poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Niezaradna zdradza

    Nie popełniłam zdrady rzekła poetka. I wielu jej nie uwierzyło.

    Niezaradna zdradza.. I nie wierzy już sama sobie, zatem i Wam nie będzie tu ściemniać.

    Hamburger z Makdonalda. Blech, straszne świństwo. Nie nadgryzie go i ząb pięćdziesięciu lat. Takie ma konserwanty!

    Gdy Ser Mąż z Dwójką za długo bawili w Makdonaldzie, a Niezaradna w końcu odsiedziała sobie cały tyłek na płasko od roboty, Ser Mąż ściągnął ją do tej plastikowej knajpy z plastikowym żarciem.

    Niezaradna zdążyła przybyć akurat wtedy, gdy Dwójka już zapomniała o zjedzonych frytkach i o tym, że to miejsce jakoś się nazywa. W całości wchłonęła je wieża robiąca za plac zabaw.

    Niezaradna przybyła jednocześnie wraz z parą młodą w pełnej gali, która zajechała rolsrojsem i zaczęła się pożywiać. Dopiero po paru dniach wpadło w oczy Niezaradnej, że to bardzo światowy trend przybyć ślubnie do fastfudu.

     Nieświadoma trendu łypała jednak zdumiona znad swej bułki z rybą w panierce. Rzuciła na nią jak prawdziwy drapieżnik. Przez wiele godzin nic nie jadła i zeżarłaby nawet oponę. Może i ona też była w tej kauczukowej bułce nadzianej konserwantami.

     Potem popędziła załatwiać dwie sprawy, Ser Męża wraz z dwójką wyrzucając z samochodu na placu zabaw.

     Powrót był późny, w domu nie było chleba, Więc chleb kupili w Biedronce. Z mrożonego ciasta. Z bombą konserwantów i ludzkimi włosami w roli L-cysteiny. Mija tydzień, a resztka tego chleba nadal jest pulchniutka.

     W domu nie było chleba, bo Niezaradna zmarnowała swój kwas. Ser Mąż oznajmił, że ma dość chleba na zakwasie z maszyny. I zakwas niedokarmiany przez Niezaradną, padł ofiarą zabójstwa z premedytacją. Głodową śmiercią, auć.

    Niezaradna piękną wiosną siedzi na tyłku. Lub tyłek przemieszcza samochodem udając się w ważnych sprawach to tu, to tam. Żre sklepowe pieczywo. Nie ma czasu na pichcenie zdrowych potraw. Wcina batoniki. I myje włosy resztką szamponu, który pewnie zrobiono ze zmielonych diamentów.

    To jeszcze moment, jeszcze moment. Jeszcze tylko to, to i to. I znów będzie żyć zdrowo, ekologicznie i prawdomównie.

    Tak jak doradza w inspirujących do zdrowszego życia tekstach.

    Na razie całą ekologię wziął na siebie Świr. Buduje ekomyjnię samochodową. Z rolek papieru eko do tyłka, które Niezaradna ostatnio hurtowo kupiła.

    Panie i Panowie, Poza tym nie ma czasu na życie eko, sloł. Jest tylko minimalizm.

   Do minimum zlikwidowano wyrzuty sumienia za hipokryzję.

   Dziś, w poniedziałek 27 kwietnia, Niezaradna zawiezie Gburkę do Pewnego Miasta na zabieg cięcia zapaskudzonych migdałów. I będzie z Nią w Pewnym Mieście i Tym Szpitalu jakieś trzy dni.

   Z Nią, dla Niej, przy Niej, obok Niej. Stale.

   Niezaradna intensywnie pracowała nad tym, by ta kompletność była. Na uczciwość nie zawsze był czas.

   Kiedyś się do niej powróci. Po powrocie.

   Przyjdzie wiosna, wiosną wszystko bujnie rośnie. Może uczciwość odrasta też. I bycie Boginią, i takie tam inne.

