczny:

     Jeżeli naprawdę, naprawdę daleko Wam od Królowej i boli Was to, i wyć się chce - marsz do lustra! Wyprostowanie pleców. Uniesienie głowy. Majestatyczne spojrzenie i wyciągnięcie ręki do przodu. Z gestem powolnym i eleganckim mówicie głosem dźwięcznym i dumnym: Ja. Królowa.

     To się nazywa afirmacja i podobno cuda czyni.

     Dla tych, co kulają się ze śmiechu na myśl o afirmacji, przepis jeszcze pewniejszy.

     Włączacie sobie Królową sprzed paru lat, gdy jeszcze bajka trwała, a ona nie zmieniła się w straszną wiedźmę napastującą młodych chłopców, bo miała całkiem lubianego męża:

 

     Dla tych, co nie lubią Madonny - zróbcie wyjątek. I znajdźcie cały koncert z 2006 roku. Zorganizujcie dobrą ekipę i skaczcie. Nie pożałujecie.

     Niezaradnej powyższe w towarzystwie Dwójki uratowało popołudnie i dało siły na klepanie motywca wieczorem.
 
   

wtorek, 3 lutego 2015

Są powody do płaczu? Nie ma!

    Panie i Panowie.

    Dzieje się.

    JeszczeMąż nie jest już JeszczeMężem.

    Teraz jest JużMniejMężem. Zmalało go o kawałek palca wskazującego, który zostawił dziś o siódmej rano przed budynkiem swej firmy. Lubił ten kawałek, zatem szkoda nieco.

    Zawsze jednak mogło być gorzej:




    W każdym razie oznacza to, że trzeba JeszczeMężowi trzeba zmienić ksywkę.

    Niech będzie od dziś Ser Mężem, skoro chciał być taki efektowny. Link dla tych, którzy jakimś cudem uchowali się bez znajomości sagi Martina (dba się tu o Lożę Honorową Czytelników!).

    Jak Ser Mąż będzie niemiły, będzie się o nim pisać jako o Królowobójcy. Miejmy nadzieję, że z rzadka.

    Miejmy nadzieję też, że na tych efektach Ser Mąż zakończy zapatrzenie w idoli z popkultury i nie zmieni preferencji w doborze kobiet.

    A serio, serio - ostrożnie zamykajcie drzwi samochodów, Czytelnicy. Okazuje się, że bywa to cholernie niebezpieczne i nie jest to kwestia marudzenia starych bab.

    Co poza tym.

    Gburka chce zostać Superbohaterką i ratować bite dzieci.

    Świr chce zaś zostać piratem.

    Niezaradna, jak się ostatnio rzekło, pozostanie Niezaradną. Choć w przyszłości chciałaby zostać bogatą Niezaradną, bo niby czemu nie.

    Chwilowo chyba jednak świat przyzwyczaił się, że u Niezaradnej zawsze bieda i gdy ostatnio zagadnęła w zaprzyjaźnionych soszjalmediach o sposób na wydanie kasy, otrzymała cały szereg porad na to, jak ominąć jej wydanie, co mocno zbiło ją z tropu.

    Każdemu zatem Niezaradna może teraz doradzić, jak ominąć kupowanie siekacza do cebuli, czy jak go tam zwać. Może zdarzyć się, że jak Niezaradna macie oczy na mokrym miejscu i bez cebuli, a z cebulą to już w ogóle masakra. I że cebula Wam cuchnie, dajmy na to, zatem nie lubicie rączek sobie nią uwalać (Niezaradna nie lubi).

    A zatem, Panie i Panowie - by nie płakać przy cebuli krojeniu należy:

  • oddychać przez usta, nie przez nos,
  • włożyć cebulę do zamrażarki przed krojeniem,
  • kroić z włożonymi w zęby zapałkami (serio, serio!),
  • po przekrojeniu cebuli zamoczyć ją w zimnej wodzie,
  • zamiast zwykłej używać cebuli czerwonej,
  • kroić przy zapalonym palniku kuchenki gazowej,
  • kroić w szkłach kontaktowych, goglach i co tam kto jeszcze ma,
  • obierać cebulę od końca, tzn. od szczypioru,
  • żuć skórkę od chleba podczas krojenia (albo gumę),
  • kroić najbardziej ostrym nożem (maczeta dobrze widziana),
  • kupić cebulę prażoną albo w kostce (hue, hue, hue!).
 Z kolei, by rączki Wam cebulą nie woniały, robicie takie fikimiki:
  • pocieracie dłonie o kran,
  • ubieracie banalnie i nieeko jednorazówki rękawiczki,
  • traktujcie dłonie ałunem (co to jest, do cholery?).
  • potrzeć można też sokiem z cytryny,
  • albo i łyżką stalową.       