   Niezaradna ma wielką wiarę. A taka przecież góry przenosi.



środa, 22 kwietnia 2015

Gdzieś tam. I gdzieś tu.


    Gdzieś tam. Ale musicie wytężyć wzrok. 

    Gdzieś tam, na tych wzgórzach. Ale nie na samym szczycie, a na linii gdzie się kończy jasne, odsłonięte pole. 

     Tam stoi Ser Mąż i Dwójka. I mają lunetę. I machają rękami Niezaradnej, która macha im z balkonu. 

     Ona jest tu. Na miejscu. Im więcej pisze o ekologii i przyrodzie, tym bardziej siedzi na dupie w czterech ścianach. Tak trzeba. Bo w poniedziałek Gburka ma cięte migdały i Niezaradna będzie poza zasięgiem dwa dni. A robota iść musi.

     Dlatego Niezaradna tkwi na dupie, co tyje i gdy Ser Mąż zadzwoni: wyjdź i machaj - wychodzi i macha. Ona ich widzi. Ser Mąż ją widzi. Dwójka widzi, głównie siłą sugestii. Bo nie za bardzo umie patrzeć przez lunetę. 

     A potem, jak już są na miejscu, Niezaradna ma ich blisko, bardzo, tuż za szybą. Albo parę metrów mieszkania dalej. 

     Świr chałturzy. Kot to znosi cierpliwie i wytrwale. 


   A potem jednak zaczyna krążyć wielce wymownie. 


    Daremne żale, kocie miły. Miejscówkę już zaklepał inny ktoś. 


    Kot zrezygnowany patrzy czas jakiś z wyrzutem.


    Nie rozumie skąd to tałatajstwo na jego balkonie. JEGO przecież. 

    Spokojnie, kocie. Jutro Ser Mąż znów weźmie Dwójkę na przyrodę. Tak to mówi Świr. 

    Po przyrodzie weźmie ich do makdonalda na frytki. Bo jest obok jednego z dziurowych jezior, które tym razem okrążą. 

    A co to jest makdonald? - pyta Gburka. 

    Błogosławiona bądź, Gburko. Więc matka nie jest taką totalną hipokrytką. 

    Wrócą i będą znów lepić pierogi. Tym razem z farszem z resztek krupniku. I tak, mięcha ciut nieco. 

     Wiosno, wiosno. Już się nie cofaj. 

     Uprasza Niezaradna. I Dwójka z Ser Mężem w przyrodzie. Kot się wstrzymuje.

     To był jego balkon. JEGO własny. 

     A teraz już nie. 

  

niedziela, 19 kwietnia 2015

Kundel bury jorkiem podszyty

    Panie i Panowie.

    Mało tu ostatnio Niezaradnej. Mało w stosunku do tego, co było. W porównaniu z innymi, co powinni być częściej (daleko nie szukać!) to Niezaradna dość przykładnie się stawia.

    Niezaradna pracuje.

    Czy praca Niezaradnej jest zrównoważona wedle standardów wytyczonych przez Mistrzynię życia w równowadze?

     Sama Niezaradna średnio jest zrównoważona, zatem pomińmy kwestię.

     Nie da się zaprzeczyć, że Niezaradna to kundel bury.

     Gdy kundel bury łapie robotę, może mu się zdarzyć lekka sodówka.

     Ciut ciut tycia, życie już tyle razy dało Niezaradnej po zbyt wysoko uniesionym łbie, że trzyma poziom. Z pionem różnie.

     Sodówka Niezaradnej objawia się zapędzeniem w zbyt śmiałym konsumpcjonizmie.

     Enigmatycznie wspominana robota Niezaradnej jest robotą lubianą. Poza tym, że jest jej strasznie dużo. Poza tym, że trzeba ogarniać, nadążać, reagować, wyłapywać, być czujnym, kreatywnym i w ogóle...

     ZARADNYM?!

     Nie bawiąc się w oksymorony, Niezaradna postanowiła całkiem dobrze udawać. Już nieraz pracowała udając, w końcu to tylko praca jest.

     Atrybutem niezbędnym osoby, która ma udawać kogoś kim nie jest i stawać na wysokości, jest ściąga.

     Szybkie dyskretne spojrzenie - i jesss! tak! wszystko jasne, pamiętam, pamiętam...

     Nielicząca zwykle godzin i lat Niezaradna postanowiła nabyć kalendarz, organizer, planer, cholerawieco.

     I ktoś ze Świata powiedział jej, że Moleskine. Drogie toto jak cholera, ale ach, och.

     Drogiego Niezaradna nabywać nie zamierzała. Ale ze znanego Wam chorobliwego upodobania do luksusu, postanowiła obejrzeć Moleskine. Pierwsze na co wpadła, była to przecena.

     O 40 zł.

     Luksusowy, wypasiony, snobistyczny Moleskine za 7 zł!!!

     Niezaradna nie wahała się ani chwili.

     Potem czekała. Całe święta dzieliły ją od wielkiej szansy na zorganizowanie sobie roboty.

     W Moleskine. Ach, w Moleskine.

     W międzyczasie Ser Mąż dla ułatwienia wykopał z czeluści Gburkowych skarbów kalendarz, Wręczono mu go w jednej z wyższych szkół gotowania na gazie, w których chałturzy. Dostała go Gburka, Ser Mąż miał już inny, Niezaradna nie liczy godzin ni lat, a Gburka w przeciwieństwie do matki jest zorganizowana. Zgarnia wszystkie zbędne kalendarzyki w domu i wypełnia notatkami w znanym sobie tylko zapisie. Ale zgarnia hurtowo i czasem o nich zapomina.

    To był jeden z tych zapomnianych. Zupełnie Gburkowymi zapiskami nietknięty.

    Niezaradna uprzejmie przyjęła. W duchu prychając: a co toto ma być? Takie lilipucie? Przecież tu nic, a nic, a nic się nie zmieści, no ale dobra, poudaję.

    Nie udawała zbyt przekonująco, ale przyszedł Moleskine. Wyprawa do jedynego pozostałego w Dziurze kiosku prawdziwego Ruchu (tania przesyłka, by nie nabić zbyt wiele do pierwotnego 7 zł!).

    I olbrzymia niepewność na widok tej paczki. Z Moleskine, Moleskine.

    Milion uczuć, z których chęć stuknięcia się w łeb kundla, co zapragnął być jorkiem, bierze górę nad resztą.

    Ser Mąż spojrzał, westchnął i kazał Niezaradnej wybrać inny. Bo musiał wyłożyć kasę. Niezaradna swojej jeszcze nie zarobiła.

    Niezaradna wybrała. Długo i wnikliwie studiowała. Wahała się czas jakiś, ale wybrała. Miał być wygodny, praktyczny, z miejscem do notorycznie kreślonych i zmienianych planów.

    Empikowski jakiś tam. Za 30 zł. Niestety, niestety.

    Przyszedł. A Niezaradna zawyła już w głos. I wyżebrała od Ser Męża jego kalendarz. Bezfirmowy, kundlowy.

   Taki jaki miał być. Bo ten empikowski też miał rozmiar lilipuci.

   Obrazek pomocniczy:


   Od lewej: 
  • wygrzebany za zasobów Gburki kalendarz, którym Niezaradna wzgardziła;
  • Moleskine, ach Moleskine;
  • na Moleskine okulary Niezaradnej. Nowe, właściwe, nie zatytułowane Czas umierać;
  • futerał do okularów;
  • myszkę i kubek już znacie.


    Panie i Panowie. 

    Niezaradna chciała tylko kalendarza, w którym wszystko można rozpisać i się doczytać. 

    Ale zapragnęła jorknąć Moleskinem. Nie doczytawszy rozmiarów. Dwa razy pod rząd, bo przy empikowskim też nie doczytała. Nie miała tylko już siły na fotkę. 

    Komu kalendarz, komu? Za dużo notatek się nie zmieści, ale to Molskine, ach Moleskine. 

    I empikowski jakiś. Też tyci. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Historia nadmiarów

    A w zasadzie to już prehistoria, bo tkwi ona tu w roboczych od zeszłego tygodnia. Kiedy jeszcze była wiosna.

    Panie i Panowie.

    Ponieważ Niezaradna pracuje teraz w miejscu poprawnym politycznie, nie po linii jest pisanie, że się jada mięso.

    Nawet jak się pożera z łapczywością nadrabiającą całoroczną obojętność wobec tematu.

    Konkretnie w Wielkanoc. Bo się uwielbia zjadać chleb z zimną pieczenią. Ze schabu, z indyka i z czego tam jeszcze podejdzie, zwłaszcza jak suszona śliwka albo brzoskwinia nadaje smaczku.

    Rzecz w tym, że namiętności Niezaradnej do pieczeni nie podziela nikt z domowników.

    A świadoma namiętności córczynej macierz Niezaradnej, obeznana też z umiarkowanymi talentami kulinarnymi tejże, zaopatruje obficie lodówkę poświąteczną.

    Nawet łapczywa poświątecznie Niezaradna nie przeżre całego tego mięcha.

    Cóż robić, cóż robić.

    Za chwilę się zepsuje.

    Noł łej.

    Olśnienie.



    Zebrane materiały:

  • mięcho fantastycznej jakości i wystarczająco małej soczystości, by odrzuciło to każdego oprócz Niezaradnej,
  • spora ilość kaszy gryczanej z marchwią, rezydującej w zimnie od kilku ładnych dni jako wspomnienie po pewnym obiedzie,
  • sos ziołowy z poprzedniego dnia - smętna resztka
   
   Sposób postępowania: 
  • zebrane materiały miksujemy na papkę a la dzidziuś, którego matka nie wie, co to mądre BLW,
   



  •    na oczyszczony z zabawek, modelu czołgu sklejanego przez męża oraz śladów kociego bytowania stół wysypujemy mąkę. I dodajemy stopniowo wrzątek. Zagniatamy ciasto.
  • od tego miejsca akcja robi się tak szybka i tak paćka się w trakcie ręce, że o fotkach mowy nie ma. 
   
     Zatem referat na szybko: ciasto ugniata się z pasją, rąk się nie parzy, bo wrzątek tak szybko zasypuje się mąką, że parzyć nie nadąża. Wręcza się Dwójce kubeczki w ostrą krawędzią, by wykrawała kółeczka pierogowe. Gdy młodzież nie nadąża, na odsiecz wzywa się Ser Męża. 

     Ser Mąż wałkuje, Niezaradna robi całą resztę, jak w uniesieniu. Robi wszystko, a nadąża, jest imponująco cyborgowa, sama w siebie nie wierzy, a jednak. 

     Dwójka zajmuje się marudzeniem, bo głodna.

     Wtedy słyszy: Cicho, bo nie słychać bajki!

     Bo to Mikołajek jest, pięć książek do słuchania w soczystej adaptacji Stuhrów: starszego i młodszego. I nagle porobiło się tak, że to starzy się drą: Cicho, bo bajki nie słychać! I robią pierogi jak w natchnieniu. 

     Pierogi są kształtne i znikają w tempie. Drugiego dnia zostaje ich już tylko tyle: 



     W środku niejadalna dla Gburki kasza gryczana, niejadalne dla wszystkich oprócz Niezaradnej suche mięso, marchew i sos - niczego sobie. 

     Pomiędzy kupa szczęścia, że bywają chwile lepienia pierogów w natchnieniu i rechotów nad Mikołajkiem: Tato, tu nie ma nic śmiesznego - upomina regularnie Świr, patrząc na ojca z dezaprobatą. Pyszne, mamo - mówi Gburka - ale te ze sklepu pyszniejsze. 