   A jak jeszcze ktoś nie jest przekonany do tego, żeby szatkownika nie kupować, to podobno cebula z szatkowania, a nie cięcia robi się gorzkawa.

   Niezaradna nie wie, póki co, to jej debiuty cebulowe. Póki co, nie jest to łatwe.

   By było łatwiej i brzuszek nie bolał przed wzdymających, wcześniej obżeracie się kminkiem.

   Panie i Panowie.

   Ten dzień zaczął się połączeniem ze szpitalem i słowem "amputacja" w ucho  nieprzytomnej  Niezaradnej, która zaspała. Potem trzeba było ogarnąć sprawy i odholować Dwójkę do przedszkola.

   Potem znów ogarnąć sprawy, odebrać Dwójkę z przedszkola i spędzić z nimi jeszcze ileś czasu przy sprawach. Dopiero w domu okazało się, że Świr ma 38 i dlatego zachowuje się, jak mężczyzna w chorobie.

   To musi się odbić wisielczym humorem.

   Ale nie w kwestii cebuli. Wszystkie njusy okołocebulowe pochodzą od zagorzałych cebuloholiczek.

   Ostatnio było o polubieniach. Niezaradna wie, kto na pewno polubi ten post.



 



niedziela, 1 lutego 2015

Izmy, yzmy, azmy i inne ściemy. Kundel bury ma 100 lajków.

   Panie i Panowie

   Niezaradnej uderzyła seta polubień. Na fejsie. Porażająca seta. Lub maluteńska seteczka, cóż to wobec kilku tysięcy.

   Liczba niewymierna, jak mało gdzie.

   Polubienia. Zbiera się je, by chwytać reklamodawców.(Proszę, proszę! tyle mam polubień, a tyle wyświetleń! blablabla. na ile to się przełoży?)

   Kiedyś, komuś, bardzo dawno temu, Niezaradna obiecała, że zdradzi skąd polubienia na wejście, skoro nikomu znajomemu nie machała łapką z wołaniem: lajknij mnie! To ja i mój nowy lepszy blog!

   Sprawa jest równie łatwa, jak żenująca. Lajk za lajk. Polub mnie, a ja polubię ciebie. I inne takie. Niezaradna tych innych nie poznała, starczyło jej jakieś trzydzieści na wejście. Syndrom czapki albo futerału na ulicy - jeżeli leży parę groszy, ktoś dorzuci i następny. Z takiego punktu widzenia Niezaradna wyszła i pojawiły się następne. Zaproszeni na fejsie znajomi, co kliknęli wspaniałomyślnie nieznajomej, nie wiedząc, że ją znają.

    Wszystko razem - lajki-srajki. Dla świętego spokoju, z wyłączeniem opcji obserwowania, a nawet i bez wyłączenia. Bo kto widzi statusy publikowane nad ranem? Ale Niezaradna jeszcze wtedy wierzyła w ideę zarabiania na blogu, zatem nie o to chodziło, jakiej jakości te polubienia. Miały być wyliczone na efekt, że są.

    Tak po pięćdziesiątym może zaczęły pojawiać się lajki świadomie i dobrowolnie kliknięte.

    O tych Niezaradna dumała zobaczywszy, że osiągnęła setkę.

    Jaki post powoduje, że się klika lajknięcie całego bloga?

    Niezaradna zawsze była kundlem burym.

    Gdy w ogólniaku pojawiło się pojęcie subkultur, Niezaradna nie potrafiła się zdefiniować. Okej, słuchała punka. Ale nie pogardziła i The Cure, i Depeche Mode, a najwyżej wzlatywała przy stajni z 4AD. Charakterystyczne buciki spowodowały, że wyzwana została w swym czasie od je... jaśnie pań depeszek, a próżność kazała nosić zawsze długie włosy, bo to się podobało chłopakom. Poza tym bliżej jej było do pacyfistów niż do anarchistów. Zdobycie glanów zdefiniowało ją znów inaczej.

   Kundel bury, od dziesięciu lat w związku ze skundlonym metalem.

   Blog jest zaś konsekwentnie blogiem kundla burego.

   Jeżeli sugerować się tytułem, winny na nim być: utyskiwania, jady, teorie spiskowe i ton katastroficzno-labidzący. Jasne, nie brakuje tego. Kto nie wierzy, zaprasza się na wstęp i na kwestie opatrzone tagiem: rzeczywistość boli.