    Pierogi z mięsem ze sklepu, kupowane na kilogramy. W środku samo świństwo. 

    Cóż. Niezaradna pracuje teraz w miejscu poprawnym politycznie, nie po linii jest pisanie, że się karmi rodzinę pierogami kupowanymi na kilogramy z samym świństwem w środku. 

    A jednak. Co począć, kiedy one pyszniejsze są. 

    

piątek, 10 kwietnia 2015

Lepsze jest wrogiem dobrego - taka fotostory prawie. Konsumencka.

     Panie i Panowie.

     Jak wiecie, Niezaradna z profesjonalnym przekonaniem robi teraz za zaradną. W pracy.

     W pracy jest uporządkowana, logiczna, racjonalna, ekologiczna, rzutka, kreatywna.

     I inne takie tam.

     Natury jednak nie da się oszukać.

     Jak wyglądały święta baj Niezaradna - już wiecie.

     Łotever.

     Jezus zmartwychwstał i tak. Dziatki znają prawdę. Poniżej świadectwo Gburki na temat:


    - widoczna obok Zmartwychwstałego Matka Jego, nie załapała się na fotkę. Szkoda, bo pięknie wyglądała w swej radości.

     Fotostory, nie fotostory, w ostatnich dniach Niezaradna ma mało czasu na zgrabne kadrowanie. Czytelnicy mili i cierpliwi, wybaczcie.

     Jak się okazuje, dokonując wyborów, Niezaradna równie niezgrabnie podchodzi do rzeczy.

     Zaczęło się niepozornie.

     IKEA, mgliście tu już wspominana, była jak zwykle miejscem szeregu udanych zakupów.

     Zapełniono jedną z nowych półek - tę wołającą: zdrowo tu jemy!



    Na półce widoczne słoiki spore, zaopatrzone w rozliczne produkty mniej i bardziej prawomyślne oraz niezapełnione jeszcze tyciusie słoiczki, kształtem i stylistyką bliźniacze z wielkimi braćmi.

    Gdzie chybiony wybór? W malusich słoiczkach.

    Panie i Panowie,

   Powiedzmy to sobie ze smutkiem. I IKEA zgrzeszy badziewiem, jeżeli będzie ono bliźniaczym jednojajowo z chińszczyzną ze sklepu PEPCO.

    Jeżeli zamierzacie kupić na przyprawy malusie słoiczki, darujcie sobie wielkie wyprawy do szwedzkich molochów. Śmiało możecie udać się do PEPCO, które zasila każdą krajową Dziurę.

    Jeżeli zapragniecie umyć wieczka tej chińszczyzny, nieważne gdzie nabytej, liczcie się, że pretendujący do minimalizmu dizajn, okaże swe zupełnie siermiężne oblicze.

    O tak:



   To był pierwszy chybiony wybór. Jeszcze nim Niezaradna upewniła się, że może szastać, ale przeczuwała, że może będzie mogła.

   W dniu wyprawy Niezaradna nabyła jeszcze cudo, o którym marzyła od dawna, ale nie śmiała, nim nie przeczuwała. Bo drogie, bo ona bez kasy. Takie tam.



    Przeraźliwie oryginalną, osławioną i jednoznacznie za prawie 40 zł.

    Szczotkę do włosów.

    Jest świetna, nie da się zaprzeczyć. Niezaradna po raz pierwszy od wielu miesięcy przestała walczyć z pokusą wyhodowania sobie rasowego kołtuna a la szlachcic wiek XVII.

    Ale.

    Te, które dla siebie i Gburki Ser Mąż nabył za 6 zł sztuka, są równie fantastyczne.

    Panie i Panowie.

    Jeżeli myślicie, że to koniec fatalnych wyborów świadczących, że Niezaradna zawsze pozostanie sobą, nawet mając pracę i to całkiem zasłużenie...

    ... tak. Oczywiście jesteście w błędzie.

    Historię trzeciego wyboru fatalnego Niezaradnej odłoży się jednak na notkę osobną.

    Jest zbyt epicka.

    Póki co, Niezaradna odradza się na wiosnę.

    Zyskuje z dnia na dzień.

    Dziatki znają prawdę. Poniżej świadectwo Gburki na temat:



   Po prawej: portret Niezaradnej zdjęty z oryginału dwa miesiące temu.

   Komentarze publiczności:

   O! Pani Lodowa!* (Świr) To jest mama! (Artystka) Szyderczy śmiech. (Ser Mąż)

   Po prawej: portret Niezaradnej zdjęty z oryginału.

   Komentarze publiczności:

   ........................................................................................ (wypełnić)


  * i nie mówcie, że nie wiecie, kto to Pani Lodowa.



wtorek, 7 kwietnia 2015

Po jakimś czasie

   Panie i Panowie.

   A zatem przetoczyły się święta.

   Mazurek wyszedł paskudnie. Był tak wstrętny, że Świr po pierwszym wygłoszonym tak jakoś nieśmiało: Tttak... da się zjeść, rzekł: Nie jest to jednak dobre. I odłożył po pierwszym kęsie. Waleczny Świr nie wypluł go jednak i Niezaradna poczuła, że uwielbia to miłe dziecko.

   Niezaradna w drugim dniu świąt złamała swe żałosne dzieło w pół i cisnęła nim do kosza. Z czystym sumieniem. Do olśniewającej białości wyprały je rozliczne starania wokół tego, by nie zmarnować nic innego spośród żarcia, którym jej rodzina została obdarowana z okazji dwudniowej tury wizyt.

   Okna świąteczne wyglądały... świątecznie.


   Tak, to nie te święta. Ale jak napisała znajoma na fejsie: Hura! Święto mycia okien odwołane! Niezaradna skrupulatnie wykorzystała tak sprzyjające jej okoliczności przyrody.

   Wyczyszczony za to został po raz pierwszy od... cholera wie od kiedy. Wyczyściła Niezaradna ekran laptopa. Pisała zbyt wiele, by przedzierać się przez mapę upstrzeń nagromadzonych przez czas i niechlujstwo.


    Tak, pisała wiele o świętach. Próbowała napisać, kiedy nie są one świąteczne. Wyszło jej tylko tak.

    Ponieważ jednak święcie wierzyła w to, co pisała, zupełnie odpuściła sobie myśli o głupotach.

    Wytłumaczyła Dwójce, że co z tego, że nie wszystko zdążyło się zrobić.



     Udało jej się. I była masa radości z tego, co się robiło. Tak czy inaczej.

     Oddzieliła ziarno od plew. I nie pojawiła się żadna notka. Przez tydzień!

     A ponieważ jest jednak Niezaradną, coś zgrzytnąć musiało. Zgrzytało, charczało i drażniło przez dwa świąteczne dni. Pokaz fajerwerków toksyczności rodzinki zebranej w Imię ma wiele efektów, dźwiękowe też.

     Niezaradna nie dała sobie nasiąknąć kwaśnym deszczem i zaimpregnowała Ser Męża i Dwójkę. Nie nosi w sobie znamion posiadania pierwiastków mesjańskich, nie poczuwa się do zbawiania tych, co pogrzebali się w kryptach bezradości.

    Dziennik ze stanu biedy ciągle pozostaje dziennikiem z czasu biedy.

    Niezaradna ciągle nie ma czasu przypomnieć o należnej jej kasie i że trzeba podpisać cyrograf.

    Póki co daje wielki szoł filantropii. Z rozmachem.

    W przerwach żyje.

    Panie i Panowie.

    Niezaradna ani jednego dnia o Was nie zapomniała. Dziś życzy Wam dobrego czasu poświąt.

    Wiosna w końcu nadejdzie. Musi tak być.

    Notki Niezaradnej też będą nadchodzić. Musi tak być.