   Jeżeli sugerować się kategorią: sposoby i dobra inwestycja oraz stanowczo nie, można by oczekiwać porad, jak za małe pieniądze, a bez pójścia na poślednią jakość, przetrwać czas biedy. I jasne, tego też nie brakuje. Niestety, w ilości mniejszej niż Niezaradna zakładała i dlatego z bloga tego nie będzie pieniędzy. Za mało praktyczny, by sprzedać tu towar.

   Jeżeli sugerować się kawałkami z tagiem: dzieci biedoodporne, można by oczekiwać porad i uniesień. Hmmm... z tym bywa różnie. W pierwszej kwestii Niezaradna czuje się niekompetentna, a uniesienia wylane na widok publiczny jawią jej się jako płytkie i pretensjonalne, gdy sama ich dokonuje. Zatem morda w kubeł na temat uniesień. Ale że jednocześnie Dwójka to kawał życia Niezaradnej, nie da się o nich nie pisać, nawet za cenę upodobnienia się czasem do blogu parentingowego, którego za wszelką cenę Niezaradna nie chce pisać.

   Kwestii przemyśleń nie dało się uniknąć, choć Niezaradna zakładała, że pozostanie chłodna i zdystansowana. Dla robienia biznesu niepotrzebne są kawałki typu: ubóstwo diagnoza czy też piękno. Okazało się jednak, że Niezaradna nie jest robotem i niepraktyczne kwestie się wymykają. Pieprzyć dyscyplinę.

   Jest jeszcze pozytywnie i grzaniec. Zapewne pojawiły się w momencie, gdy czas w życiu Niezaradnej zrobił się bardziej pozytywny niż był na wstępie. Fajnie jest utrwalić, ile dobrych chwil można przeżyć w życiu zwyklaka. Ale nie ma mowy, by Niezaradna pisała o tym, jak żyć. Niesamowite jest to, jak wiele można się uczyć na ten temat w wieku dojrzałym. Ale uczyć kogoś? Nie, nie. Niezaradna nie pretenduje.

   I co z tego wynika? Ktoś mógł kilknąć lajka, bo znalazł coś parentingowego. Ktoś mógł kliknąć, bo coś podpadło pod minimalizm. Innym razem coś zabrzmiało publicystycznie, a innym jeszcze razem Niezaradna sprzedawała swą prywatność aż do kości, bo nie miała z kim o niej pogadać i czuła najokropniejszy rodzaj samotności - wśród ludzi.

   Ktoś mógł tak kliknąć. A potem poczuć się oszukany następnym wpisem nieadekwatnym.

   Panie i Panowie (bo Wy, Panowie, też tu klikacie, choć z rzadka się odzywacie).

   Niezaradna nie pretenduje do żadnego z Pierścieni Mocy. Nie umie smakować z umiarem i klasą życia, czas jej przecieka przez palce. Nie jest mistrzynią metafor, która odzywa się z rzadka, ale w sposób tak skondensowany, że myśli się o tym godzinę. Albo więcej. Niezaradna nie ma umie unosić się wysoko nad tematami, które innych dobijają do gleby. I nie ma wiedzy popartej praktyką, by pokazywać, jak dobrze żyć. Talentów takich czy innych też jej brak. I masy innych rzeczy też Niezaradna nie umie - są od tego ci, których macie po prawej.

   Dlatego pozostanie Niezaradną.

   Kundlem burym.

   Dlatego też wtryni tu jeszcze jedną kategorię: recki. Niezaradna lubi popełniać recki.

   Nie recenzje, to brzmi zbyt poważnie i zobowiązująco. Formy, poprawność polityczna i inne takie tam.

   Był sobie kiedyś tam naprawdę fajny portal. Fajne portale mają to do siebie, że lubią być własnością niefajnych ludzi, którzy akurat mają kasę. Jeden z takich ludzi spowodował śmierć fajnego portalu, a Niezaradna pozostała ze zobowiązaniami. Bo od wydawnictw dostała książki, a wydawnictwa nie dostały nic.

   W miejscu zatem na setę różnej jakości polubień, zamiast w takim na przeszło trzy tysiące adekwatnych, Niezaradna opublikuje należne wydawnictwom recki. W formie własnej, bez sztywnej ramy, bez napinania i bez ściemy.

   Lajki srajki, minimalizmy, animalizmy, psychologizmy, ekologizmy, marazmy, druidyzmy, spazmy, entuzjazmy...

   Wszystko może tu trafić. To Niezaradny blog w końcu, nieprogramowy.

   Niezaradna dziękuje wszystkim tym, co są tu naprawdę wierząc, że: